Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FILM. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

Jakiś potwór tu nadchodzi, czyli nic tak nie przeraża jak baśnie

Choruję. Przygotowałam się już do pracy, nastawiłam na wyjście z domu, z nudów czytam Muminki, od czasu do czasu oglądając jakiś film. Próbowałam kończyć tłumaczenie, ale machnęłam ręką. Czytane po raz setny historie ciągną się jak guma do żucia, a mój rozłożony na łopatki organizm powtarza uporczywie mantrę: spaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspać.
Kiedy śpię, śnią mi się nowe opowieści, na przykład ta o dziewczynie z włosami niczym księżycowa pajęczyna, śniącej na pluszowych kanapach w nocnym pociągu donikąd. Prowadzę długie dialogi, niekończące się konwersacje, zadaję pytania własnej wyobraźni. I budzę się zlana zimnym potem.

To o strachu dzisiaj chciałam pisać. Bo zauważyłam, że październik, poza byciem moim ulubionym miesiącem, jest także miesiącem twórczym i przerażającym, czasem, w który słowa przychodzą same, wkradając się w kieszenie ciepłego płaszcza. Wiem, że nie ja pierwsza zauważyłam tę zależność – widział ją także Ray Bradbury, autor Farenheita 451 oraz setek opowiadań, który miejsce narodzin wszelkich opowieści nazywał Pażdziernikową Krainą. Od Bradbury’ego zresztą ukradłam też tytuł dzisiejszej notki. Niestety, o samym Bradburym mówić dziś nie zamierzam, zostawię sobie go na lepszą okazję, która może nadejść już niebawem. Będzie dziś za to o trzech przykładach tego, jak sama odczuwam październik i dlaczego lubię go tak bardzo.

Przykład pierwszy: 



Alma to hiszpańska krótkometrażówka (czas trwania: około 6 minut) w reżyserii jednego z byłych animatorów Pixara. Pomimo radosnej ścieżki dźwiękowej (notabene wziętej żywcem z pixarowskiego Odlotu (Up) Alma czerpie z freudowskiej teorii zwanej Dolina niesamowitości (ang. Uncanny Valley), zgodnie z którą najbardziej przerażające są rzeczy pozornie zwyczajne i znajome. A do nich zaliczają się zwłaszcza przedmioty humanoidalne, czyli roboty, posągi, lalki itp. Pewnego zimowego dnia w Barcelonie mała Alma zauważa mur, w całości pokryty zapisanymi kredą imionami dzieci. Zapisując swoje imię wśród nich, przypieczętowuje swój los – widzi w witrynie sklepu lalkę, podobną do niej jak dwie krople wody. Po wejściu do sklepu, w którym drzwi otwierają się same (pamiętajcie dzieci: nigdy nie ufajcie otwartym drzwiom, nie wiadomo, co się za nimi kryje) nic już nie będzie takie samo…




Po obejrzeniu filmiku zachęcam do sprawdzenia, co oznacza w języku hiszpańskim słowo alma.

(swoją drogą, ta krótkometrażówka tak spodobała się Guillermo del Toro, twórcy Labiryntu Fauna, że prawdopodobnie powstanie porządna, półtoragodzinna wersja).

 Przykład drugi: 




Link do tego filmu (również krótkometrażowego, ale trwającego już trzydzieści minut) przysłała mi przyjaciółka, zapewniając, że powinno mi się spodobać. Miała rację. Sklep ze słodyczami to swoista baśń, odmalowana w piękny sposób na ekranie, osadzona w świecie, gdzie nawet pomarańcze są bladożółte, a życie wyprane z kolorów. W tym właśnie świecie młody gazeciarz, Jimmy pomaga swej ciężko chorej matce, pracując na targu, gdzie pewnego dnia pojawia się miejsce pełne smakowitych, barwnych lizaków, sprzedawanych przez właściciela sklepu ze słodyczami (sam właściciel wygląda jak skrzyżowanie Willy’ego Wonki ze Sweeney Toddem i Freddym Krugerem). Bystry chłopak dostaje propozycję, aby przyłączyć się do cukierniczej spółki. Pewnego dnia, rozmarza się sprzedawca lizaków, może nawet pozwolę ci obsługiwać maszynę… Wchodzi dziewczynka, wychodzi cukierek! To magiczne!  Albowiem każdy sukces ma swoją cenę, a tajemnica biznesu sklepu z cukierkami i długiej kolejki panów w garniturach czekających na swoją kolej jest mroczniejsza, niż można by sobie wyobrażać…



Whitestone Pictures, czyli wytwórnia Candy Shop mówi o sobie, że są bajarzami. Nie można być bliżej prawdy.

Przykład trzeci: Anya’s Ghost – Vera Brosgol



Anya’s Ghost to objawienie, na jakie wpadłam przypadkiem w kwietniu – już dawno żadna powieść graficzna nie spodobała mi się tak bardzo. Zauważam w Anya’s Ghost tropy prowadzące do Koraliny, opowieści zaczynającej się całkiem niewinnie i w gruncie rzeczy zapowiadającej się na uroczą, nieco absurdalną, ale z happy endem, a tak naprawdę podszytą czymś złowrogim.



Tytułowa Anya jest nastoletnią emigrantką z Rosji, mieszkającą z matką i młodszym braciszkiem w USA zaledwie od kilku lat. Pomimo dobrej znajomości angielskiego Anya wciąż nie czuje się pewnie w nowym środowisku, starając się być tak amerykańska, jak tylko potrafi, chodząc do prywatnego liceum, gdzie jej jedynymi znajomymi są Irlandka Siobhan i Dima, znajomy ze starego kraju, sztandarowe popychadło i nerd. Anya ma problemy typowe dla swojego wieku – martwi się o swoją figurę, pragnie popularności wśród rówieśników, kocha się w chłopaku ze starszej klasy. Wszystko to brzmiałoby nudnawo, gdyby nie przechadzka, podczas której Anya wpada do dołu w lesie, w którym spotyka ducha malej, nieśmiałej, słodkiej dziewczynki, która tak jak ona, czuje się samotna. Anya zostaje uratowana przez przechodnia, natomiast Emily nie może opuścić miejsca swej śmierci, przywiązana do swych doczesnych szczątków.



Niedługo potem Emily pojawia się w pokoju Anyi, uświadamiając jej, że zabrała jedną z kości Emily, tym samym zabierając duszka ze sobą. Przyjaźń z duchem bywa przydatna – pomaga Anyi na egzaminach, szpieguje obiekt jej westchnień, rozumie ją i wspiera jak nikt. W pewnym momencie dowiadujemy się, że Emily została zamordowana i Anya, w przypływie ciepłych uczuć obiecuje jej znaleźć jej mordercę… i tu dopiero zaczynają się schody, bo prawda to rzecz pokrętna.



Anya’s Ghost poza byciem świetną horrorynką dla dzieci (takie lubię najbardziej) pokazuje również inne problemy – poszukiwania własnej tożsamości, postrzegania ludzi poprzez stereotypy, uświadamiania sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Poza tym kreska Very Brosgol, która sama pochodzi z Rosji, więc wie, o czym pisze, jest nietuzinkowa i przyjemna dla oka. Mam nadzieję, że ta pani wyda coś jeszcze. Bardzo na to czekam.




A teraz idę zrobić sobie kubek herbaty i przeczytać wersję Olivera Twista spod ręki Willa Eisnera. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Po obu stronach lustra, czyli baśń nieco cyniczna







Pogłoski o mojej filmofobii są stanowczo przesadzone. Po prostu, śledząc recenzje profesjonalnych recenzentów odkrywam, że podoba mi się to, co profesjonaliści mieszają z błotem, co chyba jest prawdą również w dzisiejszym przypadku. Wróciłam bowiem do Penelope, filmu, który ostatnio oglądałam, mając lat 16 (czyli byłam fantastycznym targetem bajań o miłości). Oglądając ten sam film, który niegdyś szalenie mi się podobał, uderzyły mnie dwie rzeczy: jak bardzo przez dziesięć lat zmienia się percepcja i priorytety widza i jakże inny jest przez to odbiór filmu. W efekcie, Penelope podoba mi się nadal, choć może na nieco innych płaszczyznach. Przejdźmy do rzeczy.

 Penelope po ucieczce, żyjąca w ciągłym strachu przed odkryciem, nosi szalik. To dlatego w niektórych kinach film był dystrybuowany pod pseudonimem "Scarfy" ("Szaliczek").


Całkiem niedawno temu, w mieście będącym mieszanką Londynu i Nowego Yorku żyła sobie dziewczyna. Mieszkała w pięknym domu i miała wszystko, czego można byłoby sobie wymarzyć, jednak nie była szczęśliwa. Bowiem jej ojciec nazywał się Wilhern (z tych Wilhernów) i była pierwszą dziewczynką, która urodziła się w tej rodzinie od pięciu pokoleń. W wyniku wiedźmiej klątwy, którą został obłożony jej pra-pra-pra-pradziadek, Penelope Wilhern musi borykać się z niezwykłym defektem – zamiast nosa ma świński ryjek. Na szczęście, każde zaklęcie można odkręcić – dziedzic szlachetnego rodu musi pokochać Penelope taką jaką jest i wziąć z nią ślub. Chroniona przez pełnego poczucia winy ojca (to w końcu przez jego przodków dziewczyna wygląda jak wygląda) i histeryczną matkę, Penelope dorasta w samotności, dzieląc czas pomiędzy naukę, czytanie, ogrodnictwo i doskonalenie tego, by w przyszłości stać się idealną wybranką serca. W momencie osiągnięcia przez Wilhernównę pełnoletniości, willę odwiedzają tłumy zubożałych arystokratów, przyciąganych nie tyle przez miejską legendę o kobiecie-świni, ale przez pokaźny posag. Każde ze spotkań kończy się fiaskiem, dopóki do akcji nie wkracza reporter Lemon, zainteresowany Penelope z zupełnie innych powodów i jego szpion, uzależniony od gry w kasynie  bankrut i magnat zarazem, Max Campion.  W wyniku kosmicznej komplikacji Penelope ucieka z domu w świat, którego przez 25 lat nie miała okazji poznać, żyjąc w złotej klatce swej posiadłości. Opiekuje się nią przypadkowo poznana kurierka Annie, wprowadzając ją w zupełnie nową rzeczywistość i pokazując, że nikt nie jest doskonały, a ludzi naprawdę nie zawsze trzeba się bać…



 Jedna z najlepszych postaci - reporter Lemon (w tej roli rewelacyjny Peter Dinklage).

Właściwie trudno jest mi określić dominujący w tym filmie gatunek: na pewno jest to baśń, w której archetypy zostały postawione do góry nogami – Christina Ricci w roli Penelope jest niepewna siebie, ale wybuchowa, książę z kasyna, czyli James McAvoy zachwyca swoim dyskretnym smutkiem i pewną rezygnacją (Dlaczego? To jedna z tajemnic filmu…), trudno też wyodrębnić czarny jak smoła charakter, bo w tym filmie wszyscy właściwie przyjmują odcienie szarości. Nie jest też Penelope dramatem, choć są w nim sceny melancholijne, zwłaszcza scena po obu stronach lustra, kiedy Penelope i Max grają ze sobą w szachy (pokój spotkań z potencjalnymi narzeczonymi przypomina właściwie salę przesłuchań, bo jego najważniejszym elementem jest weneckie lustro), nie jest też komedią, choć widać jak na dłoni, że zarówno twórcy, jak aktorzy świetnie bawią się konwencją na planie. Humor jest trochę abstrakcyjny, nieco brytyjski (czyli oparty na grze słów) i dość makabryczny w zastosowaniu. Scenarzyści kpią także ze stereotypów, bo pozornie przesłanie Penelope można znaleźć w każdym programie dotyczącym fizycznych transformacji: brzydkie kaczątko najpierw powinno pokochać siebie, żeby pozwolić pokochać się komu innemu. Jednak to nie takie proste, bo każdy skrywa jakieś sekrety, schowane po obu stronach lustra. Zdumiewa też reakcja tabloidów na odmienny wygląd dziewczyny, mając w pamięci wsparcie dawane jej przez rodziców.



 Penelope w swoim pokoju, arcydziele scenograficznym (i sukni ślubnej, ale to nieważne).

Rzeczą, która z pewnością w filmie zachwyca, jest scenografia. Od utrzymanego w zaskakująco pasujących kontrastach czerwieni i zieleni pokoju Penelope, przez kolorowe ulice miasta, każda scena eksploduje kolorami, przywodząc na myśl choćby surrealistyczne klimaty Amelii i innego stylizowanego kina. Poza tym, Penelope odcina się od fabuły baśni sztampowej – jej życie nie kończy się na wybranku serca, przeciwnie, Penelope jeszcze przed wyjściem spod klosza ma dalekosiężne plany na życie, które po osiągnięciu wolności urzeczywistnia, pomagając sobie nawet najbardziej desperackimi sposobami  (chociażby ujawniając reszcie świata swą twarz). Obowiązkowy w każdej baśni happy end musi poczekać na swoją kolej, dopóki bohaterka nie osiągnie swoich zamierzeń i nie usamodzielni się z pomocą przyjaciółki (w roli Annie wystąpiła producentka filmu, Reese Witherspoon) i nie stanie się inspiracją dla innych. Penelope uczy przede wszystkim akceptacji – nie tylko innych, ale i samego siebie.

 Max i Penelope, oddzieleni zaledwie lustrem (ona go widzi, on jej nie).

Co może wydać się interesujące, nastoletnia ja skupiała się przede wszystkim na wątku Penelope i Maxa (no dobra, przyznam, wydaje mi się, że jest to najlepsza wizualnie rola McAvoya, co tylko podkreśla zasługi kostiumologów, i rany, on był wtedy w moim wieku, jaka ja jestem stara). Obecnie bardziej interesowała mnie kontrowersyjna postać Jessiki i jej stosunek do córki. Rodzice bardzo rzadko wiedzą, czego ich dzieciom potrzeba do szczęścia. Zastanowiło mnie też ukazanie Penelope jako osoby antyspołecznej, nie przez własny stosunek do świata, tylko przez wrodzoną wadę wyglądu i pomyślałam sobie – kurczę, przecież ona się wcale nie różni od tych biednych zakompleksionych dziewcząt, które wolą nie wychodzić z domu, żeby nie zostać skrzywdzone przez innych. I okazuje się, że Penelope jako uświadamiająca propaganda społeczna działa bardzo dobrze.



 Zwykle drażniąca mnie Reese Witherspoon jako Annie wypadła bardzo dobrze.

Kolejna ciekawostka, którą odkryłam przy rewatchingu, to to, że historia Penelope faktycznie oparta została na legendzie, tzw. pig-faced woman, krążącej po Anglii, Francji i w Niderlandach od XVII wieku. Kobieta ta miała pochodzić z bogatej i powszechnie szanowanej rodziny i nie różniła się wyglądem od innych dam poza jednym szczegółem. Miała być ofiarą klątwy (co zostało zaadaptowane w filmie) i mogła zostać ocalona od wyglądu potwora przez człowieka, który się w niej zakocha. Inna wersja podania mówi o mężczyźnie, który zdecydował się wziąć ślub z maszkarą, na co ona odparła, że musi wybrać – po ślubie albo będzie pięknością o ciele świni, albo pozostanie w dotychczasowej formie przez resztę lat. Oblubieniec zrzucił decyzję na narzeczoną – i dzięki temu panna w ogóle pozbyła się świńskich atrybutów; wyczuwam w tej historii echo „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera, gdzie pojawił się motyw podobny. A o świńskiej damie z Machester Square i w ogóle o wielu zeznaniach świadków widujących takie monstra, możecie poczytać tutaj. Przyznam, że mało rzeczy obecnie mnie zaskakuje (ależ jestem cyniczna) ale podanie o kobiecie-świni jest jedną z nich.

 A oto, psze państwa, rycina ilustrująca wspomnianą legendę.

Tak czy siak, Penelope to moim zdaniem (a o jego trafności byliście lojalnie poinformowani na początku postu) całkiem sympatyczny film, całymi garściami czerpiący z baśniowej konwencji i dodatkowo uczący samoakceptacji bez nachalnego moralizatorskiego znaczenia. Można go obejrzeć jako odskocznię od realności, jako lekcję dla samego siebie albo film z głębszym przesłaniem. Podoba mi się taka uniwersalność.

(część 2 o kadukach będzie na dniach. Na razie nie czuję się na siłach, wybaczcie.)

wtorek, 10 czerwca 2014

Śniąc sen odmienny, czyli znowu się nie znam na kinie






Długo zastanawiałam się, czy jest sens iść na ten film – chociaż lubię produkcje animowane Disneya, jego filmy live-action pozostawiają we mnie pewien niedosyt. Pewnie gdyby była to historia oparta na oryginalnym scenariuszu, machnęłabym ręką i obejrzała „kiedyś”, umilając sobie jakieś deszczowe przedpołudnie. A jednak dzisiaj, z głupia frant, bo tuż przed korepetycjami, zdecydowałam się na zobaczenie Czarownicy. Czy się opłacało – sama nie jestem tego pewna. Zaglądając przed seansem do Internetu, natknęłam się na kompletnie różne od siebie opinie – albo zupełne rozczarowanie filmem (to od tych, którzy spodziewali się zobaczyć horror 18+ z Angeliną Jolie w roli głównej) albo pienia nad pięknem baśni (to ci, którzy chcieli ładnej bajeczki osadzonej w czasach mitycznych). Moje zdanie plasuje się gdzieś pośrodku, bo podczas projekcji więcej czasu poświęciłam krytycznemu analizowaniu Maleficent (Czarownica jakoś nie brzmi, pardonsik) niż faktycznej fabule. Moje wnioski zaskoczyły mnie samą.



 Nie ma i nie może być wątpliwości, że to wciąż produkcja Disneya.

Historia Maleficent zaczyna się jeszcze przed akcją Śpiącej Królewny (trudno się bowiem oprzeć porównywaniu tej adaptacji z dużo wcześniejszą, tradycyjnie animowaną, zrobioną jeszcze w latach 50-tych). Jak się dowiadujemy od tajemniczej narratorki, niegdyś istniały dwa królestwa, oddzielone od siebie gęstym lasem (pewnie stąd angielskie Moors stały się polską Knieją). Jedno, to, do którego należała Maleficent, było typowym Faerie, zamieszkanym przez elfy, wróżki i gobliny obawiające się żelaza, drugie, rządzone twardą ręką starego króla, było do szpiku kości człowiecze. Pewnego dnia na granicy światów spotykają się młodziutka elfka Maleficent i sierota Stephan, który marzy, że gdy dorośnie, zamieszka we wspaniałym zamku. Jak to w baśni – przyjaźń dzieci szybko przeradza się w miłostkę nastolatków, z Prawdziwym Pocałunkiem Prawdziwej Miłości. Jednak nadchodzi wojna, dawni kochankowie nie są tymi, kim byli w czasach pokoju, a za swe pragnienia są gotowi zabić, zniszczyć, zdradzić. Tu opowieść zaczyna snuć się od nowa, zamieniając w klasyczny retelling, któremu nie mogłam przepuścić.



 Przeurocza Elle Fanning, w której kocham się platynowo od dłuższego czasu jako Aurora. Mimo że księżniczki są z reguły ckliwymi idiotkami, Elle udaje się uniknąć zaszufladkowania.

W czasie oglądania ww. filmu miałam to samo wrażenie, co przy Frozen – mianowicie, ze Disney bardzo chce wyjść ze sztywnych ram konwencji dziecięcego twórcy i zaserwować widzowi opowieść ciężką, mroczną, ciągnącą w mrok borów i tylko gdzieniegdzie rozświetlającą drogę nikłymi błędnymi ognikami, a drugiej strony się tego obawia. Postacie ze świata Maleficent są bogate w znaczenia, nieszablonowe i często kryjące drugie dno, wodzące za nos oglądających, którzy nabierają się na ich sztuczki – słowem mają olbrzymi potencjał. Od króla Stephana, który najpierw jest biednym włóczęgą, śniącym sny o władzy, potem przeradzając się w lustro swego poprzednika, a następnie w zimnego, nieczułego męża i ojca, skupionego na osobistej wendetcie, przez Aurorę, którą gra prześliczna Elle Fanning (z tej dziewczyny jeszcze będą ludzie, oj będą!) i która tylko na pozór jest słodka, niewinna i niezdecydowana życiowo, kruko-człowieka Diavala (och, chyba moja najukochańsza postać z całego filmu i tak strasznie, strasznie niewykorzystana, czy ktokolwiek poza mną łączył postać Diavala z zupełnie inną linią fabularną, niż się w końcu okazało (khmaurorapocałunekkhm)? ) aż do Maleficent per se. Muszę wyznać, że po raz pierwszy doceniłam Angelinę Jolie na ekranie. Lepiej późno niż wcale, Jolie jako czarownica jest cudownie diaboliczna, seksowna i uwodzicielska, potrafiąc jednym spojrzeniem hipnotycznych ślepi kupić widza i uczynić go swoim sługą, jak to zrobiła z uratowanym krukiem. Sceny, w których Maleficent była w pełni swych czarnych mocy, łapały mnie za gardło i to wcale nie było wzruszenie. Gdyby tylko fabuła skupiła się na tych postaciach o których wspomniałam, odbiorca dostałby być może historię o zdradzie i miłości (kto chce zobaczyć i tak ją zobaczy, zwłaszcza w scenie kulminacyjnej) i z dosyć prawdopodobną warstwą psychologiczną (Bruno Bettelheim byłby zachwycony moją dzisiejszą analizą: dziewczynka bezwolnie oddana przez ojca na wychowanie trzem przygłupim obcym babom (jak można się domyślić, wróżki chrzestne były koszmarne i pomyśleć tylko, że mogły je grać Judi Dench z Emmą Thompson, co za szczęście, że nie!) garnąca się do jedynej osoby, która pragnie ją zrozumieć i która się do niej szczerze przywiązuje, to niezły materiał na przyzwoity dramat, dodając doń złożoną relację z „matką chrzestną” ni to macierzyńską, ni to seksualną, bo pod warstwą opieki nad Aurorą aż bucha żar i nie są to kowale, wykuwający nową broń z litego żelaza). Tak więc mogliśmy mieć psychologiczną wojnę na froncie biologicznego ojca i przybranej matki a w tym wszystkim – rozterki zagubionej dorastającej dziewczyny. Damn you, Disney!


 Macierzyństwo to sprawa poważna. I nie wiem, czy ja mam na drugie Nostradamus, czy w tym dziecięciu jest coś brado-pittowego, ale właśnie przeczytałam, że to rodzona córeczka Jolie, Vivienne, czyli, innymi słowy, mała Aurora.

 Inna sprawa, z którą firma starego Walta próbuje się rozprawić przy okazji ostatnich premier, to zaprzeczenie, jakoby tylko książę miał tę moc zapewniającą księżniczce bezpieczeństwo i dalsze życie – tak jak we Frozen Annę ratuje siostra, tak i w Maleficent książę jest najplastikowszym z plastików niezdolnym do wykrzesania choćby iskry (acz dwie panny nie zważały na ironię kapiącą z ekranu i piszczały wniebogłosy w rzędzie przede mną, dziwne ludzie). To dobrze, że taki wątek zaczyna się pojawiać, ale drażni mnie, że jest teraz wprowadzany co film. Tak jakby animatorzy i scenarzyści nie mogli się oprzeć, by nie pokazać, że prawdziwa miłość nie istnieje jedynie na podłożu platonicznym (bo przecież nie erotycznym, c’mon, to Disney, do kroćset) i rozgrywa się wyłącznie między kobietą i mężczyzną. Tak, że fajnie, że firma wychodzi z sztywnych kanonów, ale jednak – delikatniej, prosim.



Koszmarne. No, koszmarne. I ten, kto znów ubrał Imeldę Staunton w róż (profesor Umbridge, anyone?) powinien zasłużyć na wieczne potępienie. Biedna aktorka, a tak dobrze gra.

Moje rozżalenie na brak mrocznej baśni, na którą przecież czekałam, tak, jak myślę, wielu ludzi wychowanych na słodkiej, niewinnej wersji Śpiącej Królewny, wzmaga fakt, że twórcy miotają się pomiędzy ach-jakże-zabawnymi gagami w stylu piorących się między sobą wróżek (koszmarne, po prostu koszmarne) które najwyraźniej mają być elementem komicznym, tyle, że im nie wychodzi, a zadowoleniem starszego pokolenia i podaniem mu smacznej zapowiedzi co-by-było-gdyby. Zapowiedź ta czai się również w uwodzicielskiej wersji napisowej Once Upon a Dream w wykonaniu Lany del Rey, czyli przeróbką starego walca z oryginalnej Śpiącej Królewny. Piosenka jest piękna, oniryczna i śpiewana niskim, zmysłowym głosem, komponującym się idealnie z reakcją czarownicy na młodziutką Aurorę. Podsumowując – chciałabym strasznie, żeby Disney zaryzykował i wypuścił więcej retellingów znanych klasyków (ostatnio mój ulubiony serwis kobieco-nerdowy, The Mary Sue, wypuścił informację, że Maleficent to zaledwie pierwsza część serii i że w przygotowaniu czekają takie smakołyki jak Piękna i Bestia, Piotruś Pan (czy Piotrusia może zagrać Andrew Garfield, s’il sous plait? Byłam grzeczna i potrzebuję!), Królewna Śnieżka czy też Kopciuszek (jestem przeciekawa, czy chodzi o Kopciuszka reżyserowanego przez Kennetha Branagha, na którego przytupuję (film, nie aktora, choć Kenem też bym nie wzgardziła) z racji obsady).


 Na koniec - sztandarowy Bohater Niedoceniony, czyli kruk Diaval.
Tak czy inaczej, pod koszmarnymi wróżkami (wiem, powtarzam się) i tandetnym CGI ukryta jest naprawdę dobra baśń. Tylko, jak w przypadku kolczastego labiryntu Maleficent, należy się przedrzeć przez barwną otoczkę lukru, co bywa nieco nieprzyjemne. A co do następnych filmów w serii, można marzyć, że będzie lepiej. Śnienie – jak pokazuje Czarownica – ma przyszłość.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Gdy legendy były dziećmi, czyli o Disneyu z Irlandii



Na początku było Słowo, a Słowo Księgą się stało. I było to Dobre. I o tym będziemy dzisiaj mówić, mimo że rzecz dotyczy filmu. Bardzo szczególnego dla mnie filmu.

Nie mogę ukrywać, że dużo większą miłością w postrzeganiu źródeł kultury darzę literaturę niż film. Czytanie zawsze wydawało mi się wyjściem, uwaga, szukam słowa, może nie trudniejszym, ale ambitniejszym, bo bez cudzej wizji świata, który mam za zadanie poznać i przyswoić. Czytając, miałam chociaż cień szansy uformować bohaterów pod własne widzimisię i żaden reżyser nie zepsuje mi mojego Doriana Graya, podstawiając to drewienko aktorskie, Bena Barnesa. Ja tam swoje wiem.

Ale bardzo lubię, kiedy filmy doceniają słowo pisane, kiedy sięgają do początku, kiedy bawią się historią, przynosząc jednocześnie ze sobą ożywczą świeżość. I bardzo, ale to bardzo lubię filmy animowane, bo to one sięgają poza granice ekranu, na którym w ciągu dwóch godzin może zdarzyć się dosłownie wszystko. Trochę też żałuję, że nie zachowałam tego wpisu do plebiscytu undergroundowych animacji (chociaż dzisiejsza pozycja raczej undergroundowa nie jest, bo słyszy o niej coraz więcej ludzi, ze wskazaniem na amerykańską Akademię Filmową; film ten był nominowany do Oskara w 2010 roku, a przegrał z Pixarowskim Odlotem), a poza tym zasługuje na osobny wpis. Mowa o The Secret of Kells (2009), po polsku znanym jako Sekret Księgi z Kells.



 Plakat, który trochę zakrywa, trochę odkrywa, ale mimo wszystko prezentuje tę szczególną kreskę.

Żeby w pełni zrozumieć i docenić geniusz pomysłu twórców Sekretu Księgi z Kells, należy być studento-absolwentem filologii angielskiej z ukierunkowaniem kulturowym (jak niektórzy tu obecni) lub nieco liznąć kontekstu historycznego. Bowiem Księga z Kells istnieje naprawdę i jest prawdziwym cudem. Wypełniona setkami magicznych celtyckich iluminacji zawiera teksty wszystkich czterech Ewangelii razem ze wstępami i adnotacjami. Powstała w języku łacińskim, stworzenie – bo przecież nie mogę powiedzieć spisanie! – zajęło trzysta lat, a obecnie można ją oglądać w bibliotece w Trinity College w Dublinie. Patrząc na księgę z Kells, trudno uwierzyć, że mogły ją wykonać ludzkie dłonie i wszystkie te prześliczne szczególiki są wytworami skrybów, a nie nowoczesnych drukarek i programów graficznych. A przecież tak, tak właśnie było. A co jeszcze było, możecie zapytać. Poczekajcie chwilkę, spróbuję to ująć w słowa najlepiej jak potrafię.




O co tyle szumu, czyli absolutnie nieprawdopodobna strona Chi-Rho, również pojawiająca się w animacji.




Dawno, dawno temu, gdzieś pomiędzy IV a IX wiekiem było sobie opactwo w Kells, trwające mężnie niczym twierdza przeciwko najazdom straszliwych Wikingów podbijających brytyjskie ziemie. Wydawało się, że opat zakonu, ojciec Cellach zapomniał już o dawnym obowiązku, jakim było doskonalenie się w sztuce przepisywania ksiąg – skupiając się jedynie na budowie muru odgradzającego Kells od reszty świata. To bratanek (albo siostrzeniec, film o tym nie wspomina i wolno mi jedynie gdybać) Cellacha, młodziutki Brendan pamięta o łapaniu gęsi, żeby przynieść braciom, skądinąd bardzo różnym etnicznie, bo mamy Włocha i Afrykanina, Rosjanina i Chińczyka, gdyż Kells stoi otworem dla uchodźców z całego świata; pióra do pracy. Za murem Kells zaś rozciąga się gęsty las, kryjący tajemnice, na które Brendan nie jest gotowy, więziony pod ostrym słowem despotycznego wuja. Porządek raz już zbudowanego świata – zbudowanego wydaje się być dobrym określeniem, bo bracia spędzają na budowie całe dnie, zaniedbując zakurzone skryptorium – burzy przybycie legendy, brata Aidana z małej wysepki Iona, gdzie aż do przybycia Wikingów tworzył księgę, mającą przynieść ludziom światło. Największą zmianę przeżywa Brendan – bo ojciec Aidan nie jest nikim szczególnym, właściwie jest całkiem przeciętny, jeśli nie liczyć jego wiernego towarzysza –  wiecznie nafoszonego białego kocura Pangur Bána. To ojciec Aidan nie boi się gniewu Cellacha i to on przekazuje młodemu Brendanowi słowo o cudownej księdze, Brendan z kolei odwdzięcza się, przynosząc Aidanowi jagody na tusz, co wymaga wyprawy do tajemniczego lasu. Okazuje się, że lasem włada Aisling, srebrnowłosa elfka – z tych najlepszych, celtyckich faeries, żyjących pod kopcami ziemi i rozkazujących naturze – i że Wikingowie nie są jedynym zagrożeniem dla Kells…


Osobiście uważam Sekret Księgi z Kells za najdoskonalszy film animowany Europy i strasznie się wściekam, kiedy słyszę opinie o naiwności historii lub kresce rodem z Cartoon Network. Bo ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, Sekret Księgi z Kells niesie ze sobą najprostsze, ale zarazem najpiękniejsze przesłanie – że słowo to potęga, że może tworzyć i niszczyć i że opowieści mają moc, jakiej nie ma żaden król i mocarz. I że jeśli będziemy wytrwali i nie damy słowu zginąć, ono poruszy nowe pokolenia i da początek nowym, lepszym czasom.
Co do animacji, przez cały film czułam się, jakbym odkrywała kolejne karty księgi z Kells – bo opat Cellach jest oknem, zamiast śniegowych gwiazdek padają irlandzkie krzyże, konary drzew są zakręcone jak muszla ślimaka, a postaci wędrują przez iluminacje, o tak na przykład…


Śliczne. Dalszy komentarz zupełnie zbędny.



 …natomiast kot jest wyrysowany zgodnie ze średniowiecznymi zasadami proporcji, według których budowano katedry:



Przed Grumpy Catem był Pangur Ban.


Zresztą Pangur Ban to osobna historia i osobne oczko puszczone do widza, który musi znać całkiem nieźle irlandzką kulturę, żeby na nie odpowiedzieć uśmiechem. Pangur Ban – dosłownie Biały Kot – to jedna z pierwszych wzmianek o tym zwierzęciu, zawarta w poemacie z IX wieku. Napisany w oryginalnym gaelickim, z którego kojarzę zaledwie kilka słów, opowiada o pracy skryby i o pracy jego kota, który łapie myszy w skryptorium. Poniżej załączam rymowany przekład na współczesny angielski. Estetycznie, może nie jest to poziom Księgi z Kells, ale chodzi przecież o Słowo.




Wiekowo poemat odpowiada akcji filmu, toteż nie wierzę w żadne spekulacje o Seduliuszu Szkocie. Napisał go brat Aidan, i już! (swoją drogą, przypomniały mi się średniowieczne pergaminy, na których odkryto ślady kocich łapek…)


Takich mrugnięć jest zresztą więcej – na przykład podczas poznawania piękna lasu Aisling, ona i Brendan widzą dwa żuki, komentując to słowami: Aithnion ciarog ciarog eile (One beetle recognizes another; Jeden żuk poznaje drugiego), co jest maksymą w staro angielskim, swoistym Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, a znaczy po prostu: swój pozna swego.


 Historia zaklęta w geometrii - tu najlepiej widać styl filmu, linearność średniowiecza.

Kolejne dobre słowo należy się Wikingom, którzy właściwie są poza istotą fabuły, od czasu do czasu tylko pojawiając się w potędze ognia i niosąc ze sobą zniszczenie. Wikingowie Moore'a kojarzą mi się z tym rodzajem odrealnionego, niewysłowionego zła, które dawno temu widziałam w innej, słowiańskiej do szpiku kości animacji - w Opowieści pod strasznym tytułem i mrocznych Straszliwych Marbatach, którzy przerażali samą wzmianką o ich istnieniu. Wikingowie w Sekrecie są nie mniej niebezpieczni od zła uśpionego w lesie, przed którym drży Aisling, skonfrontowanego z potęgą dobrego słowa płynącego z Księgi. Bardzo to udana metafora.

Interesujące jest także to, że obok wyraźnie zarysowanych chrześcijańskich ideałów - bo któż, ryzykując życie, niósł nowinę o tym, że świat jest dobry pomimo mrocznych czasów, jeśli nie apostołowie? - w filmie jest miejsce na pogańskie kapliczki, na wiarę w elfy, "oczami łososia, jelenia i wilka" obserwujące świat. Wydaje się, że Tomm Moore chciał stworzyć rzeczywistość sprawiedliwą w swoich przekonaniach, bo obydwie idee nie kłócą się ze sobą, zdążając w jedną stronę - w stronę pokoju i życzliwości innych. Aisling ratuje Brendana przed stadem krwiożerczych wilków, opat Cullach i brat Aidan jednoczą siły przeciwko Wikingom w czynie i piśmie. Księga jest równie wyjątkowa dla długowiecznej elfki, jak dla małego chłopca i dzięki temu zabiegowi widz otrzymuje magiczną baśń, będącą alternatywną historią i może ją odczytywać w dwójnasób. 


Wiem z Internetu, że Tomm Moore przygotowuje następną odsłonę animowanej mitologii, tym razem skupiając się na opowieściach o selkies, czyli morskich ludziach (a w szczególności kobietach, porzucających swoje focze przebrania dla człowieczych mężczyzn). Projekty postaci można zobaczyć na oficjalnym blogu reżysera, w jego linkach macie zresztą odnośnik do zamierzchłego bloga Secret of Kells, pełniącego podobną rolę: The Song of the Sea Jak na razie o fabule da się niewiele powiedzieć, można za to śmiało stwierdzić, że zespół animatorów nie zrezygnował z pięknej, charakterystycznej kreski, która być może w przyszłości (gdzieś mi mignęło, że skoro Song of Sea jest na ukończeniu, Moore zaczyna obmyślać kolejny scenariusz) stanie się tym, czym są drapieżnie ostre, kanciaste i wielkookie postacie dla gatunku anime. I można usłyszeć foczy śpiew. I znów jest cu-do-wnie. Czekam z niecierpliwością, panie Moore. 

I na zakończenie, dla tych, którzy wciąż nie mogą się zdecydować, czy sięgnąć po Sekret, odrobina płynnej magii w filmiku: