Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FANTASTYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FANTASTYKA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 października 2014

Radosna twórczość: Codzienny septet

Nigdy nie zamierzałam publikować tu swoich tekstów, tekstów, które zawierają mnie więcej, niż wypada w publicznie dostępnej wirtualnej Sieci, jednak chyba zrobię wyjątek. Fragmenty poniższego opowiadania (powstałego zresztą na pojedynek literacki na Forum Mirriel) przedstawiłam na warsztatach literackich tegorocznej Avangardy. Od tamtej pory do niego nie zaglądałam. A teraz - teraz znów wyciągam je na wierzch. Wszystko zaczęło się od poniższego rysunku, znalezionego tu. Niektóre postaci pozostały sobą (Środa i Poniedziałek), niektóre zmieniły miejsca, niektóre napisałam zupełnie na nowo.



Codzienny septet


1.Poniedziałek

To nie tak, że nie wiedział, że za nim nie przepadają. Po prostu nauczył się to ignorować. W każdej rodzinie znajdzie się jedna czarna owca, pocieszał się czasami, i akurat wypadło na ciebie. Tak bywa. Nie ma problemu. Nie brzmiało to szczególnie przekonująco, ale musiało wystarczyć.
Zatrzymał się przed przypadkową wystawą sklepową – na zakurzonym, butelkowozielonym welurze rozstawiono lampy, zastanawiał się, czy mają tyle lat, na ile wyglądają, jeśli tak, to żarówki w ich wnętrzach musiały przepalić się z przyczyn naturalnych, tak samo, jak zastyga serce starego człowieka – i popatrzył na siebie. Nie robił tego często, nie był lalusiem, jak jego młodszy brat, nie mizdrzył się w lustrze jak siostra, co tydzień wkładał to samo ubranie – czarny garnitur, krawat w odcieniu winnej czerwieni i jesienny, jasnobeżowy prochowiec i szedł przez ulice. Nie zatrzymywał się; nie było po co. To znaczy – nie zatrzymywał się do teraz. Świat się zmienia. Tak przynajmniej mówią.
Zobaczył bladą ptasią twarz o haczykowatym nosie i dużych, ciemnych oczach, w kącikach ust rysowały się wyraźnie bruzdy. Włosy, czarne jak sadza, miał zaczesane do tyłu, prawdziwy dżentelmen starej daty. Tylko że nie był stary. Nie tak naprawdę. No dobrze, był najstarszy z całej Siódemki, to on zaczynał i to od niego zaczynano. Nie mogli się bez niego obejść, nieważne co mówił Piątek. Wąskie wargi wygięły się w minimalnym uśmiechu.
- Nienawidzę poniedziałku – usłyszał za swoimi plecami powtórzone słowa brata i w jednej chwili wyprężył się, jakby poraził go prąd. Młody mężczyzna za jego plecami naciągnął na głowę kaptur szarej bluzy, wtapiając się w monotonne barwy ulicy niczym posąg, który właśnie zstąpił z cokołu. Nie widział jego twarzy. Tylko ognisty kontrapunkt papierosa w jego ustach oznaczał, że w rzeczywistości był żywy.
Postarał się, żeby go nie zauważył, przenikając na drugą stronę szyby, jak niewydarzona Alicja, a może raczej cień Aladyna, bo znalazł się pomiędzy starymi lampami. W jednym z abażurów brzęczała mucha, słyszał jej ciało, obijające się o chłodną żarówkę. Mężczyzna dotarł już niemal na róg ulicy, kuląc się przed zimnem. Poruszał się w dziwaczny, kaczkowaty sposób, jakby kiedyś miał złamaną nogę, która nigdy nie powróciła do stanu sprzed wypadku. Delikatnie zajrzał do głowy człowieka. Ach tak. Teraz widział. Trzy lata temu wpadł pod samochód, skończyło się na skomplikowanym złamaniu z przemieszczeniem, do pełnego powrotu do zdrowia potrzebna była systematyczna rehabilitacja, którą zaniedbał. Zacisnął mocniej powieki. Gdzieś w burzy szoku, bólu i przerażenia odszukał dziewczęcą twarz. Poczuł mocniejsze bicie serca, dziewczyna siedziała za kierownicą, w jej ciepłych, kasztanowatych włosach migotały odłamki szkła z wybitej przedniej szyby, rogowe okulary zaparowały od niesprawnej klimatyzacji. Zobaczył ją jeszcze raz na sterylnym szpitalnym korytarzu. I jeszcze raz. I jeszcze. Otworzył oczy, pokręcił smutno głową. Ludzie są bardzo głupi.
Pozwolił, żeby młody człowiek poczuł jego obecność – deszcz, dym i smog nad miastem; nie była to szczególnie fortunna mieszanka, ale należała do niego – i nie pozwolił mu skręcić w prawo, zmuszając do przejścia przez ulicę. Gdy z powrotem przenikał przez szybę, zobaczył ich, jego z odsłoniętą głową – a więc był blondynem – i ją, niezręcznie poprawiającą okulary. Kiedy ich mijał, ruszając dalej, doleciał go strzęp rozmowy.
- Zawsze lubiłam poniedziałki. Przynoszą szansę na zmiany.
Poniedziałek uśmiechnął się. Tym razem zupełnie szczerze.
- Ja też – powiedział do siebie. – Ja też je lubię.

2.Wtorek

Od jakiegoś czasu kazał nazywać się Martes, co, jak oznajmiła Środa, było totalnym idiotyzmem, bo przecież ich nie obejmują żadne bariery językowe i nie było żadnego sensu zapisywać się na kurs hiszpańskiego. Reszta rodziny przyznała jej rację, wzruszając jednak ramionami i przechodząc nad tym faktem do porządku dziennego.
- Minie mu – oznajmiła Sobota lekceważąco, nasuwając na nos ciemne okulary, pod którymi ukrywała światłowstręt i skutki wczorajszego kaca. – Zawsze mu mija. – A potem poszła się jeszcze położyć.
Pozostali członkowie rodziny także się rozeszli, zostawiając Wtorka rozpartego na krześle, z nogami na kuchennym stole zajadającego słodkie płatki na mleku i oglądającego poranne powtórki talk-showów. Puścił ich słowa mimo uszu. Mieli trochę racji, to prawda – Wtorek szybko się nudził, w tamtym tygodniu zaczął naukę hiszpańskiego, jeszcze w ubiegłym chodził na taniec towarzyski, obecny przyniósł ze sobą nową obsesję, jaką były talk-showy. Oczarowywali go ludzie zamknięci w pudełku ze szklaną szybką. Byli tak bardzo inni.
- To po to, żeby ich lepiej poznać – Wyjaśniał Czwartkowi, nieśmiałemu i milczącemu jak zwykle, jedynej osobie, która chciała go słuchać. – Im więcej oglądam, tym bardziej rozumiem – mówił ze znacznie większą pewnością siebie niż czuł naprawdę i podkręcał głośnik na full. Tak naprawdę nie rozumiał nic. Dlaczego ci wszyscy ludzie przychodzili do studia, jasno oświetlonego reflektorami i ofiarowywali swoje problemy i sekrety prowadzącej o ciężkich, umalowanych powiekach, szkarłatnych ustach i z egipską grzywką á la Kleopatra Elizabeth Taylor? Kiedy zachłystywali się własnymi słowami, obnażając publicznie, szlochając w chusteczki, gospodyni programu patrzyła na nich wyrozumiale. Była jednocześnie odrażająca i fascynująca, niczym akolitka zachłannego potwora, pożerającego swoich wyznawców. Wtorek sam nie wiedział, kiedy wpadł w jej sidła. Patrząc na nią, pragnął jeszcze bardziej stać się czymś ciekawszym, niż dniem łączącym początek i środek tygodnia, nudnawym pomostem pomiędzy bratem a siostrą.
Dowiedział się, że na imię ma Annabel Greets i że wychodzi ze studia tuż po nagraniu, czyli po ósmej wieczorem. Był początek grudnia, ściemniało się szybko, wiał wiatr i zacinało najgorzej jak tylko może; paskudną mieszanką brudnego deszczu z roztopionym śniegiem. Studio telewizyjne mieściło się po drugiej stronie miasta, ale i tak pojechał. Musiał ją poznać. Wyobrażał sobie duszący zapach jej perfum, jej zmysłowy głos, którym na ekranie pocieszała przybyłych uczestników, wąską, ostro zarysowaną talię i przyszło mu do głowy, że mimo swojego wieku jest jeszcze bardzo młody. Poczuł, jak na policzki wypływa mu wstydliwy, krwisty rumieniec i wydało mu się, że obserwują go wszyscy ludzie w autobusie. Spróbował zakryć twarz szalikiem.
Przystanek autobusowy znajdował się tuż obok studia, ale i tak zdziwił się, wpadając na nią niemal natychmiast; otuloną ciepłym czarnym płaszczem z futrzanym kołnierzem. Po głowie tłukło mu się, że jest szczęśliwy jak wariat, że kołnierz to prawdziwe lisy – miał dobry węch, wszyscy w jego rodzinie mieli dobry węch, umiał rozpoznać lisią krew – i że powinien coś powiedzieć. Popatrzyła na niego, unosząc wysoko wyskubane brwi i nagle zobaczył  siebie jej oczami – podrostka o dużych, ciemnych oczach i gęstych brązowych włosach, z krzywym, niezręcznym uśmiechem, kulącego się z zimna. Wiedział też, że rozczaruje się, gdy tylko usłyszy jej głos, bo podkładała go za nią inna aktorka, że lisowy kołnierz ma po matce, że od pół roku zalega z czynszem i że wysłuchiwanie tych samych bzdur co wieczór śmiertelnie ją nudzi. Postanowił jej tego oszczędzić. Ukłonił się więc bez słowa i zniknął, pozostawiając po sobie woń kawy, whisky i świeżej pościeli.

3. Środa

Przedstawiła mi się jako Panna Wednesday. Pomyślałem, że to dziwny sceniczny pseudonim, ale śpiewała pięknie. Miała wspaniały, studzienny głos, taki, jak spotyka się u niektórych czarnoskórych wokalistek, stworzony do jazzu i bluesa, jednak nie wykorzystywała go w pełni. Od swingujących rytmów wprost z Nowego Orleanu wolała dziwaczne rymowanki utrzymane w lekkiej aranżacji gdzieś z pogranicza gatunków. Jedyna zwrotka, jaką zapamiętałem – prawdopodobnie ostatnia, tylko tak mogła nie zatrzeć się całkowicie w mej pamięci – brzmiała:
A w niedzielę urodzone,
Dziecko szczęścia złotowłose,
Pójdzie w słuszną świata stronę,
Tam, gdzie nogi je poniosą.
Kiedy skończyła, ukłoniła się przesadnie, długie rudoblond włosy tańczyły wokół jej głowy jak kołyszące się węże i zeszła ze sceny podczas burzy oklasków. To wtedy właśnie odważyłem się zaproponować jej drinka. Przyjęła propozycję z wdzięcznym uśmiechem, puściła do mnie oczko, oczy miała czerwonawe jak łupina cebuli.
- Strasznie zaschło mi w gardle – wyznała z rozbrajającą szczerością. – To nie takie łatwe, na jakie wygląda.
Wybrała zielonkawe mohito, które zostawiło na jej ustach smak mięty – sprawdziłem to osobiście, pocałunek był jednak pozbawiony pasji, bardziej jak braterskie cmoknięcie niż zaproszenie do czegoś więcej. Rozmawialiśmy o muzyce, Gwiezdnych Wojnach – oglądała wszystkie części, co też mnie zdumiało, wyższości Moneta nad Renoirem i o tym, czy w lutym warto jeździć na Teneryfę. Wyznałem, że nigdy tam nie byłem. Pokiwała głową, przesuwając palcem po brzegu stożkowatego kieliszka. Wyglądała, jakby miała ochotę go rozbić na milion kawałków. Zamiast tego jednak zostawiła drinka w spokoju i spojrzała na mnie. Oczy miała smutne, zupełnie inaczej niż na scenie. Nagle, jakby ktoś zdmuchnął smutek z jej twarzy, roześmiała się. W powietrzu unosiła się woń jaśminu, karmelu i brzoskwiniowego wina.
- Byłam najlepsza – powiedziała pewnie, jakby chciała mi coś udowodnić. Zupełnie niepotrzebnie. Widziałem, że była najlepsza i zaraz jej to powiedziałem.
- Inaczej nie siedziałabyś tu dzisiaj ze mną – dodałem i powiedziałem coś o swojej pracy, o wyławianiu z przeciętnego tłumu młodych talentów. Wzruszyła nonszalancko ramionami, jakby nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Stropiłem się. Do tego nie byłem przyzwyczajony.
- Może gdybyś zmieniła nieco repertuar, mógłbym załatwić ci koncert – zacząłem delikatnie.
Popatrzyła na mnie poważnie, oblizała wargi z resztek mohito. Przez chwilę myślałem, że się zgodzi.
- Pamiętasz tę młodą dziewczynę, którą znalazłeś na ulicy przy Placu Czerwonym? Miała na imię Katiusza, oczy jak dwa węgielki i włosy jak czarna przędza. Ją także wyłowiłeś z tłumu. Śpiewała jak słowik, śpiewała w knajpach i na profesjonalnych scenach, śpiewała acapella i do muzyki, śpiewała jak jej zagrałeś – mówiła szybko, a jej słowa niemal składały się w melodię. – Zabrałeś ją w tournee po Europie, pokazałeś świat. – Jej głos był obojętny. – To takie wspaniałomyślne, pozwolić jej zostawić dawne życie za sobą. Byłeś taki miły, obiecałeś, że będzie mogła przyjeżdżać do matki w przerwach między koncertami, chociaż wiedziałeś, że nie da rady. Że wciągną ją szampan i pochlebstwa, że zniknie pod makijażem. Czy przypuszczałeś, że zaćpa się w hotelu w Paryżu, tuż przed podpisaniem kontraktu, który byłby bardziej korzystny dla ciebie niż dla niej? – twarz Panny Wednesday – do dzisiaj nie znam jej prawdziwego imienia – znalazła się blisko mojej. Pstrykała palcami w rytmie niesłyszalnej piosenki, pamiętam to dobrze.
- Nie, dziękuję. – powiedziała stanowczo, jej oczy lśniły w półmroku niczym rubiny. – Pozwolę ci nie pamiętać tej rozmowy, aż do czasu, kiedy znajdziesz następną taką jak my. – Wstała od stolika, jej szerokie biodra i masywne uda znalazły się tuż przed moją twarzą, okryte dżinsowymi szortami i kołyszące się apetycznie. - Dobranoc. – Błysnęła w moją stronę uśmiechem i wyszła na zewnątrz. Nigdy więcej jej nie spotkałem.
Wczoraj wpadłem na Christy. Śpiewała pięknie, miała głos cudowny do lirycznych ballad pełnych smutku. Niestety, nie mogłem z nią porozmawiać. Nie wiedzieć czemu gardło miałem jak zasznurowane, a po chwili walki z samym sobą uświadomiłem sobie, że płaczę.

4. Czwartek

Czwartek lubił szkatułki. Szkatułki były miejscem, gdzie łatwo było coś ukryć i przechować, jak na przykład złe wspomnienia, brzydkie sekrety albo myśli, o których nie można nikomu powiedzieć. Sam Czwartek też był trochę jak szkatułka – wciąż milczący, pachnący drewnem sandałowym, kurzem i niewietrzonymi kartami książek, pomiędzy którymi zastygł tusz. Prawdę powiedziawszy, Rodzina traktowała go jak opóźnionego w rozwoju i to nie dlatego, że z natury był nieskomplikowany i raczej pogodny. Czwartek naprawdę mało się odzywał, dużo za to obserwował i przez to był niebezpieczny. Starsze rodzeństwo wolało się do niego nie zbliżać. Odszczepieniec pośród odmieńców – oto, kim  był Czwartek i nikt nie kwapił się, żeby przerwać ten stan rzeczy, bo pasowało to zarówno samemu zainteresowanemu jak i reszcie rodziny.
Nikt z wyjątkiem Piątka.
Piątek zajrzał do jego pokoju wieczorem, wybijając sobie tylko znajomy rytm na futrynie drzwi. Miał na sobie jak zwykle koszulę w dużą, czarno-białą kratę i poszarpane dżinsy, jasne włosy przytrzymywały przeciwsłoneczne okulary, chociaż za oknem panował już mrok.
- Masz – mruknął Piątek i rzucił w jego stronę niewielkie kartonowe pudełko. Czwartek odpakował je bez słowa, modląc się do wszystkich znanych mu bóstw, żeby w przypadku istoty żywej była to raczej złota rybka niż jadowity wąż. Znał Piątka. W środku była szkatułka, z ciemnego drewna, rzeźbiona w szczęśliwe słonie i zamykana na mosiężny haczyk. Z drugiej strony wieczka przyklejone było lusterko i Czwartek zobaczył swoją własną piegowatą twarz Irlandczyka (tak przynajmniej twierdziła Środa), zielone oczy i burzę skręconych włosów.
- Dziękuję bardzo – powiedział w końcu, trochę oszołomiony. – Czy to jakiś podstęp? – spytał podejrzliwie. Siódemka wyśmiewała jego manię zbierania skrzyneczek od wieków. Piątek uniósł do góry oczy. Rzucił się z impetem na zaścielony tapczan, łóżko zaskrzypiało jękliwie pod jego ciężarem.
- Uspokój się, dobra?! Przecież wiem, że je zbierasz, więc kiedy ten stary Hindus mi ją oddał, od razu pomyślałem o tobie.
- Jaki znowu Hindus? – Czwartek zmarszczył brwi, udając że się nie cieszy. Kasetka była piękna, ciepła w dotyku i już zaczął krążyć myślami wokół tego, co będzie mógł w niej schować. Piątek pociągnął go za rękę na tapczan, jego przejrzyste oczy w blasku lampy błyszczały bardziej niż zazwyczaj.
- Daleko, pośród pustynnych piasków kiedyś trafiłem na Hindusa, odzianego w biel, pomarszczony był jak suszona śliwka, zawierzył mi za własne życie tę oto szkatułkę. Może to był ifryt o oczach jak złoto? Może dżin przeklęty, co własne więzienie komuś chciał ofiarować, by odzyskać wolność… - zaczął recytować Piątek w osobliwym metrum półwiersza.
- Jesteś pijany. – Spróbował się wyrwać.
- Zostań – oddech brata na jego szyi był trzeźwy, gorący i wilgotny jak monsun. – Zostań, ja przecież wiem, ja cię znam, mnie nie oszukasz. Nie musisz.
Czwartek zesztywniał, zezując gdzieś w bok, obok głowy brata. Kiedy Piątek znów przemówił, jego głos zmiękł nieznacznie.
- Chciałem ci opowiedzieć historię. Szkatułkową. Ale widzę, że to nie był dobry pomysł. – Roześmiał się niezręcznie, przeczesując palcami bujną czuprynę. Zabrał też rękę, Czwartek poczuł, że jego nadgarstek jest chłodny i nagi, jak nigdy w życiu.
- Masz szczęście – mruknął, próbując wrócić do normalności. To nie było łatwe. – Musiałbyś ciągnąć te opowieści przez tysiąc i jedną noc, a ja knułbym, jak obciąć ci głowę.
- Brzmi interesująco. Zawsze lubiłem ryzyko. – Czwartek szarpnął głową, aż sprężyny włosów opadły mu na oczy. Serce łomotało mu tak szybko, że bał się, że wypadnie, w uszach pulsowała mu krew, a w głowie kołatała się jedna myśl.
Nie możemy.
Dopiero kiedy Piątek pocałował go w stylu starych, kiczowatych filmów, które sam wielokrotnie wyśmiewał, zrozumiał, że mogą i że już wie, co schowa w najnowszej szkatułce.

5. Piątek

 - Ludzie oczekują cudów. To stara prawda.
Budynek przypominał obdrapaną kostkę Rubika; solidny sześcian tynku spod którego tu i ówdzie wyłaziły rudoczerwone cegły, upstrzony zaciekami po licznych deszczach i popękany ze starości. Po jednej ścianie leniwie piął się bluszcz, zbyt suchy, żeby mógł być piękny. Nad drzwiami – były drewniane i ciągle mokre, zbutwiałe od wilgoci – widniał fioletowo-złoty napis: CUDA, DZIWY I FANTASMAGORIE. WEJDŹ, JEŚLI SIĘ ODWARZYSZ. Było mdłe piątkowe przedpołudnie. W słonecznym, świeżym powietrzu dało czuć się tajemnicę. Tłumek ludzi, czekający przed wejściem przytupywał – nie wiadomo, czy z zimna, czy ze zniecierpliwienia. Każdy w dłoni trzymał ulotkę wydrukowaną na barwnym, błyszczącym papierze. Niektórzy spoglądali na zegarek.
- Spóźnia się! – indyczył się tęgi, nalany na twarzy mężczyzna o wyglądzie bankiera-nieudacznika. – Za dwie godziny mam konferencję! To kpina!
- Nie można mu zarzucić, że jest perfekcyjnie wykształcony – zauważyła szczupła kobieta, z ciemnymi włosami upiętymi w kok rosyjskiej primabaleriny. Dystyngowanie wypuściła z ust kółeczko siwego dymu i strzepnęła popiół cygaretki na trawę. – Wystarczy tylko zerknąć na ten szyld.
- Podobno obiecuje cuda! – gorączkowała się grupka piętnastolatek, wyrywając sobie folder.
- Ja tam mu nie wierzę – mruknęła do nich dwudziestoparoletnia miłośniczka piercingu i strzeliła balonem z gumy do żucia. Stojący nieopodal długowłosy chłopak skwitował jej wypowiedź krótkim - Idiotka – i wrócił do czytania starego numeru Batmana.
W tym momencie drzwi skrzypnęły zapraszająco i pojawił się w nich mężczyzna w nieokreślonym wieku; na widok przybyłych uśmiechnął półgębkiem. Usta miał wąskie, czerwone, niemal kobiece. Grzywa gęstych, jasnych włosów opadała mu na szare oczy, odgarnął ją szybkim dmuchnięciem. Założone na piersi ręce rozplotły się.
- Wejdźcie… - kiwnął na przybyłych gościnnie. Głos miał niski i szemrzący jak potok. Ruszyli posłusznie za nim, potykając się i szurając nogami. Dom okazał się większy w środku, niż mogłoby się wydawać; ujrzeli bowiem okrąglą salę z rzędami krzeseł – było ich za dużo, setki, może nawet tysiące, na samym końcu pokoju – podłoga była niegdyś przepiękną szklaną mozaiką, teraz nie przypominała już nic pięknego – zbudowano scenę, ukrytą pod ciężką, czarną kotarą. Jedna z nastolatek zaczęła piszczeć, bo wydawało jej się, że dostrzegła rozmazane cienie wędrujące tam i z powrotem po ciemnym materiale, coś w rodzaju kotów czy też nietoperzy.
- Przysięgam, miało cztery nogi i skrzydła! – wykrzyknęła nerwowo, pocierając ramiona rękami.
- Panie i panowie! – zawołał niewzruszony Mistrz, wchodząc na scenę. W ciemnościach wyglądał zbyt zwyczajnie, skąpany w szarościach i błękitach swych ubrań. – Przedstawiam wam niepowtarzalną okazję wędrówki po peryferiach swych uczuć, podróży w głąb niespełnionych pragnień, włóczęgi na bezdrożach własnego psyche! Kto raz tu wszedł, wyjdzie odmieniony! Przed wami cudotwórca, eskulap ludzkich serc, wspaniały Victor Vendredi! – Mężczyzna rozejrzał się po zebranych, by dać do zrozumienia kim jest. Odpowiedziała mu cisza. Skrzywił się nieco z powodu braku aplauzu, wyjął skądś skrzypce – niektórzy mogli powiedzieć, że wzięły się z ciemności – i zaczął grać wariację Smooth Criminal Michaela Jacksona. Przy każdym refrenie wtórowały mu stłumione, widmowe głosy. W drugiej części zza jego pleców jak żywe anielskie skrzydła wyleciały białe gołębie, do ogonów miały przypięte długie migotliwe wstęgi w pastelowych barwach.
Annie, are okay, so, Annie are you okay, are you okay, Annie?
- Jakie to piękne – powiedział nagle bankier, ocierając łzy ręką mankietu. Nastolatki wyły frenetycznie w upojnym szale. Dwudziestolatka i fan komiksów całowali się, leżąc między siedzeniami. Balerina nie zauważyła, że wypaliła całą cygaretkę, skóra na jej policzkach napięła się do granic niemożliwości. W powietrzu niósł się zapach letnich nocy, sangrii i grejpfrutów.
Piosenka się skończyła i nagle wszystko znikło. Ludzie kołysali się w przód i w tył, rozpaczając nad tym, co było i odeszło, lub nad tym, czego nie było, a być mogło. Gdzieś daleko od miejsca przedstawienia, młody mężczyzna o lokach w kolorze karmelu zacmokał z niesmakiem.
- Lubisz bawić się ludźmi – wytknął mu Czwartek. Leżeli na starej, rozlatującej się kanapie. Zadowolony z siebie Piątek schował nos w zagłębieniu jego szyi. Jego pocałunek był krótki jak sierpniowa burza.
- Cóż mam na to poradzić. Ludzie oczekują cudów.

6. Sobota

Znów ten sam huk w głowie, jak co rano. Czasem stawało się to upierdliwe, trzeba przyznać.  Sobota usiadła na łóżku, przeciągnęła się i zaraz z powrotem opadła na poduszki. Zbyt duży t-shirt, w którym lubiła spać, zsunął się z jej ramienia. Sobota była drobna jak wróbel, czarnowłosa i – właśnie w tej chwili – bardzo, bardzo śpiąca.
Nie otwierając oczu, westchnęła donośnie, nabierając w płuca woń swojego pokoju – damskie perfumy, wanilię i wiśnie i zastanowiła się, czy byłaby inna, gdyby przypadło jej wczoraj lub jutro. Pewnie nie, pomyślała zrezygnowana, dziesiątki cieniutkich metalowych bransoletek opadły z jej ramienia aż do nadgarstka. Środa powtarzała jej, że jest za chuda, ale to była Środa – zawzięta z zewnątrz, krucha w środku, popaprana jak każdy inny z jej Rodziny. Sobota jednak lubiła ją najbardziej – starsza siostra balansowała na granicy uprzejmości i wredności lepiej niż ktokolwiek inny. Funkcjonowały na zasadzie rażącego kontrastu – wysoka i niska, tęga i chuda, jasna i ciemna, pracowita i leniwa. O tak, Środa jest bardzo pracowitym dniem, pomyślała Sobota ze znużeniem. Angażowała się cały czas w jakieś akcje, kursy, występy, pragnęła, żeby ja zauważono i kochano. Sobota nie umiała tego zrozumieć.
To mnie kochają bardziej, zrozumiała w nagłym, porannym przebłysku i zdecydowała się wcisnąć na nos okulary.  To mnie kochają bardziej, mimo, że mniej się staram i najchętniej wylegiwałabym się w łóżku cały dzień. Zwilżyła językiem spierzchnięte wargi. Bardzo chciało jej się pić. Kiedy się podniosła, zobaczyła starszą siostrę w odbiciu zwierciadła w stalowej ramie. Nie zaskoczyło jej to.
- Cześć.
- Przyniosłam ci zestaw na weltschmerz. – Środa postawiła na nocnej szafce tacę z dwoma kawami i jedną szklanką wody, w której powoli musowały tabletki. – Bardzo źle było wczoraj? – spytała ze sztucznym zainteresowaniem i prawdziwym współczuciem.
Sobota jęknęła głośno, podchodząc do lustra. Jej włosy przypominały aktualnie ptasie gniazdo, tusz i zmęczenie tworzyły pod oczami sine półksiężyce. Gorliwie sięgnęła po kawę.
- Nawet mi nie mów – mruknęła po kilku pospiesznych łykach. – Czy ja zawsze muszę naprawiać wszystko, co zrobi ten wariat? Dla niego ciągła beztroska i zabawa, dla mnie moralniaczek. Ugh. Słodziłaś to. Nienawidzę cukru. Straszna z ciebie wiedźma, wiesz?
Środa błysnęła złośliwym uśmiechem i podniosła do ust własny kubek.
- Do usług. A jeżeli mówimy już o Piątku… myślę, że na jakiś czas będziesz miała go z głowy. – Słowa te zabrzmiały tak poważnie, że przez chwilę chciała zapytać, co takiego tym razem zmalował ich brat, ale uznała, że woli nie wiedzieć. Niektóre informacje mogły poczekać. – I… naprawdę, siostra, nie narzekaj – mruknęła Środa ciszej niż powinna. Sobota chciała powiedzieć coś o przepraszaniu, coś o tym, jak podle się czuje co rano, kiedy głowa pęka jej w szwach i musi żałować za nieswoje błędy, ale się powstrzymała. Środa była niepewna, niczym drżący płomyk świecy, gotowy za chwilę zgasnąć i wiedziała to cała Siódemka. Rozstawianie przez nią po kątach pozostałych członków Rodziny było zaledwie kamuflażem dla tej bardziej wrażliwej twarzy. Sobota klapnęła na rozścielone łóżko i zaczepnie trąciła siostrę w ramię.
- Jak będziesz szła do tych swoich bezdomnych, daj mi znać. Przejdę się z to-oobą – obietnicę zagłuszyło ziewnięcie, ale Środa i tak wyczuła, że jest szczera. Popatrzyła na nią ucieszona.
- Naprawdę? Bo dzisiaj zamierzam iść do schroniska dla psów i…
- Powiedziałam: bezdomnych, nie kundli! Ale niech będzie, pójdźmy rozsiewać radość i szczęście – mruknęła, widząc rozczarowanie na twarzy siostry. – Tylko błagam cię, pozwól mi jeszcze pospać.

7. Niedziela

I jest jeszcze Niedziela.
Niedziela codziennie wstaje z pierwszymi promieniami słońca, plaskając bosymi stopami o chłodną podłogę, gdy jeszcze nie wiadomo, czy dzień będzie przyjazny i trzeba natychmiast to sprawdzić. Wygląda przez okno, wychylając się tak daleko, że niemal przez nie wypada, świat pachnie porannym powietrzem, a nikłe gwiazdy odchodzą za horyzont i nie można zgadnąć, czy to świt, czy jeszcze noc. I wtedy Niedziela śmieje się, odgarnia masę splątanych, brązowych włosów, mruży ślepka błękitne jak niezapominajki i pokazuje wiewiórcze ząbki.
Niedziela ma tylko pięć lat, już od bardzo, bardzo dawna.
Niedziela zbiega do kuchni, przeskakując co kilka stopni, o tej porze nikt w niej nie siedzi i tylko kran kapie rytmicznie – plum-plum-plum – swoją spokojną kołysankę. Pod pachą Niedziela niesie swojego nieodłącznego towarzysza, pluszowego szczura imieniem Parmezan. Kiedy okazuje się, że jednak tego ranka ktoś w kuchni jest, cofa się przestraszona, rozlewając dookoła mleko. To jej najstarszy brat, Poniedziałek, jak zwykle pije czarną kawę i patrzy zamyślony w okno. Jest gotowy do wyjścia, choć to przecież jej dzień, mimo, że dopiero co się rozpoczął. Poniedziałek wygląda poważnie i musi przyznać, że trochę się go boi. Próbuje zetrzeć mleko z podłogi ręcznikiem Soboty, ale przez przypadek potrąca pudełka stojące na blacie i deszcz czekoladowych płatków sypie się na podłogę. Zagryza wargi. Ma ochotę się rozpłakać.
- Daj mi to – słyszy koło siebie niski, koci pomruk i widzi Poniedziałka, który klęczy w kałuży mleka i płatków, aż przemakają mu od tego elegancki stalowy garnitur. Starszy brat z zainteresowaniem ogląda mokry ręcznik Soboty i bez słowa rzuca go za siebie. Kręci głową i właśnie to sprawia, że Niedziela zaczyna się gorączkowo tłumaczyć, czując jak rumieniec wstydu i złości na samą siebie wypełza jej na twarz. Z nerwów omal nie wyłamuje sobie palców, zapomniany Parmezan leży w pobliżu kuchennych szafek.
- J-ja nie chciałam… wylało mi się, ja posprzątam… Ja nie chciałam!
- Wiem – zapewnia ją łagodnie Poniedziałek, wstaje i jest nagle bardzo wysoki, pewnie tak wysoki, że mógłby chodzić z głową w chmurach, to pewnie o tym mówią ludzie, używając tego wyrażenia. – Wiem – zapewnia ją i na jego ustach pojawia się coś, co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać cieniem uśmiechu. – Ale Sobota nie byłaby zachwycona, gdyby zobaczyła teraz swój ręcznik. Zanieś go do pralki, a ja tu ogarnę. – Niedziela z mocno bijącym sercem ucieka do łazienki, nim Poniedziałek zdąży zmienić zdanie i wpycha ręcznik Soboty głęboko, za koszule Czwartka i kamizelkę Wtorka, tak, by nikt go nie zobaczył, jeśli przyszłoby mu do głowy zajrzeć do pralki. Kiedy wraca, podłoga wciąż jest mokra, ale czekoladowo-mleczna kałuża już z niej znikła. Poniedziałek stoi przy kuchence, krawat ma poluzowany, a kolana wciąż w plamach po mleku, ale w skupieniu roztrzepuje jajka i równo kroi szczypiorek. Niedziela przypatruje mu się ciekawie z wyżyn kuchennego krzesła, Parmezan jak nigdy nic siedzi na stole. Najstarszy brat odwraca się w jej stronę, czajnik na gazie gwiżdże przeraźliwie, Niedziela zatyka sobie uszy. Poniedziałek się cicho śmieje.
- Pomyślałem, że zrobię nam omlet – mówi, dosypując soli i pieprzu i mieszając jajka ze szczypiorkiem i serem. Niedziela łowi noskiem przepyszne zapachy.
- Nam? – dziwi się. Poniedziałek kiwa głową.
- Nam. Dla mnie, dla ciebie i dla twojej myszy.
- To jest ściur! – burzy się Niedziela. Poniedziałek ugodowo wzrusza ramionami, próbując potrawy. Ciepły, zachęcający zapach omletu sprawia, że Niedzieli kręci się w głowie i przywołuje własną woń, mieszankę mleka, fiołków i zagniatanego ciasta. Wybucha perlistym śmiechem.  Popijający herbatę po angielsku Poniedziałek uśmiechający się do niej półgębkiem, nieco nieśmiało, nie jest dla niej już straszny. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Po obu stronach lustra, czyli baśń nieco cyniczna







Pogłoski o mojej filmofobii są stanowczo przesadzone. Po prostu, śledząc recenzje profesjonalnych recenzentów odkrywam, że podoba mi się to, co profesjonaliści mieszają z błotem, co chyba jest prawdą również w dzisiejszym przypadku. Wróciłam bowiem do Penelope, filmu, który ostatnio oglądałam, mając lat 16 (czyli byłam fantastycznym targetem bajań o miłości). Oglądając ten sam film, który niegdyś szalenie mi się podobał, uderzyły mnie dwie rzeczy: jak bardzo przez dziesięć lat zmienia się percepcja i priorytety widza i jakże inny jest przez to odbiór filmu. W efekcie, Penelope podoba mi się nadal, choć może na nieco innych płaszczyznach. Przejdźmy do rzeczy.

 Penelope po ucieczce, żyjąca w ciągłym strachu przed odkryciem, nosi szalik. To dlatego w niektórych kinach film był dystrybuowany pod pseudonimem "Scarfy" ("Szaliczek").


Całkiem niedawno temu, w mieście będącym mieszanką Londynu i Nowego Yorku żyła sobie dziewczyna. Mieszkała w pięknym domu i miała wszystko, czego można byłoby sobie wymarzyć, jednak nie była szczęśliwa. Bowiem jej ojciec nazywał się Wilhern (z tych Wilhernów) i była pierwszą dziewczynką, która urodziła się w tej rodzinie od pięciu pokoleń. W wyniku wiedźmiej klątwy, którą został obłożony jej pra-pra-pra-pradziadek, Penelope Wilhern musi borykać się z niezwykłym defektem – zamiast nosa ma świński ryjek. Na szczęście, każde zaklęcie można odkręcić – dziedzic szlachetnego rodu musi pokochać Penelope taką jaką jest i wziąć z nią ślub. Chroniona przez pełnego poczucia winy ojca (to w końcu przez jego przodków dziewczyna wygląda jak wygląda) i histeryczną matkę, Penelope dorasta w samotności, dzieląc czas pomiędzy naukę, czytanie, ogrodnictwo i doskonalenie tego, by w przyszłości stać się idealną wybranką serca. W momencie osiągnięcia przez Wilhernównę pełnoletniości, willę odwiedzają tłumy zubożałych arystokratów, przyciąganych nie tyle przez miejską legendę o kobiecie-świni, ale przez pokaźny posag. Każde ze spotkań kończy się fiaskiem, dopóki do akcji nie wkracza reporter Lemon, zainteresowany Penelope z zupełnie innych powodów i jego szpion, uzależniony od gry w kasynie  bankrut i magnat zarazem, Max Campion.  W wyniku kosmicznej komplikacji Penelope ucieka z domu w świat, którego przez 25 lat nie miała okazji poznać, żyjąc w złotej klatce swej posiadłości. Opiekuje się nią przypadkowo poznana kurierka Annie, wprowadzając ją w zupełnie nową rzeczywistość i pokazując, że nikt nie jest doskonały, a ludzi naprawdę nie zawsze trzeba się bać…



 Jedna z najlepszych postaci - reporter Lemon (w tej roli rewelacyjny Peter Dinklage).

Właściwie trudno jest mi określić dominujący w tym filmie gatunek: na pewno jest to baśń, w której archetypy zostały postawione do góry nogami – Christina Ricci w roli Penelope jest niepewna siebie, ale wybuchowa, książę z kasyna, czyli James McAvoy zachwyca swoim dyskretnym smutkiem i pewną rezygnacją (Dlaczego? To jedna z tajemnic filmu…), trudno też wyodrębnić czarny jak smoła charakter, bo w tym filmie wszyscy właściwie przyjmują odcienie szarości. Nie jest też Penelope dramatem, choć są w nim sceny melancholijne, zwłaszcza scena po obu stronach lustra, kiedy Penelope i Max grają ze sobą w szachy (pokój spotkań z potencjalnymi narzeczonymi przypomina właściwie salę przesłuchań, bo jego najważniejszym elementem jest weneckie lustro), nie jest też komedią, choć widać jak na dłoni, że zarówno twórcy, jak aktorzy świetnie bawią się konwencją na planie. Humor jest trochę abstrakcyjny, nieco brytyjski (czyli oparty na grze słów) i dość makabryczny w zastosowaniu. Scenarzyści kpią także ze stereotypów, bo pozornie przesłanie Penelope można znaleźć w każdym programie dotyczącym fizycznych transformacji: brzydkie kaczątko najpierw powinno pokochać siebie, żeby pozwolić pokochać się komu innemu. Jednak to nie takie proste, bo każdy skrywa jakieś sekrety, schowane po obu stronach lustra. Zdumiewa też reakcja tabloidów na odmienny wygląd dziewczyny, mając w pamięci wsparcie dawane jej przez rodziców.



 Penelope w swoim pokoju, arcydziele scenograficznym (i sukni ślubnej, ale to nieważne).

Rzeczą, która z pewnością w filmie zachwyca, jest scenografia. Od utrzymanego w zaskakująco pasujących kontrastach czerwieni i zieleni pokoju Penelope, przez kolorowe ulice miasta, każda scena eksploduje kolorami, przywodząc na myśl choćby surrealistyczne klimaty Amelii i innego stylizowanego kina. Poza tym, Penelope odcina się od fabuły baśni sztampowej – jej życie nie kończy się na wybranku serca, przeciwnie, Penelope jeszcze przed wyjściem spod klosza ma dalekosiężne plany na życie, które po osiągnięciu wolności urzeczywistnia, pomagając sobie nawet najbardziej desperackimi sposobami  (chociażby ujawniając reszcie świata swą twarz). Obowiązkowy w każdej baśni happy end musi poczekać na swoją kolej, dopóki bohaterka nie osiągnie swoich zamierzeń i nie usamodzielni się z pomocą przyjaciółki (w roli Annie wystąpiła producentka filmu, Reese Witherspoon) i nie stanie się inspiracją dla innych. Penelope uczy przede wszystkim akceptacji – nie tylko innych, ale i samego siebie.

 Max i Penelope, oddzieleni zaledwie lustrem (ona go widzi, on jej nie).

Co może wydać się interesujące, nastoletnia ja skupiała się przede wszystkim na wątku Penelope i Maxa (no dobra, przyznam, wydaje mi się, że jest to najlepsza wizualnie rola McAvoya, co tylko podkreśla zasługi kostiumologów, i rany, on był wtedy w moim wieku, jaka ja jestem stara). Obecnie bardziej interesowała mnie kontrowersyjna postać Jessiki i jej stosunek do córki. Rodzice bardzo rzadko wiedzą, czego ich dzieciom potrzeba do szczęścia. Zastanowiło mnie też ukazanie Penelope jako osoby antyspołecznej, nie przez własny stosunek do świata, tylko przez wrodzoną wadę wyglądu i pomyślałam sobie – kurczę, przecież ona się wcale nie różni od tych biednych zakompleksionych dziewcząt, które wolą nie wychodzić z domu, żeby nie zostać skrzywdzone przez innych. I okazuje się, że Penelope jako uświadamiająca propaganda społeczna działa bardzo dobrze.



 Zwykle drażniąca mnie Reese Witherspoon jako Annie wypadła bardzo dobrze.

Kolejna ciekawostka, którą odkryłam przy rewatchingu, to to, że historia Penelope faktycznie oparta została na legendzie, tzw. pig-faced woman, krążącej po Anglii, Francji i w Niderlandach od XVII wieku. Kobieta ta miała pochodzić z bogatej i powszechnie szanowanej rodziny i nie różniła się wyglądem od innych dam poza jednym szczegółem. Miała być ofiarą klątwy (co zostało zaadaptowane w filmie) i mogła zostać ocalona od wyglądu potwora przez człowieka, który się w niej zakocha. Inna wersja podania mówi o mężczyźnie, który zdecydował się wziąć ślub z maszkarą, na co ona odparła, że musi wybrać – po ślubie albo będzie pięknością o ciele świni, albo pozostanie w dotychczasowej formie przez resztę lat. Oblubieniec zrzucił decyzję na narzeczoną – i dzięki temu panna w ogóle pozbyła się świńskich atrybutów; wyczuwam w tej historii echo „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera, gdzie pojawił się motyw podobny. A o świńskiej damie z Machester Square i w ogóle o wielu zeznaniach świadków widujących takie monstra, możecie poczytać tutaj. Przyznam, że mało rzeczy obecnie mnie zaskakuje (ależ jestem cyniczna) ale podanie o kobiecie-świni jest jedną z nich.

 A oto, psze państwa, rycina ilustrująca wspomnianą legendę.

Tak czy siak, Penelope to moim zdaniem (a o jego trafności byliście lojalnie poinformowani na początku postu) całkiem sympatyczny film, całymi garściami czerpiący z baśniowej konwencji i dodatkowo uczący samoakceptacji bez nachalnego moralizatorskiego znaczenia. Można go obejrzeć jako odskocznię od realności, jako lekcję dla samego siebie albo film z głębszym przesłaniem. Podoba mi się taka uniwersalność.

(część 2 o kadukach będzie na dniach. Na razie nie czuję się na siłach, wybaczcie.)

sobota, 14 czerwca 2014

Do kaduka, czyli żyjąc z burzą w głowie cz. 1



Bardzo długo zbierałam się do tego wpisu, zaczynając, kasując i zaczynając na nowo, popadając w przesadę i chłodne sprawozdania, w dramat, rozpacz i rozdzieranie szat i w garść suchych faktów, przytaczałam absurdalne anegdoty i się na nie złościłam, nie umiejąc wypośrodkować tego, co chciałam przekazać. Bo nie ukrywam, że temat dzisiejszego wpisu, do niedawna zupełnie mi obcy, nagle stał się przejmująco osobisty i niektóre rzeczy będę opisywać, cóż, z autopsji.

Nazywają ją różnie – chorobą szaleńców, opętanych, świętych, królów i przeklętych, tańcami świętego Wita i kadukiem. Dla mnie przede wszystkim jest chorobą niewidzialności, bo na pierwszy rzut oka nie można zidentyfikować, że dana osoba na nią cierpi, a wręcz odwrotnie. Mówię o padaczce (jak ja nienawidzę tej nazwy, brrr!) albo, jak wolę ją nazywać, epilepsji. Planując ten wpis, zamierzałam podejść do tematu bardziej ciekawostkowo oraz kulturowo niż naukowo, bo nie pretenduję do zostania epileptologiem czy też neurologiem, zostawiając ten zaszczyt ludziom ode mnie mądrzejszym. Guess what. Nie znalazłam praktycznie żadnego materiału do analizy. Owszem, znajduję się w doborowym towarzystwie, bo dołączają do mnie Aleksander Wielki, Napoleon, Juliusz Cezar, Philip K. Dick, Charles Dickens (podobnież, bo nigdy tego nie potwierdzono, tak samo jak w przypadku Agathy Christie) , z pewnością Dostojewski (to świetnie, lubię!) i być może van Gogh, z racji odstawienia dragów lub alkoholu Lewis Carroll i E. A. Poe, Ian Curtis (o nim nieco później) i jedyny w swoim rodzaju elfi agent, Hugo Weaving. Wszystkie te postaci wzięłam z tak wiarygodnego źródła, jakim jest Wikipedia, nie wszystkie również mogę potwierdzić jako pewniaki, bo niektóre z ataków spowodowane były syndromem odstawienia lub złośliwą plotką. Przy pomocy jednej ze znajomych, której serdecznie dziękuję, przypomniałam sobie o jednej postaci fikcyjnej, którą mogę zanalizować dogłębnie i nie mieć wrażenia, że analizuję siebie. Mowa o Promieniu (Zwycięskim Promieniu Świtu, gosh, biedny chłopak!) z Kronik Drugiego Kręgu Ewy Białołęckiej. 

 Winietka z wyżej wspomnianym oraz jego hajgońską panterą Miętówką.

Żeby bliżej przyjrzeć się Promieniowi, należy przybliżyć też dzieło, w jakim się ten bohater znajduje. Kroniki Drugiego Kręgu wyrosły z kilku opowiadań stworzonych w latach 90-tych, czyli wtedy, gdy fantastyka polska właściwie raczkowała, opierając się na wspaniałych historiach nadchodzących z nieco mniej zgniłego Zachodu po roku ’89. Zbiorek pod tytułem Tkacz Iluzji przyniósł autorce dwie prestiżowe nagrody (Sfinksa i Zajdla) oraz tytuł Pierwszej Damy Polskiej Fantastyki (IMO nieco na wyrost, ale rzecz jest oczywiście dyskusyjna). Pomysł był genialny w swojej prostocie – świat Białołęckiej jest pełen magów odmalowanych w zupełnie innych barwach niż dotychczas, podchodzących raczej pod mutacje genetyczne aniżeli bezmyślne wkuwanie zaklęć i machanie różdżką czy kosturem, a im większy tak zwany talent, tym większe cierpienie, bowiem jak nam wszystkim wiadomo, w świecie nawet wymyślonym, nie ma nic za darmo. Na początku spotykamy Kamyka, chłopca kilkunastoletniego, obdarzonego umiejętnością upiększania świata, czyli tkania iluzji. Jego największym marzeniem jest przywdzianie błękitnej szarfy, symbolu magicznej profesji. Jest tylko jedno ale. Kamyk jest głuchoniemy. To jedna z wielu niedoskonałości, które przyszło zapłacić bohaterom Białołęckiej za bycie wyjątkowymi. Defekt Kamyka nie jest zresztą jedynym – do kompletu mamy Nocnego Śpiewaka, który pełnił rolę atrakcji w objazdowym freak show, albinoskę Jagodę, Myszkę, który cierpi z powodu zatrzymania wzrostu, i oprócz garstki mniej zdolnych, ale za to zdrowych chłopców, mamy też Promienia.

Jako że książki Białołęckiej z pewnych przyczyn przemawiają bardziej do nastolatków niż osób dorosłych (mając lat 16, zaczytywałam się nimi, teraz patrzę już bardziej krytycznie, choć nadal z pewną sympatią) muszę wyznać, że moje nastoletnie jestestwo nie do końca zrozumiało problemy Promienia. O Promieniu wiemy sporo – pochodzi z książęcego rodu, był nawet kandydatem do ręki cesarzówny, ma olbrzymie daddy issues, poglądy na sprawy religii raczej agnostyczne, lubi koty, jego moc (Promień należy do Iskier, czyli magów władających ogniem) jest gigantyczna (jak twierdzi jeden z jego kolegów, byłby w stanie zagotować jezioro i nawet by się nie spocił) a jednak nie umiałam znaleźć w nim nic, co równoważyłoby się z jego potęgą. Ataki drgawkowe (tzw. grand mal, chociaż mój doktor zjadłby mnie za to określenie, bo tak się już dziś nie mówi, a jednak fascynuje mnie pierwotna nazwa ataków toniczno-klonicznych, bo po francusku oznacza „wielkie zło”) Promieniowi zdarzają się rzadko – albo przy wyczerpaniu (zaraz podsunę stosowny cytacik) albo przy uderzeniu w głowę, co jest typowe dla epileptyków. Jednak ważność ataków Promienia ginie jakoś w mnogości zdarzeń (nieco pogłębiona zostaje w następnych tomach Kronik, których niestety przy sobie nie mam) tak jak tu:


W chwilę później rozpętało się coś w rodzaju miniaturowego cyklonu. Zwycięski Promień Świtu zachłysnął się powietrzem i usiłował zerwać z krzesła, jednak czy to z powodu szoku, czy skurczonej pozycji [Promień brał udział w tzw. „godzinie chwały”, czyli prezentacji magicznych umiejętności, a jego ambicja nie ustępuje rozmiarem Kilimandżaro – przyp. mój] zleciał na podłogę, uderzając w nią głową. Leżał w dziwnej opzycji, w nieskoordynowany sposób poruszając rękoma. Wystraszony Kowal [nauczyciel] usiłował podnieść chłopca, jednocześnie przytrzymując mu głowę.

- Naznaczeni błękitem, t. 2, s. 252


Zaraz potem Promień podrywa się i dostaje ataku szału. Poza brakiem oszołomienia (serio, człowiek nie jest w stanie słowa wypowiedzieć, a co dopiero się zerwać do pionu) który wydaje mi się  bardzo dziwny, oraz poczucia bezradności i słabości (nie lubimy, nie, nie i nie) znaczące wydaje mi się, że Promień nie wspomina ani słowem o dziwacznym incydencie. To już wydaje mi się typowe, bo po ataku tak bywa, czuje się mieszankę wstydu, poczucia winy i własnej bezsilności, więc po prostu się milczy. Czytając dalej, coraz bardziej utożsamiałam się z Promieniem, który ma wyraźne wahania nastrojów i przeskakuje od reakcji niemal histerycznych, poprzez agresywne i niemal miłe. Bo w epilepsji nie jest najgorszy moment drgawkowy, który zazwyczaj przechodzi po kilku minutach. Najgorsze jest po. Po i między ma się nieustannego kaca moralnego, naskakuje na ludzi, którzy chcieliby pomóc, a nie mogą, ma się stany depresyjne i wyrzuty sumienia i w ogóle, nastrój raczej do rzyci. Pod tym względem Promień napisany jest świetnie (chociaż pewności nie mam, czy te huśtawki emocjonalne to zasługa epilepsji, czy tylko zamierzonego charakterku Promienia). I strasznie, okropnie, przeraźliwie zabolał mnie fragment, w którym chłopcy zastanawiają się nad brakiem ułomności przyjaciela, bo to tylko potwierdza moją tezę choroby niewidzialnej, którą chowa się w najgłębszym zakamarku siebie, nie pozwalając dotrzeć tam nawet najbliższym osobom.

A tak w ogóle, to część dalsza będzie, najpewniej w poniedziałek, bo muszę jeszcze poględzić o Joy Division i o komiksie Davida B pod najzajebistszym tytułem świata, tj. o Rycerzach Świętego Wita. I o kadukach też i o chorobie sejmowej i o pławieniu nie-koniecznie-czarownic w samo południe.

(Się rozgadałam. Wybaczcie.)