Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAŚNIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BAŚNIE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

Jakiś potwór tu nadchodzi, czyli nic tak nie przeraża jak baśnie

Choruję. Przygotowałam się już do pracy, nastawiłam na wyjście z domu, z nudów czytam Muminki, od czasu do czasu oglądając jakiś film. Próbowałam kończyć tłumaczenie, ale machnęłam ręką. Czytane po raz setny historie ciągną się jak guma do żucia, a mój rozłożony na łopatki organizm powtarza uporczywie mantrę: spaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspać.
Kiedy śpię, śnią mi się nowe opowieści, na przykład ta o dziewczynie z włosami niczym księżycowa pajęczyna, śniącej na pluszowych kanapach w nocnym pociągu donikąd. Prowadzę długie dialogi, niekończące się konwersacje, zadaję pytania własnej wyobraźni. I budzę się zlana zimnym potem.

To o strachu dzisiaj chciałam pisać. Bo zauważyłam, że październik, poza byciem moim ulubionym miesiącem, jest także miesiącem twórczym i przerażającym, czasem, w który słowa przychodzą same, wkradając się w kieszenie ciepłego płaszcza. Wiem, że nie ja pierwsza zauważyłam tę zależność – widział ją także Ray Bradbury, autor Farenheita 451 oraz setek opowiadań, który miejsce narodzin wszelkich opowieści nazywał Pażdziernikową Krainą. Od Bradbury’ego zresztą ukradłam też tytuł dzisiejszej notki. Niestety, o samym Bradburym mówić dziś nie zamierzam, zostawię sobie go na lepszą okazję, która może nadejść już niebawem. Będzie dziś za to o trzech przykładach tego, jak sama odczuwam październik i dlaczego lubię go tak bardzo.

Przykład pierwszy: 



Alma to hiszpańska krótkometrażówka (czas trwania: około 6 minut) w reżyserii jednego z byłych animatorów Pixara. Pomimo radosnej ścieżki dźwiękowej (notabene wziętej żywcem z pixarowskiego Odlotu (Up) Alma czerpie z freudowskiej teorii zwanej Dolina niesamowitości (ang. Uncanny Valley), zgodnie z którą najbardziej przerażające są rzeczy pozornie zwyczajne i znajome. A do nich zaliczają się zwłaszcza przedmioty humanoidalne, czyli roboty, posągi, lalki itp. Pewnego zimowego dnia w Barcelonie mała Alma zauważa mur, w całości pokryty zapisanymi kredą imionami dzieci. Zapisując swoje imię wśród nich, przypieczętowuje swój los – widzi w witrynie sklepu lalkę, podobną do niej jak dwie krople wody. Po wejściu do sklepu, w którym drzwi otwierają się same (pamiętajcie dzieci: nigdy nie ufajcie otwartym drzwiom, nie wiadomo, co się za nimi kryje) nic już nie będzie takie samo…




Po obejrzeniu filmiku zachęcam do sprawdzenia, co oznacza w języku hiszpańskim słowo alma.

(swoją drogą, ta krótkometrażówka tak spodobała się Guillermo del Toro, twórcy Labiryntu Fauna, że prawdopodobnie powstanie porządna, półtoragodzinna wersja).

 Przykład drugi: 




Link do tego filmu (również krótkometrażowego, ale trwającego już trzydzieści minut) przysłała mi przyjaciółka, zapewniając, że powinno mi się spodobać. Miała rację. Sklep ze słodyczami to swoista baśń, odmalowana w piękny sposób na ekranie, osadzona w świecie, gdzie nawet pomarańcze są bladożółte, a życie wyprane z kolorów. W tym właśnie świecie młody gazeciarz, Jimmy pomaga swej ciężko chorej matce, pracując na targu, gdzie pewnego dnia pojawia się miejsce pełne smakowitych, barwnych lizaków, sprzedawanych przez właściciela sklepu ze słodyczami (sam właściciel wygląda jak skrzyżowanie Willy’ego Wonki ze Sweeney Toddem i Freddym Krugerem). Bystry chłopak dostaje propozycję, aby przyłączyć się do cukierniczej spółki. Pewnego dnia, rozmarza się sprzedawca lizaków, może nawet pozwolę ci obsługiwać maszynę… Wchodzi dziewczynka, wychodzi cukierek! To magiczne!  Albowiem każdy sukces ma swoją cenę, a tajemnica biznesu sklepu z cukierkami i długiej kolejki panów w garniturach czekających na swoją kolej jest mroczniejsza, niż można by sobie wyobrażać…



Whitestone Pictures, czyli wytwórnia Candy Shop mówi o sobie, że są bajarzami. Nie można być bliżej prawdy.

Przykład trzeci: Anya’s Ghost – Vera Brosgol



Anya’s Ghost to objawienie, na jakie wpadłam przypadkiem w kwietniu – już dawno żadna powieść graficzna nie spodobała mi się tak bardzo. Zauważam w Anya’s Ghost tropy prowadzące do Koraliny, opowieści zaczynającej się całkiem niewinnie i w gruncie rzeczy zapowiadającej się na uroczą, nieco absurdalną, ale z happy endem, a tak naprawdę podszytą czymś złowrogim.



Tytułowa Anya jest nastoletnią emigrantką z Rosji, mieszkającą z matką i młodszym braciszkiem w USA zaledwie od kilku lat. Pomimo dobrej znajomości angielskiego Anya wciąż nie czuje się pewnie w nowym środowisku, starając się być tak amerykańska, jak tylko potrafi, chodząc do prywatnego liceum, gdzie jej jedynymi znajomymi są Irlandka Siobhan i Dima, znajomy ze starego kraju, sztandarowe popychadło i nerd. Anya ma problemy typowe dla swojego wieku – martwi się o swoją figurę, pragnie popularności wśród rówieśników, kocha się w chłopaku ze starszej klasy. Wszystko to brzmiałoby nudnawo, gdyby nie przechadzka, podczas której Anya wpada do dołu w lesie, w którym spotyka ducha malej, nieśmiałej, słodkiej dziewczynki, która tak jak ona, czuje się samotna. Anya zostaje uratowana przez przechodnia, natomiast Emily nie może opuścić miejsca swej śmierci, przywiązana do swych doczesnych szczątków.



Niedługo potem Emily pojawia się w pokoju Anyi, uświadamiając jej, że zabrała jedną z kości Emily, tym samym zabierając duszka ze sobą. Przyjaźń z duchem bywa przydatna – pomaga Anyi na egzaminach, szpieguje obiekt jej westchnień, rozumie ją i wspiera jak nikt. W pewnym momencie dowiadujemy się, że Emily została zamordowana i Anya, w przypływie ciepłych uczuć obiecuje jej znaleźć jej mordercę… i tu dopiero zaczynają się schody, bo prawda to rzecz pokrętna.



Anya’s Ghost poza byciem świetną horrorynką dla dzieci (takie lubię najbardziej) pokazuje również inne problemy – poszukiwania własnej tożsamości, postrzegania ludzi poprzez stereotypy, uświadamiania sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Poza tym kreska Very Brosgol, która sama pochodzi z Rosji, więc wie, o czym pisze, jest nietuzinkowa i przyjemna dla oka. Mam nadzieję, że ta pani wyda coś jeszcze. Bardzo na to czekam.




A teraz idę zrobić sobie kubek herbaty i przeczytać wersję Olivera Twista spod ręki Willa Eisnera. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Po obu stronach lustra, czyli baśń nieco cyniczna







Pogłoski o mojej filmofobii są stanowczo przesadzone. Po prostu, śledząc recenzje profesjonalnych recenzentów odkrywam, że podoba mi się to, co profesjonaliści mieszają z błotem, co chyba jest prawdą również w dzisiejszym przypadku. Wróciłam bowiem do Penelope, filmu, który ostatnio oglądałam, mając lat 16 (czyli byłam fantastycznym targetem bajań o miłości). Oglądając ten sam film, który niegdyś szalenie mi się podobał, uderzyły mnie dwie rzeczy: jak bardzo przez dziesięć lat zmienia się percepcja i priorytety widza i jakże inny jest przez to odbiór filmu. W efekcie, Penelope podoba mi się nadal, choć może na nieco innych płaszczyznach. Przejdźmy do rzeczy.

 Penelope po ucieczce, żyjąca w ciągłym strachu przed odkryciem, nosi szalik. To dlatego w niektórych kinach film był dystrybuowany pod pseudonimem "Scarfy" ("Szaliczek").


Całkiem niedawno temu, w mieście będącym mieszanką Londynu i Nowego Yorku żyła sobie dziewczyna. Mieszkała w pięknym domu i miała wszystko, czego można byłoby sobie wymarzyć, jednak nie była szczęśliwa. Bowiem jej ojciec nazywał się Wilhern (z tych Wilhernów) i była pierwszą dziewczynką, która urodziła się w tej rodzinie od pięciu pokoleń. W wyniku wiedźmiej klątwy, którą został obłożony jej pra-pra-pra-pradziadek, Penelope Wilhern musi borykać się z niezwykłym defektem – zamiast nosa ma świński ryjek. Na szczęście, każde zaklęcie można odkręcić – dziedzic szlachetnego rodu musi pokochać Penelope taką jaką jest i wziąć z nią ślub. Chroniona przez pełnego poczucia winy ojca (to w końcu przez jego przodków dziewczyna wygląda jak wygląda) i histeryczną matkę, Penelope dorasta w samotności, dzieląc czas pomiędzy naukę, czytanie, ogrodnictwo i doskonalenie tego, by w przyszłości stać się idealną wybranką serca. W momencie osiągnięcia przez Wilhernównę pełnoletniości, willę odwiedzają tłumy zubożałych arystokratów, przyciąganych nie tyle przez miejską legendę o kobiecie-świni, ale przez pokaźny posag. Każde ze spotkań kończy się fiaskiem, dopóki do akcji nie wkracza reporter Lemon, zainteresowany Penelope z zupełnie innych powodów i jego szpion, uzależniony od gry w kasynie  bankrut i magnat zarazem, Max Campion.  W wyniku kosmicznej komplikacji Penelope ucieka z domu w świat, którego przez 25 lat nie miała okazji poznać, żyjąc w złotej klatce swej posiadłości. Opiekuje się nią przypadkowo poznana kurierka Annie, wprowadzając ją w zupełnie nową rzeczywistość i pokazując, że nikt nie jest doskonały, a ludzi naprawdę nie zawsze trzeba się bać…



 Jedna z najlepszych postaci - reporter Lemon (w tej roli rewelacyjny Peter Dinklage).

Właściwie trudno jest mi określić dominujący w tym filmie gatunek: na pewno jest to baśń, w której archetypy zostały postawione do góry nogami – Christina Ricci w roli Penelope jest niepewna siebie, ale wybuchowa, książę z kasyna, czyli James McAvoy zachwyca swoim dyskretnym smutkiem i pewną rezygnacją (Dlaczego? To jedna z tajemnic filmu…), trudno też wyodrębnić czarny jak smoła charakter, bo w tym filmie wszyscy właściwie przyjmują odcienie szarości. Nie jest też Penelope dramatem, choć są w nim sceny melancholijne, zwłaszcza scena po obu stronach lustra, kiedy Penelope i Max grają ze sobą w szachy (pokój spotkań z potencjalnymi narzeczonymi przypomina właściwie salę przesłuchań, bo jego najważniejszym elementem jest weneckie lustro), nie jest też komedią, choć widać jak na dłoni, że zarówno twórcy, jak aktorzy świetnie bawią się konwencją na planie. Humor jest trochę abstrakcyjny, nieco brytyjski (czyli oparty na grze słów) i dość makabryczny w zastosowaniu. Scenarzyści kpią także ze stereotypów, bo pozornie przesłanie Penelope można znaleźć w każdym programie dotyczącym fizycznych transformacji: brzydkie kaczątko najpierw powinno pokochać siebie, żeby pozwolić pokochać się komu innemu. Jednak to nie takie proste, bo każdy skrywa jakieś sekrety, schowane po obu stronach lustra. Zdumiewa też reakcja tabloidów na odmienny wygląd dziewczyny, mając w pamięci wsparcie dawane jej przez rodziców.



 Penelope w swoim pokoju, arcydziele scenograficznym (i sukni ślubnej, ale to nieważne).

Rzeczą, która z pewnością w filmie zachwyca, jest scenografia. Od utrzymanego w zaskakująco pasujących kontrastach czerwieni i zieleni pokoju Penelope, przez kolorowe ulice miasta, każda scena eksploduje kolorami, przywodząc na myśl choćby surrealistyczne klimaty Amelii i innego stylizowanego kina. Poza tym, Penelope odcina się od fabuły baśni sztampowej – jej życie nie kończy się na wybranku serca, przeciwnie, Penelope jeszcze przed wyjściem spod klosza ma dalekosiężne plany na życie, które po osiągnięciu wolności urzeczywistnia, pomagając sobie nawet najbardziej desperackimi sposobami  (chociażby ujawniając reszcie świata swą twarz). Obowiązkowy w każdej baśni happy end musi poczekać na swoją kolej, dopóki bohaterka nie osiągnie swoich zamierzeń i nie usamodzielni się z pomocą przyjaciółki (w roli Annie wystąpiła producentka filmu, Reese Witherspoon) i nie stanie się inspiracją dla innych. Penelope uczy przede wszystkim akceptacji – nie tylko innych, ale i samego siebie.

 Max i Penelope, oddzieleni zaledwie lustrem (ona go widzi, on jej nie).

Co może wydać się interesujące, nastoletnia ja skupiała się przede wszystkim na wątku Penelope i Maxa (no dobra, przyznam, wydaje mi się, że jest to najlepsza wizualnie rola McAvoya, co tylko podkreśla zasługi kostiumologów, i rany, on był wtedy w moim wieku, jaka ja jestem stara). Obecnie bardziej interesowała mnie kontrowersyjna postać Jessiki i jej stosunek do córki. Rodzice bardzo rzadko wiedzą, czego ich dzieciom potrzeba do szczęścia. Zastanowiło mnie też ukazanie Penelope jako osoby antyspołecznej, nie przez własny stosunek do świata, tylko przez wrodzoną wadę wyglądu i pomyślałam sobie – kurczę, przecież ona się wcale nie różni od tych biednych zakompleksionych dziewcząt, które wolą nie wychodzić z domu, żeby nie zostać skrzywdzone przez innych. I okazuje się, że Penelope jako uświadamiająca propaganda społeczna działa bardzo dobrze.



 Zwykle drażniąca mnie Reese Witherspoon jako Annie wypadła bardzo dobrze.

Kolejna ciekawostka, którą odkryłam przy rewatchingu, to to, że historia Penelope faktycznie oparta została na legendzie, tzw. pig-faced woman, krążącej po Anglii, Francji i w Niderlandach od XVII wieku. Kobieta ta miała pochodzić z bogatej i powszechnie szanowanej rodziny i nie różniła się wyglądem od innych dam poza jednym szczegółem. Miała być ofiarą klątwy (co zostało zaadaptowane w filmie) i mogła zostać ocalona od wyglądu potwora przez człowieka, który się w niej zakocha. Inna wersja podania mówi o mężczyźnie, który zdecydował się wziąć ślub z maszkarą, na co ona odparła, że musi wybrać – po ślubie albo będzie pięknością o ciele świni, albo pozostanie w dotychczasowej formie przez resztę lat. Oblubieniec zrzucił decyzję na narzeczoną – i dzięki temu panna w ogóle pozbyła się świńskich atrybutów; wyczuwam w tej historii echo „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera, gdzie pojawił się motyw podobny. A o świńskiej damie z Machester Square i w ogóle o wielu zeznaniach świadków widujących takie monstra, możecie poczytać tutaj. Przyznam, że mało rzeczy obecnie mnie zaskakuje (ależ jestem cyniczna) ale podanie o kobiecie-świni jest jedną z nich.

 A oto, psze państwa, rycina ilustrująca wspomnianą legendę.

Tak czy siak, Penelope to moim zdaniem (a o jego trafności byliście lojalnie poinformowani na początku postu) całkiem sympatyczny film, całymi garściami czerpiący z baśniowej konwencji i dodatkowo uczący samoakceptacji bez nachalnego moralizatorskiego znaczenia. Można go obejrzeć jako odskocznię od realności, jako lekcję dla samego siebie albo film z głębszym przesłaniem. Podoba mi się taka uniwersalność.

(część 2 o kadukach będzie na dniach. Na razie nie czuję się na siłach, wybaczcie.)

wtorek, 10 czerwca 2014

Śniąc sen odmienny, czyli znowu się nie znam na kinie






Długo zastanawiałam się, czy jest sens iść na ten film – chociaż lubię produkcje animowane Disneya, jego filmy live-action pozostawiają we mnie pewien niedosyt. Pewnie gdyby była to historia oparta na oryginalnym scenariuszu, machnęłabym ręką i obejrzała „kiedyś”, umilając sobie jakieś deszczowe przedpołudnie. A jednak dzisiaj, z głupia frant, bo tuż przed korepetycjami, zdecydowałam się na zobaczenie Czarownicy. Czy się opłacało – sama nie jestem tego pewna. Zaglądając przed seansem do Internetu, natknęłam się na kompletnie różne od siebie opinie – albo zupełne rozczarowanie filmem (to od tych, którzy spodziewali się zobaczyć horror 18+ z Angeliną Jolie w roli głównej) albo pienia nad pięknem baśni (to ci, którzy chcieli ładnej bajeczki osadzonej w czasach mitycznych). Moje zdanie plasuje się gdzieś pośrodku, bo podczas projekcji więcej czasu poświęciłam krytycznemu analizowaniu Maleficent (Czarownica jakoś nie brzmi, pardonsik) niż faktycznej fabule. Moje wnioski zaskoczyły mnie samą.



 Nie ma i nie może być wątpliwości, że to wciąż produkcja Disneya.

Historia Maleficent zaczyna się jeszcze przed akcją Śpiącej Królewny (trudno się bowiem oprzeć porównywaniu tej adaptacji z dużo wcześniejszą, tradycyjnie animowaną, zrobioną jeszcze w latach 50-tych). Jak się dowiadujemy od tajemniczej narratorki, niegdyś istniały dwa królestwa, oddzielone od siebie gęstym lasem (pewnie stąd angielskie Moors stały się polską Knieją). Jedno, to, do którego należała Maleficent, było typowym Faerie, zamieszkanym przez elfy, wróżki i gobliny obawiające się żelaza, drugie, rządzone twardą ręką starego króla, było do szpiku kości człowiecze. Pewnego dnia na granicy światów spotykają się młodziutka elfka Maleficent i sierota Stephan, który marzy, że gdy dorośnie, zamieszka we wspaniałym zamku. Jak to w baśni – przyjaźń dzieci szybko przeradza się w miłostkę nastolatków, z Prawdziwym Pocałunkiem Prawdziwej Miłości. Jednak nadchodzi wojna, dawni kochankowie nie są tymi, kim byli w czasach pokoju, a za swe pragnienia są gotowi zabić, zniszczyć, zdradzić. Tu opowieść zaczyna snuć się od nowa, zamieniając w klasyczny retelling, któremu nie mogłam przepuścić.



 Przeurocza Elle Fanning, w której kocham się platynowo od dłuższego czasu jako Aurora. Mimo że księżniczki są z reguły ckliwymi idiotkami, Elle udaje się uniknąć zaszufladkowania.

W czasie oglądania ww. filmu miałam to samo wrażenie, co przy Frozen – mianowicie, ze Disney bardzo chce wyjść ze sztywnych ram konwencji dziecięcego twórcy i zaserwować widzowi opowieść ciężką, mroczną, ciągnącą w mrok borów i tylko gdzieniegdzie rozświetlającą drogę nikłymi błędnymi ognikami, a drugiej strony się tego obawia. Postacie ze świata Maleficent są bogate w znaczenia, nieszablonowe i często kryjące drugie dno, wodzące za nos oglądających, którzy nabierają się na ich sztuczki – słowem mają olbrzymi potencjał. Od króla Stephana, który najpierw jest biednym włóczęgą, śniącym sny o władzy, potem przeradzając się w lustro swego poprzednika, a następnie w zimnego, nieczułego męża i ojca, skupionego na osobistej wendetcie, przez Aurorę, którą gra prześliczna Elle Fanning (z tej dziewczyny jeszcze będą ludzie, oj będą!) i która tylko na pozór jest słodka, niewinna i niezdecydowana życiowo, kruko-człowieka Diavala (och, chyba moja najukochańsza postać z całego filmu i tak strasznie, strasznie niewykorzystana, czy ktokolwiek poza mną łączył postać Diavala z zupełnie inną linią fabularną, niż się w końcu okazało (khmaurorapocałunekkhm)? ) aż do Maleficent per se. Muszę wyznać, że po raz pierwszy doceniłam Angelinę Jolie na ekranie. Lepiej późno niż wcale, Jolie jako czarownica jest cudownie diaboliczna, seksowna i uwodzicielska, potrafiąc jednym spojrzeniem hipnotycznych ślepi kupić widza i uczynić go swoim sługą, jak to zrobiła z uratowanym krukiem. Sceny, w których Maleficent była w pełni swych czarnych mocy, łapały mnie za gardło i to wcale nie było wzruszenie. Gdyby tylko fabuła skupiła się na tych postaciach o których wspomniałam, odbiorca dostałby być może historię o zdradzie i miłości (kto chce zobaczyć i tak ją zobaczy, zwłaszcza w scenie kulminacyjnej) i z dosyć prawdopodobną warstwą psychologiczną (Bruno Bettelheim byłby zachwycony moją dzisiejszą analizą: dziewczynka bezwolnie oddana przez ojca na wychowanie trzem przygłupim obcym babom (jak można się domyślić, wróżki chrzestne były koszmarne i pomyśleć tylko, że mogły je grać Judi Dench z Emmą Thompson, co za szczęście, że nie!) garnąca się do jedynej osoby, która pragnie ją zrozumieć i która się do niej szczerze przywiązuje, to niezły materiał na przyzwoity dramat, dodając doń złożoną relację z „matką chrzestną” ni to macierzyńską, ni to seksualną, bo pod warstwą opieki nad Aurorą aż bucha żar i nie są to kowale, wykuwający nową broń z litego żelaza). Tak więc mogliśmy mieć psychologiczną wojnę na froncie biologicznego ojca i przybranej matki a w tym wszystkim – rozterki zagubionej dorastającej dziewczyny. Damn you, Disney!


 Macierzyństwo to sprawa poważna. I nie wiem, czy ja mam na drugie Nostradamus, czy w tym dziecięciu jest coś brado-pittowego, ale właśnie przeczytałam, że to rodzona córeczka Jolie, Vivienne, czyli, innymi słowy, mała Aurora.

 Inna sprawa, z którą firma starego Walta próbuje się rozprawić przy okazji ostatnich premier, to zaprzeczenie, jakoby tylko książę miał tę moc zapewniającą księżniczce bezpieczeństwo i dalsze życie – tak jak we Frozen Annę ratuje siostra, tak i w Maleficent książę jest najplastikowszym z plastików niezdolnym do wykrzesania choćby iskry (acz dwie panny nie zważały na ironię kapiącą z ekranu i piszczały wniebogłosy w rzędzie przede mną, dziwne ludzie). To dobrze, że taki wątek zaczyna się pojawiać, ale drażni mnie, że jest teraz wprowadzany co film. Tak jakby animatorzy i scenarzyści nie mogli się oprzeć, by nie pokazać, że prawdziwa miłość nie istnieje jedynie na podłożu platonicznym (bo przecież nie erotycznym, c’mon, to Disney, do kroćset) i rozgrywa się wyłącznie między kobietą i mężczyzną. Tak, że fajnie, że firma wychodzi z sztywnych kanonów, ale jednak – delikatniej, prosim.



Koszmarne. No, koszmarne. I ten, kto znów ubrał Imeldę Staunton w róż (profesor Umbridge, anyone?) powinien zasłużyć na wieczne potępienie. Biedna aktorka, a tak dobrze gra.

Moje rozżalenie na brak mrocznej baśni, na którą przecież czekałam, tak, jak myślę, wielu ludzi wychowanych na słodkiej, niewinnej wersji Śpiącej Królewny, wzmaga fakt, że twórcy miotają się pomiędzy ach-jakże-zabawnymi gagami w stylu piorących się między sobą wróżek (koszmarne, po prostu koszmarne) które najwyraźniej mają być elementem komicznym, tyle, że im nie wychodzi, a zadowoleniem starszego pokolenia i podaniem mu smacznej zapowiedzi co-by-było-gdyby. Zapowiedź ta czai się również w uwodzicielskiej wersji napisowej Once Upon a Dream w wykonaniu Lany del Rey, czyli przeróbką starego walca z oryginalnej Śpiącej Królewny. Piosenka jest piękna, oniryczna i śpiewana niskim, zmysłowym głosem, komponującym się idealnie z reakcją czarownicy na młodziutką Aurorę. Podsumowując – chciałabym strasznie, żeby Disney zaryzykował i wypuścił więcej retellingów znanych klasyków (ostatnio mój ulubiony serwis kobieco-nerdowy, The Mary Sue, wypuścił informację, że Maleficent to zaledwie pierwsza część serii i że w przygotowaniu czekają takie smakołyki jak Piękna i Bestia, Piotruś Pan (czy Piotrusia może zagrać Andrew Garfield, s’il sous plait? Byłam grzeczna i potrzebuję!), Królewna Śnieżka czy też Kopciuszek (jestem przeciekawa, czy chodzi o Kopciuszka reżyserowanego przez Kennetha Branagha, na którego przytupuję (film, nie aktora, choć Kenem też bym nie wzgardziła) z racji obsady).


 Na koniec - sztandarowy Bohater Niedoceniony, czyli kruk Diaval.
Tak czy inaczej, pod koszmarnymi wróżkami (wiem, powtarzam się) i tandetnym CGI ukryta jest naprawdę dobra baśń. Tylko, jak w przypadku kolczastego labiryntu Maleficent, należy się przedrzeć przez barwną otoczkę lukru, co bywa nieco nieprzyjemne. A co do następnych filmów w serii, można marzyć, że będzie lepiej. Śnienie – jak pokazuje Czarownica – ma przyszłość.

sobota, 19 kwietnia 2014

Tłumaczenie: Angela Carter, "Wilkołak"

Ufff, w końcu nie Gaiman!, zakrzyknęli wszyscy z ulgą. No, faktycznie nie, tym razem będzie coś innego, mroczniejszego, w klimacie, któremu sprzyja późny wieczór i lampa na stole, rzucająca obce cienie na ściany. Bo mamy przed sobą Angelę Carter, której "Krwawa komnata" jest dowodem na to, że z wyświechtanych, wysłuchanych miliony razy historii można zrobić coś magiczno-odkrywczego, że warto zejść czasami ze ścieżki narracji, żeby pozwolić swym bohaterkom na śmielsze ruchy (bohaterkom, bo Angela Carter jest przedstawicielką ruchu feministycznego). O Angeli i o tym, co robi z literaturą będzie jeszcze kiedyś, bardziej szczegółowo, na razie macie drobinkę jej talentu, z małą prośbą ode mnie - z czytaniem zaczekajcie do wieczora. Oryginał tu.



Wilkołak

To północny kraj; gdzie przy srogiej pogodzie lodowacieją serca.

Zimno, nawałnice, dzikie bestie w lasach. To trudne życie. Ich domy są zbudowane są z bali, wewnątrz wypełnione ciemnością i dymem. Za topniejącą świecą znajdziesz tu prymitywną ikonę dziewicy, świńską nogę zawieszoną do celów leczniczych, sznur suszących się grzybów. Łóżko, taboret, stół. Ciężkie, krótkie, ubogie życia. 

Dla drwali żyjących na podgórzu diabeł jest tak prawdziwy jak ty i ja. Więcej nawet, bo nie mają pojęcia o naszym istnieniu i nigdy nas przecież nie widzieli, ale diabła widywali często na cmentarzach, na tych poruszająco samotnych metropoliach zmarłych, gdzie groby naznaczone są naiwnymi wizerunkami nieboszczyków i gdzie nie ma kwiatów do ofiarowania. Tu kwiaty nie rosną, więc kładą symboliczne wotywne ofiary, niewielkie bochenki chleba, czasem kawałki ciasta, po które przychodzą niedźwiedzie, człapiąc z obrzeży lasów. O północy, zwłaszcza w Noc Walpurgii* diabeł urządza na cmentarzu pikniki i zaprasza wiedźmy; wykopują świeże ciała i je pożerają. Każdy wam to powie.

Wieńce czosnku na drzwiach chronią przed wampirami. Odwrócone w trakcie porodu dziecko z niebieskimi oczami otrzyma dar widzenia, urodzone w noc świętojańską. Kiedy odkryją wiedźmę – jakąś starą kobietę, której sery dojrzewają, w przeciwieństwie do serów sąsiadów, inną, której czarny kot, o, niech będą przeklęci! podąża za nią krok w krok, rozbierają staruchę do naga, szukają znamion takich jak dodatkowy sutek, który ssie jej chowaniec. Wkrótce go znajdą. Wtedy ukamienują ją na śmierć.

Zima i mróz.

Idź i odwiedź chorą babkę. Zabierz ciasteczka owsiane, które dla niej upiekłam na kamieniu i garnuszek miodu. 

Dobre dziecko słucha swej matki – pięć mil przedzierania się przez las, nie schodź ze ścieżki przez wzgląd na niedźwiedzie, dzikie knury i wygłodniałe wilki. Masz, weź nóż myśliwski swojego ojca, wiesz jak go używać.





Dziecko ma na sobie wyliniałą, wełnianą pelerynę, chroniącą przed zimnem, zna las zbyt dobrze, by się go obawiać, ale musi być czujna. Kiedy słyszy mrożący krew skowyt wilka, upuszcza na ziemię dary, chwyta za nóż i odwraca się w jego stronę.

Jest olbrzymi, ma ślepia błyszczące czerwienią i szczerzy ociekające śliną kły, każdy poza dzieckiem z gór umarłby ze strachu na jego widok. Rzucił się jej do gardła, jak robią wilki, ale jednym precyzyjnym cięciem sztyletu ojca odcięła mu prawą przednią łapę.

Wilk zaskomlał, niemal załkał, kiedy ujrzał co się stało, wilki są bardziej tchórzliwe, niż na to wygląda. Umknął, lawirując pomiędzy drzewami, tak szybko, jak pozwalały mu na to trzy łapy, zostawiając na śniegu szlak krwi. Dziecko otarło do czysta ostrze o swój fartuch, zawinęło wilczą łapę w kawałek materiału, w który matka zapakowała ciastka i skierowało się w stronę domu babki. Wkrótce śnieg zasypał ścieżkę i wszystkie ślady, które mogły być widoczne.

Odkryła, że babka była bardzo chora; leżała w łóżku, zapadając w niespokojny sen, jęcząc i drżąc. Dziecko domyśliło się, że ma gorączkę. Położyła rękę na jej czole, było rozpalone. Wytrząsnęła chustę z koszyka, by zrobić z niej kompres dla babki, wypadła z niej wilcza łapa.





Ale to nie była wcale wilcza łapa. To była dłoń, odrąbana w nadgarstku, dłoń stwardniała od pracy i poplamiona przez starość. Na serdecznym palcu widniała obrączka, na wskazującym kurzajka. Dzięki tej kurzajce poznała dłoń swojej babki.

Zaczęła ponownie upychać chustę, ale stara kobieta obudziła się i zaczęła szarpać, wyjąc i wrzeszcząc jak opętana. Ale dziecko było silne i miało przy sobie myśliwski nóż ojca, zdołała więc powstrzymać babkę na tyle długo, by zobaczyć przyczynę gorączki. Tam gdzie powinna być prawa dłoń widniał krwawy kikut, zaczynający już gnić.

Dziecko przeżegnało się i krzyknęło tak głośno, że sąsiedzi usłyszeli ją i przybiegli. Od razu rozpoznali kurzajkę na ręku jako wiedźmi sutek, kijami wypędzili staruchę tak jak stała na śnieg, chłostając stare ciało, zaganiając ją aż na skraj lasu i obrzucając kamieniami dopóki nie padła trupem.
Obecnie dziecko żyje w chacie swojej babki, dobrze jej się wiedzie.


___ 

* Noc Walpurgii - przypadająca 30 kwietnia w mitologii germańskiej odpowiednik Halloween i nocy przed Wszystkimi Świętymi - była to noc, kiedy upiory o zmierzchu wracały na ziemię.