Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ANIMACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ANIMACJA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

Jakiś potwór tu nadchodzi, czyli nic tak nie przeraża jak baśnie

Choruję. Przygotowałam się już do pracy, nastawiłam na wyjście z domu, z nudów czytam Muminki, od czasu do czasu oglądając jakiś film. Próbowałam kończyć tłumaczenie, ale machnęłam ręką. Czytane po raz setny historie ciągną się jak guma do żucia, a mój rozłożony na łopatki organizm powtarza uporczywie mantrę: spaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspać.
Kiedy śpię, śnią mi się nowe opowieści, na przykład ta o dziewczynie z włosami niczym księżycowa pajęczyna, śniącej na pluszowych kanapach w nocnym pociągu donikąd. Prowadzę długie dialogi, niekończące się konwersacje, zadaję pytania własnej wyobraźni. I budzę się zlana zimnym potem.

To o strachu dzisiaj chciałam pisać. Bo zauważyłam, że październik, poza byciem moim ulubionym miesiącem, jest także miesiącem twórczym i przerażającym, czasem, w który słowa przychodzą same, wkradając się w kieszenie ciepłego płaszcza. Wiem, że nie ja pierwsza zauważyłam tę zależność – widział ją także Ray Bradbury, autor Farenheita 451 oraz setek opowiadań, który miejsce narodzin wszelkich opowieści nazywał Pażdziernikową Krainą. Od Bradbury’ego zresztą ukradłam też tytuł dzisiejszej notki. Niestety, o samym Bradburym mówić dziś nie zamierzam, zostawię sobie go na lepszą okazję, która może nadejść już niebawem. Będzie dziś za to o trzech przykładach tego, jak sama odczuwam październik i dlaczego lubię go tak bardzo.

Przykład pierwszy: 



Alma to hiszpańska krótkometrażówka (czas trwania: około 6 minut) w reżyserii jednego z byłych animatorów Pixara. Pomimo radosnej ścieżki dźwiękowej (notabene wziętej żywcem z pixarowskiego Odlotu (Up) Alma czerpie z freudowskiej teorii zwanej Dolina niesamowitości (ang. Uncanny Valley), zgodnie z którą najbardziej przerażające są rzeczy pozornie zwyczajne i znajome. A do nich zaliczają się zwłaszcza przedmioty humanoidalne, czyli roboty, posągi, lalki itp. Pewnego zimowego dnia w Barcelonie mała Alma zauważa mur, w całości pokryty zapisanymi kredą imionami dzieci. Zapisując swoje imię wśród nich, przypieczętowuje swój los – widzi w witrynie sklepu lalkę, podobną do niej jak dwie krople wody. Po wejściu do sklepu, w którym drzwi otwierają się same (pamiętajcie dzieci: nigdy nie ufajcie otwartym drzwiom, nie wiadomo, co się za nimi kryje) nic już nie będzie takie samo…




Po obejrzeniu filmiku zachęcam do sprawdzenia, co oznacza w języku hiszpańskim słowo alma.

(swoją drogą, ta krótkometrażówka tak spodobała się Guillermo del Toro, twórcy Labiryntu Fauna, że prawdopodobnie powstanie porządna, półtoragodzinna wersja).

 Przykład drugi: 




Link do tego filmu (również krótkometrażowego, ale trwającego już trzydzieści minut) przysłała mi przyjaciółka, zapewniając, że powinno mi się spodobać. Miała rację. Sklep ze słodyczami to swoista baśń, odmalowana w piękny sposób na ekranie, osadzona w świecie, gdzie nawet pomarańcze są bladożółte, a życie wyprane z kolorów. W tym właśnie świecie młody gazeciarz, Jimmy pomaga swej ciężko chorej matce, pracując na targu, gdzie pewnego dnia pojawia się miejsce pełne smakowitych, barwnych lizaków, sprzedawanych przez właściciela sklepu ze słodyczami (sam właściciel wygląda jak skrzyżowanie Willy’ego Wonki ze Sweeney Toddem i Freddym Krugerem). Bystry chłopak dostaje propozycję, aby przyłączyć się do cukierniczej spółki. Pewnego dnia, rozmarza się sprzedawca lizaków, może nawet pozwolę ci obsługiwać maszynę… Wchodzi dziewczynka, wychodzi cukierek! To magiczne!  Albowiem każdy sukces ma swoją cenę, a tajemnica biznesu sklepu z cukierkami i długiej kolejki panów w garniturach czekających na swoją kolej jest mroczniejsza, niż można by sobie wyobrażać…



Whitestone Pictures, czyli wytwórnia Candy Shop mówi o sobie, że są bajarzami. Nie można być bliżej prawdy.

Przykład trzeci: Anya’s Ghost – Vera Brosgol



Anya’s Ghost to objawienie, na jakie wpadłam przypadkiem w kwietniu – już dawno żadna powieść graficzna nie spodobała mi się tak bardzo. Zauważam w Anya’s Ghost tropy prowadzące do Koraliny, opowieści zaczynającej się całkiem niewinnie i w gruncie rzeczy zapowiadającej się na uroczą, nieco absurdalną, ale z happy endem, a tak naprawdę podszytą czymś złowrogim.



Tytułowa Anya jest nastoletnią emigrantką z Rosji, mieszkającą z matką i młodszym braciszkiem w USA zaledwie od kilku lat. Pomimo dobrej znajomości angielskiego Anya wciąż nie czuje się pewnie w nowym środowisku, starając się być tak amerykańska, jak tylko potrafi, chodząc do prywatnego liceum, gdzie jej jedynymi znajomymi są Irlandka Siobhan i Dima, znajomy ze starego kraju, sztandarowe popychadło i nerd. Anya ma problemy typowe dla swojego wieku – martwi się o swoją figurę, pragnie popularności wśród rówieśników, kocha się w chłopaku ze starszej klasy. Wszystko to brzmiałoby nudnawo, gdyby nie przechadzka, podczas której Anya wpada do dołu w lesie, w którym spotyka ducha malej, nieśmiałej, słodkiej dziewczynki, która tak jak ona, czuje się samotna. Anya zostaje uratowana przez przechodnia, natomiast Emily nie może opuścić miejsca swej śmierci, przywiązana do swych doczesnych szczątków.



Niedługo potem Emily pojawia się w pokoju Anyi, uświadamiając jej, że zabrała jedną z kości Emily, tym samym zabierając duszka ze sobą. Przyjaźń z duchem bywa przydatna – pomaga Anyi na egzaminach, szpieguje obiekt jej westchnień, rozumie ją i wspiera jak nikt. W pewnym momencie dowiadujemy się, że Emily została zamordowana i Anya, w przypływie ciepłych uczuć obiecuje jej znaleźć jej mordercę… i tu dopiero zaczynają się schody, bo prawda to rzecz pokrętna.



Anya’s Ghost poza byciem świetną horrorynką dla dzieci (takie lubię najbardziej) pokazuje również inne problemy – poszukiwania własnej tożsamości, postrzegania ludzi poprzez stereotypy, uświadamiania sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Poza tym kreska Very Brosgol, która sama pochodzi z Rosji, więc wie, o czym pisze, jest nietuzinkowa i przyjemna dla oka. Mam nadzieję, że ta pani wyda coś jeszcze. Bardzo na to czekam.




A teraz idę zrobić sobie kubek herbaty i przeczytać wersję Olivera Twista spod ręki Willa Eisnera. 

piątek, 18 kwietnia 2014

What does the fox say, czyli co nieco o japońskich legendach



Jaki jest lis (vulpix vulpix), każdy widzi.  A jeśli nie widzi, niech się dobrze przyjrzy poniższemu zdjęciu.




W folklorze europejskim lis przyjmuje zazwyczaj cechy niezwykłego przechery, zdolnego zawsze obrócić sytuację na swoją korzyść (patrz: bajki Ezopa, Le Fontaine’a, ballady o lisie Renartcie, pełniącym funkcję francuskiego trickstera) z niewielkimi wyjątkami, na przykład w staroangielskiej wersji baśni o Sinobrodym, w której protagonista (zwany po prostu Mr Fox) oświadcza się przepięknej Mary. Nim jednak odbędą się zaręczyny, dziewczyna opowiada wybrakowi serca i jej dwóm braciom ponury sen, w którym pan Lis po raz pierwszy zaprosił ją do swojego przepysznego zamku (jak zwykle w takich historiach, podstawą związku nie była stricte miłość, ale waluta), obiecując, że będzie znaczył drogę krwią zabitej świni. Podążając za śladem rozlanej krwi, Mary weszła do zamku, odnajdując na furcie napis „Be bold, bold, but not too bold, lest that your’s heart blood should run cold”, co można przetłumaczyć: „Bądź śmiały, śmiały, lecz nie nazbyt śmiały, inaczej twe serce w piersiach stanie białych.” Napis ten pojawia się w baśni jeszcze w kilku miejscach, będąc swoistym refrenem. Okazało się, że Mary przybyła za wcześnie – usłyszawszy kroki właściciela zamku, ukryła się za drzwiami i obserwowała, jak pan Lis zawleka swą zdobycz – młodą, ładną dziewczynę i ćwiartuje ja na kawałki (jak można się łatwo domyślić, to nie świńska krew znaczyła drogę do zamku…) Po dłuższej chwili pan Lis odchodzi, a Mary chwyta to, co pozostało z jego ofiary - odciętą dłoń i prędko umyka. Przez całą narrację Mary podkreśla, że był to tylko jej sen, na co pan Lis odpowiada: „It is not so, nor it was not so. And God forbid it should be so”, czyli „To nie tak było, to nie tak było i niech Bóg broni by się zdarzyło”, dodając jeszcze więcej muzycznego wydźwięku całej opowieści. Na zakończenie Mary wyjmuje z fałd sukni odciętą rękę i rzuca ją na stół, dowodząc prawdy swych słów, a pan Lis ginie, zabity przez jej braci.  



Dama z lisim cieniem.

Lis występuje też w wielu legendach z Japonii, przyjmując tam twarz zmiennokształtnego stworzenia, trochę podobnego do wilkołaka (w Japonii nie ma wilków, a lis jest tam prawdopodobnie najniebezpieczniejszym z psowatych). Japoński folklor opisuje częściej i chętniej lisie kobiety, które na wzór selkies (o selkies wspominałam troszeczkę we wpisie o Sekrecie Kells) porzucają pierwotną postać na rzecz ludzkich mężczyzn. Taki człowiek nigdy nie może być pewien, czy to jemu przypadła w udziale lisia dziewczyna, ale może się tego dowiedzieć, dokładnie ją obserwując – pod kimonem można wówczas zauważyć puszysty ogon, jedyna pozostałość prawdziwej tożsamości. Jeżeli znajdzie się lisią kitę pod ubraniem żony, należy zastanowić się, co z tym fantem zrobić, bo takie kobiety, przez Japończyków zwane kitsune, czyli po prostu: lisice, mogą być bardzo potężne, pomocne, ale również kapryśne. Kitsune dzielą się na dwa gatunki: yako (dzikie lisy, te złośliwe i nieprzewidywalne, bliskie celtyckim faeries) i zenko (dobre lisy, te uczynne i pomocne, wędrujące po ziemi w poszukiwaniu domowego ogniska). Lis w Japonii jest na tyle ważnym i magicznym stworzeniem, że w wielu świątyniach można znaleźć ich pomniki, na przykład tu:

 Kapliczka bogów Inari

Kolorystyka lisów w mitologii japońskiej jest utrzymana w dwóch kolorach – białym i czerwonym. Były posłańcami bogów Inari, co wzmocniło tylko ich mitologiczną pozycję. Interesujące jest też, że nie każdy kitsune posiada tylko jeden ogon – im więcej kit, tym większy (w kategoriach mocy) i mądrzejszy jest kitsune; przy czym te etapy również mają swoje limity, zatrzymując się na dziewięciu ogonach.


                                                                                          Maska kitsune.



 Lis o dziewięciu ogonach to Bardzo Mądry Lis.

Z kitsune Japończycy wiązali to samo zjawisko, co Anglicy z elfami, to znaczy błędne ogniki na podmokłych terenach (w Japonii określane kitsunebi – lisimi ognikami). Światło miało pochodzić z kości ofiar, które lisy trzymały w pyskach. Lisy miały przepowiadać noworoczne plony, w ostatnią noc roku zbierając się w świątyniach i rozdzielając pomiędzy sobą zadania i rangi na nowy rok. Lisy, a szczególnie ich bardziej tajemnicza forma, kitsune były też inspiracją dla skrybów i artystów. Właściwie tak zostało im po dziś dzień, bo chciałabym wymienić dwie pozycje, w których kitsune albo występują, pełniąc znaczącą rolę, albo ich istnienie jest zaznaczone gdzieś w tle.




Jeśli kogoś interesuje Japonia, japońska mitologia, symbolika, kultura et cetera, powinien zajrzeć do powieści Jaya Kristoffa Stormdancer (na nasze tłumaczone jako Tancerze Burzy, wydawnictwo: Uroboros).  Pierwsza część planowanej trylogii (zdaje mi się, że drugi tom mógł wyjść już w Stanach, ale nie dam za to głowy) jest utrzymana w klimatyce steampunku, jednocześnie utrzymując nastrój starożytnej japońskiej heroicznej ballady, podobnej do tej z oryginalnej opowieści o Mulan. Akcja dzieje się na wyspach Shima, podzielonej na cztery dystrykty klanowe: Klan Tygrysa (Tora), Smoka (Ryu), Feniksa (Fushicho) i Lisa (Kitsune!). To właśnie z klanu Kitsune pochodzi młodziutka Yukiko, której ojciec uległ okropnemu nałogowi, kwitnącemu na wyspie – narkotykowi zwanemu krwawym lotosem. W wyniku splotu zdarzeń Yukiko wraz z ojcem i załogą powietrznego statku wyrusza na poszukiwanie gryfa, pożądanego przez obłąkanego, okrutnego cesarza. Książka wciąga, przemycając  jednocześnie wiele elementów wschodniej kultury w ogólnym tego słowa znaczeniu, jest niedrażniący wątek miłosny (a to rzadkość w literaturze fantasy ostatnich lat!) są zaskakujące zwroty akcji i ciekawe postacie, z samą Yukiko na czele oraz barwnym, szerokim tłem społecznym, bazującym na przemyśle narkotykowym. Yukiko przypomina trochę Katniss Everdeen z trylogii Collins (nie lubię uciekać się do wystawiania takich podobieństw, ale) a trochę kitsune zstępującą na ziemię i próbującą za wszelką cenę ochronić kraj. W każdym razie całkiem miło mi się to czytało…




Drugą taką pozycją, dotykającą postaci kitsune per se jest komiks Senni Łowcy pochodzący z uniwersum Sandmana. Oparty na opowiadaniu (warto przeczytać, ale w komiksie niektóre rzeczy widać bardziej i wyraźniej, szczególnie dla tych, którzy przeczytali serię oficjalną) Gaimana i zilustrowany przez P. Craiga Russella, który dla Gaimana rysował już Koralinę, Morderstwa i tajemnice, a teraz tworzy dwutomową Księgę cmentarną jest perełeczką jeśli chodzi o grafikę (i historię w sumie też, chociaż nie wiem, czy wolno mi oceniać adaptację zamiast oryginału). Historia zaczyna się od zakładu borsuka i lisa, polegającego na wygonieniu młodego, skromnego mnicha ze świątyni, w której mieszka. Ale co będzie, kiedy lisica zakocha się w młodym mnichu, którego życie jest zagrożone przez złego wielmożę i koszmary zsyłane za pomocą czarnej magii? Fabuła jest przewrotna, czerpiąc tyle, ile tylko się da z japońskich baśni i mitologii, podając czytelnikowi na tacy historię znaną, ale nie wyświechtaną i w nowej odsłonie. Bo nawet w baśniach nie należy oczekiwać absolutnego happy-endu… Okej, nie zamierzam więcej spoilerować, bo być może ktoś sięgnie po opowiadanie (warto) albo adaptację graficzną (bardziej warto) i doceni wszystkie smaczki, jakie można tam znaleźć.




 A wracając jeszcze do europejskich rudzielców – pomysł na wpis dzisiejszy przyszedł mi po obejrzeniu filmu Wesa Andersona pod tytułem „Fantastyczny Pan Lis”, opartego na książeczce dla dzieci Roalda Dahla (tak, tego od Charliego i fabryki czekolady, Matyldy, Wiedźm i placu w Cardiff). Prześliczna, oldskulowa animacja poklatkowa (zawsze szanowałam twórców poklatkowej animacji; umieszczanie tej samej figurki w 200 różnych pozycjach żeby uzyskać kilka sekund filmu na pewno doprowadziłoby mnie do skoku z okna) i lisy. Wszędzie lisy (oraz borsuki, oposy, zające i wydry przebrane tak, jak ma to w zwyczaju dziecięca literatura anglosaska, za ludzi), konflikt pomiędzy ojcem a synem, drugie dno i wartka fabuła – też polecam, jeśli ktoś szuka absurdu.

Jutro będzie opowiadanie Angeli Carter „The Werewolf”. Sami zgadnijcie o czym.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Gdy legendy były dziećmi, czyli o Disneyu z Irlandii



Na początku było Słowo, a Słowo Księgą się stało. I było to Dobre. I o tym będziemy dzisiaj mówić, mimo że rzecz dotyczy filmu. Bardzo szczególnego dla mnie filmu.

Nie mogę ukrywać, że dużo większą miłością w postrzeganiu źródeł kultury darzę literaturę niż film. Czytanie zawsze wydawało mi się wyjściem, uwaga, szukam słowa, może nie trudniejszym, ale ambitniejszym, bo bez cudzej wizji świata, który mam za zadanie poznać i przyswoić. Czytając, miałam chociaż cień szansy uformować bohaterów pod własne widzimisię i żaden reżyser nie zepsuje mi mojego Doriana Graya, podstawiając to drewienko aktorskie, Bena Barnesa. Ja tam swoje wiem.

Ale bardzo lubię, kiedy filmy doceniają słowo pisane, kiedy sięgają do początku, kiedy bawią się historią, przynosząc jednocześnie ze sobą ożywczą świeżość. I bardzo, ale to bardzo lubię filmy animowane, bo to one sięgają poza granice ekranu, na którym w ciągu dwóch godzin może zdarzyć się dosłownie wszystko. Trochę też żałuję, że nie zachowałam tego wpisu do plebiscytu undergroundowych animacji (chociaż dzisiejsza pozycja raczej undergroundowa nie jest, bo słyszy o niej coraz więcej ludzi, ze wskazaniem na amerykańską Akademię Filmową; film ten był nominowany do Oskara w 2010 roku, a przegrał z Pixarowskim Odlotem), a poza tym zasługuje na osobny wpis. Mowa o The Secret of Kells (2009), po polsku znanym jako Sekret Księgi z Kells.



 Plakat, który trochę zakrywa, trochę odkrywa, ale mimo wszystko prezentuje tę szczególną kreskę.

Żeby w pełni zrozumieć i docenić geniusz pomysłu twórców Sekretu Księgi z Kells, należy być studento-absolwentem filologii angielskiej z ukierunkowaniem kulturowym (jak niektórzy tu obecni) lub nieco liznąć kontekstu historycznego. Bowiem Księga z Kells istnieje naprawdę i jest prawdziwym cudem. Wypełniona setkami magicznych celtyckich iluminacji zawiera teksty wszystkich czterech Ewangelii razem ze wstępami i adnotacjami. Powstała w języku łacińskim, stworzenie – bo przecież nie mogę powiedzieć spisanie! – zajęło trzysta lat, a obecnie można ją oglądać w bibliotece w Trinity College w Dublinie. Patrząc na księgę z Kells, trudno uwierzyć, że mogły ją wykonać ludzkie dłonie i wszystkie te prześliczne szczególiki są wytworami skrybów, a nie nowoczesnych drukarek i programów graficznych. A przecież tak, tak właśnie było. A co jeszcze było, możecie zapytać. Poczekajcie chwilkę, spróbuję to ująć w słowa najlepiej jak potrafię.




O co tyle szumu, czyli absolutnie nieprawdopodobna strona Chi-Rho, również pojawiająca się w animacji.




Dawno, dawno temu, gdzieś pomiędzy IV a IX wiekiem było sobie opactwo w Kells, trwające mężnie niczym twierdza przeciwko najazdom straszliwych Wikingów podbijających brytyjskie ziemie. Wydawało się, że opat zakonu, ojciec Cellach zapomniał już o dawnym obowiązku, jakim było doskonalenie się w sztuce przepisywania ksiąg – skupiając się jedynie na budowie muru odgradzającego Kells od reszty świata. To bratanek (albo siostrzeniec, film o tym nie wspomina i wolno mi jedynie gdybać) Cellacha, młodziutki Brendan pamięta o łapaniu gęsi, żeby przynieść braciom, skądinąd bardzo różnym etnicznie, bo mamy Włocha i Afrykanina, Rosjanina i Chińczyka, gdyż Kells stoi otworem dla uchodźców z całego świata; pióra do pracy. Za murem Kells zaś rozciąga się gęsty las, kryjący tajemnice, na które Brendan nie jest gotowy, więziony pod ostrym słowem despotycznego wuja. Porządek raz już zbudowanego świata – zbudowanego wydaje się być dobrym określeniem, bo bracia spędzają na budowie całe dnie, zaniedbując zakurzone skryptorium – burzy przybycie legendy, brata Aidana z małej wysepki Iona, gdzie aż do przybycia Wikingów tworzył księgę, mającą przynieść ludziom światło. Największą zmianę przeżywa Brendan – bo ojciec Aidan nie jest nikim szczególnym, właściwie jest całkiem przeciętny, jeśli nie liczyć jego wiernego towarzysza –  wiecznie nafoszonego białego kocura Pangur Bána. To ojciec Aidan nie boi się gniewu Cellacha i to on przekazuje młodemu Brendanowi słowo o cudownej księdze, Brendan z kolei odwdzięcza się, przynosząc Aidanowi jagody na tusz, co wymaga wyprawy do tajemniczego lasu. Okazuje się, że lasem włada Aisling, srebrnowłosa elfka – z tych najlepszych, celtyckich faeries, żyjących pod kopcami ziemi i rozkazujących naturze – i że Wikingowie nie są jedynym zagrożeniem dla Kells…


Osobiście uważam Sekret Księgi z Kells za najdoskonalszy film animowany Europy i strasznie się wściekam, kiedy słyszę opinie o naiwności historii lub kresce rodem z Cartoon Network. Bo ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, Sekret Księgi z Kells niesie ze sobą najprostsze, ale zarazem najpiękniejsze przesłanie – że słowo to potęga, że może tworzyć i niszczyć i że opowieści mają moc, jakiej nie ma żaden król i mocarz. I że jeśli będziemy wytrwali i nie damy słowu zginąć, ono poruszy nowe pokolenia i da początek nowym, lepszym czasom.
Co do animacji, przez cały film czułam się, jakbym odkrywała kolejne karty księgi z Kells – bo opat Cellach jest oknem, zamiast śniegowych gwiazdek padają irlandzkie krzyże, konary drzew są zakręcone jak muszla ślimaka, a postaci wędrują przez iluminacje, o tak na przykład…


Śliczne. Dalszy komentarz zupełnie zbędny.



 …natomiast kot jest wyrysowany zgodnie ze średniowiecznymi zasadami proporcji, według których budowano katedry:



Przed Grumpy Catem był Pangur Ban.


Zresztą Pangur Ban to osobna historia i osobne oczko puszczone do widza, który musi znać całkiem nieźle irlandzką kulturę, żeby na nie odpowiedzieć uśmiechem. Pangur Ban – dosłownie Biały Kot – to jedna z pierwszych wzmianek o tym zwierzęciu, zawarta w poemacie z IX wieku. Napisany w oryginalnym gaelickim, z którego kojarzę zaledwie kilka słów, opowiada o pracy skryby i o pracy jego kota, który łapie myszy w skryptorium. Poniżej załączam rymowany przekład na współczesny angielski. Estetycznie, może nie jest to poziom Księgi z Kells, ale chodzi przecież o Słowo.




Wiekowo poemat odpowiada akcji filmu, toteż nie wierzę w żadne spekulacje o Seduliuszu Szkocie. Napisał go brat Aidan, i już! (swoją drogą, przypomniały mi się średniowieczne pergaminy, na których odkryto ślady kocich łapek…)


Takich mrugnięć jest zresztą więcej – na przykład podczas poznawania piękna lasu Aisling, ona i Brendan widzą dwa żuki, komentując to słowami: Aithnion ciarog ciarog eile (One beetle recognizes another; Jeden żuk poznaje drugiego), co jest maksymą w staro angielskim, swoistym Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, a znaczy po prostu: swój pozna swego.


 Historia zaklęta w geometrii - tu najlepiej widać styl filmu, linearność średniowiecza.

Kolejne dobre słowo należy się Wikingom, którzy właściwie są poza istotą fabuły, od czasu do czasu tylko pojawiając się w potędze ognia i niosąc ze sobą zniszczenie. Wikingowie Moore'a kojarzą mi się z tym rodzajem odrealnionego, niewysłowionego zła, które dawno temu widziałam w innej, słowiańskiej do szpiku kości animacji - w Opowieści pod strasznym tytułem i mrocznych Straszliwych Marbatach, którzy przerażali samą wzmianką o ich istnieniu. Wikingowie w Sekrecie są nie mniej niebezpieczni od zła uśpionego w lesie, przed którym drży Aisling, skonfrontowanego z potęgą dobrego słowa płynącego z Księgi. Bardzo to udana metafora.

Interesujące jest także to, że obok wyraźnie zarysowanych chrześcijańskich ideałów - bo któż, ryzykując życie, niósł nowinę o tym, że świat jest dobry pomimo mrocznych czasów, jeśli nie apostołowie? - w filmie jest miejsce na pogańskie kapliczki, na wiarę w elfy, "oczami łososia, jelenia i wilka" obserwujące świat. Wydaje się, że Tomm Moore chciał stworzyć rzeczywistość sprawiedliwą w swoich przekonaniach, bo obydwie idee nie kłócą się ze sobą, zdążając w jedną stronę - w stronę pokoju i życzliwości innych. Aisling ratuje Brendana przed stadem krwiożerczych wilków, opat Cullach i brat Aidan jednoczą siły przeciwko Wikingom w czynie i piśmie. Księga jest równie wyjątkowa dla długowiecznej elfki, jak dla małego chłopca i dzięki temu zabiegowi widz otrzymuje magiczną baśń, będącą alternatywną historią i może ją odczytywać w dwójnasób. 


Wiem z Internetu, że Tomm Moore przygotowuje następną odsłonę animowanej mitologii, tym razem skupiając się na opowieściach o selkies, czyli morskich ludziach (a w szczególności kobietach, porzucających swoje focze przebrania dla człowieczych mężczyzn). Projekty postaci można zobaczyć na oficjalnym blogu reżysera, w jego linkach macie zresztą odnośnik do zamierzchłego bloga Secret of Kells, pełniącego podobną rolę: The Song of the Sea Jak na razie o fabule da się niewiele powiedzieć, można za to śmiało stwierdzić, że zespół animatorów nie zrezygnował z pięknej, charakterystycznej kreski, która być może w przyszłości (gdzieś mi mignęło, że skoro Song of Sea jest na ukończeniu, Moore zaczyna obmyślać kolejny scenariusz) stanie się tym, czym są drapieżnie ostre, kanciaste i wielkookie postacie dla gatunku anime. I można usłyszeć foczy śpiew. I znów jest cu-do-wnie. Czekam z niecierpliwością, panie Moore. 

I na zakończenie, dla tych, którzy wciąż nie mogą się zdecydować, czy sięgnąć po Sekret, odrobina płynnej magii w filmiku: