Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWIEŚĆ GRAFICZNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWIEŚĆ GRAFICZNA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2014

Hej, Fagin! czyli opowieść Żyda



Charles Dickens wkroczył w moje życie, kiedy miałam zaledwie osiem lat, a w telewizji puszczali ekranizację jednej z jego najbardziej znanych powieści – Davida Copperfielda (tę jedyną słuszną, z Paulem Bettanym tuż po szkole aktorskiej w roli Steerfortha; tę, która w późniejszych latach zlała mi się w jedno z adaptacją, gdzie małym Davy’m był równie mały Daniel Radcliffe, a pamiętną ciotką wspomnianego fenomenalna Maggie Smith, królowa brytyjskiego kina). Zafascynowana historią Davida Copperfielda, zażyczyłam sobie przeczytać książkę, którą na nieszczęście mieliśmy, w dwóch słusznych tomach i odtąd moja miłość do Dickensa płynie falą umiarkowaną, acz niepowstrzymaną. Nie wiem, czy to dlatego, że Dickens wprost kapitalnie przekładał na karty powieści różnorodność społeczeństwa zaludniającego Anglię, czy dlatego, że moja wewnętrzna drama queen pożądała ckliwych opowieści o porzuconych sierotkach, przez bibliografię Dickensa przebiłam się niczym torpeda (część z tych lektur nadrabiając jeszcze na studiach). I chociaż moją ukochaną postacią pozostanie po wsze czasy David Copperfield, jednej z pozycji spod pióra Dickensa nie tknęłam do tej pory. Jest nią Oliver Twist.

Sama nie wiem, dlaczego nie sięgnęłam po Olivera w wersji książkowej – wystarczyły mi dwie ekranizacje – jedna aktorska, druga animowana, nazwana zresztą Hej, Oliver!, stąd też tytuł notki. Wydaje mi się, że uznałam po prostu, że historia chłopca wychowywanego w sierocińcu – a przecież to zaledwie ułamek prawdy! – zbyt powtarza schemat Davida, oddanego przez pana Murdstone’a do fabryki na poniewierkę i nędzę (zresztą przyznajmy sami, zarówno David jak i Oliver pełnili funkcje uświadamiające, podobnie jak Nędznicy Hugo w ówczesnej Francji, jak ciężkie jest życie sierot, wykorzystywanych ponad wiek i siły.) Nie chcę jednak rozkładać dzisiaj twórczości dickensowskiej na czynniki pierwsze – chcę natomiast skupić się na retellingu Olivera autorstwa Willa Eisnera (tak, tego Eisnera od Nagrody Eisnera) pt. Żyd Fagin.



Żyd Fagin to nie do końca komiks – to już powieść graficzna, utrzymana w subtelnie rozmytych szarościach, rysowana kreską karykaturzysty (równie ostro, jak Dickens portretował swoje oryginalne postacie). Przyświeca mu jednak inny cel niż ten autora Olivera – Eisner pragnie odczarować Fagina z powieści, dając mu jego własną historię, nieszczęsną i o wiele bardziej interesującą niż historia jego podopiecznego. Przypomnijmy – Żyd Fagin jest w Oliverze Twiście postacią mroczną i skrajnie negatywną – sprowadza na złą drogę małych londyńskich uliczników, wykorzystując ich do niecnych celów – kradzież, rozbój, czasem nawet morderstwa – w zamian za wikt i opierunek. Jednym z jego chłopców staje się w pewnym momencie także i Twist – odmalowany przez Eisnera ironicznie jako blondwłose pacholę o wyglądzie aniołka, które jest skupione wyłącznie na ważności własnej osoby i na własnej historii (o egoizmie Twista można mówić najwięcej w chwili, kiedy spotyka Fagina po raz ostatni w jego celi śmierci i pyta gorączkowo Faginie, gdzie jest mój medalion?! nie zwracając w ogóle uwagi na modlącego się w rozpaczy starego opiekuna). Eisner, pewnie z racji własnego pochodzenia i zarzutów w stronę Dickensa – zarzutów uzasadnionych, ale o tym za moment – ma dla Fagina więcej wyrozumiałości. Fagin Eisnera nie ma przesadnych, semickich rysów, jak u Dickensa, nie ma odrażającej twarzy jak w jego opisach, wygląda raczej jak dobrotliwy wujaszek odziany w łachmany i podobnie się zresztą zachowuje – pojęcia nie mam, czy było to zamierzone i czy jest w powieści, ale kontrast pomiędzy wydzielaniem jedzenia w przytułku, a jowialnym Jedz, ile dusza zapragnie, chłopcze! Fagina sprawił, że się uśmiechnęłam. Co więcej, Faginowi Eisnera można i należy współczuć – zaledwie na ponad stu kartach komiksu zostaje po kolei sierotą, odrzuconym kochankiem, wygnańcem, niewolnikiem, żebrakiem, samotnikiem, ofiarą oraz skazańcem – dużo tego jak na jednego człowieka. Dickens nie pozwala na współczucie odnośnie Fagina – tylko przy pożegnaniu Fagin odstaje szansę, by odkupić swe winy i rzeczywiście to robi, wyjawiając Oliverowi, gdzie znajduje się tajemniczy medalion i otwierając mu drogę do szczęśliwego życia. Ale na tym jego rola w powieści się kończy.



Fagin Cruikshanksa (ilustratora Olivera Twista) i Fagin Eisnera. Tak dla porównania.


Co do wspomnianych zarzutów – pomimo mojej całej miłości do Dickensa (serio, miłości, bez niej nie obejrzałabym z pewnością Doktora Who, bo zjadające ludzi śmietniki nie do końca do mnie przemówiły) – nie można im odmówić słuszności. Mimo, że Dickens sam twierdził, że nie jest antysemitą, kontynuuje mit Shylocka obecny w kulturze anglosaskiej (znów przypomnijmy: Shylock to wredny Żyd z Kupca weneckiego Szekspira, zagrany PRZEGENIALNIE przez Ala Pacino w ekranizacji tejże sztuki, jak nie widzieliście, marsz obejrzeć). Wiele o Faginie i wizji żydowskiej społeczności w oczach Dickensa można dowiedzieć się w popartym źródłami posłowiu autorstwa Eisnera, tłumaczącym na przykład, skąd wziął się tak niestereotypowy wygląd jego wersji bohatera, oraz jak uprzedzenia Dickensa mają się do murzyńskiego chłopca Ebony’ego z poprzednich prac Eisnera (okazuje się bowiem, że nikt nie jest wolny od uprzedzeń). Posłowie Eisnera wypełniają również portrety Żydów z okresu wiktoriańskiego – większość z nich mogłaby znaleźć się na nazistowskich plakatach propagandowych i nikt nie zauważyłby różnicy. Tak czy siak, Eisner czyni Faginowi olbrzymią przysługę, czerpiąc zarówno z oryginalnego dzieła Dickensa jak i  z własnych doświadczeń emigranta, nadając mu głębię i szlachetność, których Dickens, nawet zarzucony listami ze skargą od przedstawicieli wyższej klasy społecznej, w której znajdowali się i Semici, zmienić nie potrafił. Pomimo, że do należytego docenienia powieści graficznej niezbędna jest znajomość historii Olivera Twista, opowieść Mojżesza Fagina sama w sobie potrafi zachwycić i wciągnąć aż do samego końca.


wtorek, 14 października 2014

Jakiś potwór tu nadchodzi, czyli nic tak nie przeraża jak baśnie

Choruję. Przygotowałam się już do pracy, nastawiłam na wyjście z domu, z nudów czytam Muminki, od czasu do czasu oglądając jakiś film. Próbowałam kończyć tłumaczenie, ale machnęłam ręką. Czytane po raz setny historie ciągną się jak guma do żucia, a mój rozłożony na łopatki organizm powtarza uporczywie mantrę: spaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspaćspać.
Kiedy śpię, śnią mi się nowe opowieści, na przykład ta o dziewczynie z włosami niczym księżycowa pajęczyna, śniącej na pluszowych kanapach w nocnym pociągu donikąd. Prowadzę długie dialogi, niekończące się konwersacje, zadaję pytania własnej wyobraźni. I budzę się zlana zimnym potem.

To o strachu dzisiaj chciałam pisać. Bo zauważyłam, że październik, poza byciem moim ulubionym miesiącem, jest także miesiącem twórczym i przerażającym, czasem, w który słowa przychodzą same, wkradając się w kieszenie ciepłego płaszcza. Wiem, że nie ja pierwsza zauważyłam tę zależność – widział ją także Ray Bradbury, autor Farenheita 451 oraz setek opowiadań, który miejsce narodzin wszelkich opowieści nazywał Pażdziernikową Krainą. Od Bradbury’ego zresztą ukradłam też tytuł dzisiejszej notki. Niestety, o samym Bradburym mówić dziś nie zamierzam, zostawię sobie go na lepszą okazję, która może nadejść już niebawem. Będzie dziś za to o trzech przykładach tego, jak sama odczuwam październik i dlaczego lubię go tak bardzo.

Przykład pierwszy: 



Alma to hiszpańska krótkometrażówka (czas trwania: około 6 minut) w reżyserii jednego z byłych animatorów Pixara. Pomimo radosnej ścieżki dźwiękowej (notabene wziętej żywcem z pixarowskiego Odlotu (Up) Alma czerpie z freudowskiej teorii zwanej Dolina niesamowitości (ang. Uncanny Valley), zgodnie z którą najbardziej przerażające są rzeczy pozornie zwyczajne i znajome. A do nich zaliczają się zwłaszcza przedmioty humanoidalne, czyli roboty, posągi, lalki itp. Pewnego zimowego dnia w Barcelonie mała Alma zauważa mur, w całości pokryty zapisanymi kredą imionami dzieci. Zapisując swoje imię wśród nich, przypieczętowuje swój los – widzi w witrynie sklepu lalkę, podobną do niej jak dwie krople wody. Po wejściu do sklepu, w którym drzwi otwierają się same (pamiętajcie dzieci: nigdy nie ufajcie otwartym drzwiom, nie wiadomo, co się za nimi kryje) nic już nie będzie takie samo…




Po obejrzeniu filmiku zachęcam do sprawdzenia, co oznacza w języku hiszpańskim słowo alma.

(swoją drogą, ta krótkometrażówka tak spodobała się Guillermo del Toro, twórcy Labiryntu Fauna, że prawdopodobnie powstanie porządna, półtoragodzinna wersja).

 Przykład drugi: 




Link do tego filmu (również krótkometrażowego, ale trwającego już trzydzieści minut) przysłała mi przyjaciółka, zapewniając, że powinno mi się spodobać. Miała rację. Sklep ze słodyczami to swoista baśń, odmalowana w piękny sposób na ekranie, osadzona w świecie, gdzie nawet pomarańcze są bladożółte, a życie wyprane z kolorów. W tym właśnie świecie młody gazeciarz, Jimmy pomaga swej ciężko chorej matce, pracując na targu, gdzie pewnego dnia pojawia się miejsce pełne smakowitych, barwnych lizaków, sprzedawanych przez właściciela sklepu ze słodyczami (sam właściciel wygląda jak skrzyżowanie Willy’ego Wonki ze Sweeney Toddem i Freddym Krugerem). Bystry chłopak dostaje propozycję, aby przyłączyć się do cukierniczej spółki. Pewnego dnia, rozmarza się sprzedawca lizaków, może nawet pozwolę ci obsługiwać maszynę… Wchodzi dziewczynka, wychodzi cukierek! To magiczne!  Albowiem każdy sukces ma swoją cenę, a tajemnica biznesu sklepu z cukierkami i długiej kolejki panów w garniturach czekających na swoją kolej jest mroczniejsza, niż można by sobie wyobrażać…



Whitestone Pictures, czyli wytwórnia Candy Shop mówi o sobie, że są bajarzami. Nie można być bliżej prawdy.

Przykład trzeci: Anya’s Ghost – Vera Brosgol



Anya’s Ghost to objawienie, na jakie wpadłam przypadkiem w kwietniu – już dawno żadna powieść graficzna nie spodobała mi się tak bardzo. Zauważam w Anya’s Ghost tropy prowadzące do Koraliny, opowieści zaczynającej się całkiem niewinnie i w gruncie rzeczy zapowiadającej się na uroczą, nieco absurdalną, ale z happy endem, a tak naprawdę podszytą czymś złowrogim.



Tytułowa Anya jest nastoletnią emigrantką z Rosji, mieszkającą z matką i młodszym braciszkiem w USA zaledwie od kilku lat. Pomimo dobrej znajomości angielskiego Anya wciąż nie czuje się pewnie w nowym środowisku, starając się być tak amerykańska, jak tylko potrafi, chodząc do prywatnego liceum, gdzie jej jedynymi znajomymi są Irlandka Siobhan i Dima, znajomy ze starego kraju, sztandarowe popychadło i nerd. Anya ma problemy typowe dla swojego wieku – martwi się o swoją figurę, pragnie popularności wśród rówieśników, kocha się w chłopaku ze starszej klasy. Wszystko to brzmiałoby nudnawo, gdyby nie przechadzka, podczas której Anya wpada do dołu w lesie, w którym spotyka ducha malej, nieśmiałej, słodkiej dziewczynki, która tak jak ona, czuje się samotna. Anya zostaje uratowana przez przechodnia, natomiast Emily nie może opuścić miejsca swej śmierci, przywiązana do swych doczesnych szczątków.



Niedługo potem Emily pojawia się w pokoju Anyi, uświadamiając jej, że zabrała jedną z kości Emily, tym samym zabierając duszka ze sobą. Przyjaźń z duchem bywa przydatna – pomaga Anyi na egzaminach, szpieguje obiekt jej westchnień, rozumie ją i wspiera jak nikt. W pewnym momencie dowiadujemy się, że Emily została zamordowana i Anya, w przypływie ciepłych uczuć obiecuje jej znaleźć jej mordercę… i tu dopiero zaczynają się schody, bo prawda to rzecz pokrętna.



Anya’s Ghost poza byciem świetną horrorynką dla dzieci (takie lubię najbardziej) pokazuje również inne problemy – poszukiwania własnej tożsamości, postrzegania ludzi poprzez stereotypy, uświadamiania sobie, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Poza tym kreska Very Brosgol, która sama pochodzi z Rosji, więc wie, o czym pisze, jest nietuzinkowa i przyjemna dla oka. Mam nadzieję, że ta pani wyda coś jeszcze. Bardzo na to czekam.




A teraz idę zrobić sobie kubek herbaty i przeczytać wersję Olivera Twista spod ręki Willa Eisnera. 

piątek, 18 kwietnia 2014

What does the fox say, czyli co nieco o japońskich legendach



Jaki jest lis (vulpix vulpix), każdy widzi.  A jeśli nie widzi, niech się dobrze przyjrzy poniższemu zdjęciu.




W folklorze europejskim lis przyjmuje zazwyczaj cechy niezwykłego przechery, zdolnego zawsze obrócić sytuację na swoją korzyść (patrz: bajki Ezopa, Le Fontaine’a, ballady o lisie Renartcie, pełniącym funkcję francuskiego trickstera) z niewielkimi wyjątkami, na przykład w staroangielskiej wersji baśni o Sinobrodym, w której protagonista (zwany po prostu Mr Fox) oświadcza się przepięknej Mary. Nim jednak odbędą się zaręczyny, dziewczyna opowiada wybrakowi serca i jej dwóm braciom ponury sen, w którym pan Lis po raz pierwszy zaprosił ją do swojego przepysznego zamku (jak zwykle w takich historiach, podstawą związku nie była stricte miłość, ale waluta), obiecując, że będzie znaczył drogę krwią zabitej świni. Podążając za śladem rozlanej krwi, Mary weszła do zamku, odnajdując na furcie napis „Be bold, bold, but not too bold, lest that your’s heart blood should run cold”, co można przetłumaczyć: „Bądź śmiały, śmiały, lecz nie nazbyt śmiały, inaczej twe serce w piersiach stanie białych.” Napis ten pojawia się w baśni jeszcze w kilku miejscach, będąc swoistym refrenem. Okazało się, że Mary przybyła za wcześnie – usłyszawszy kroki właściciela zamku, ukryła się za drzwiami i obserwowała, jak pan Lis zawleka swą zdobycz – młodą, ładną dziewczynę i ćwiartuje ja na kawałki (jak można się łatwo domyślić, to nie świńska krew znaczyła drogę do zamku…) Po dłuższej chwili pan Lis odchodzi, a Mary chwyta to, co pozostało z jego ofiary - odciętą dłoń i prędko umyka. Przez całą narrację Mary podkreśla, że był to tylko jej sen, na co pan Lis odpowiada: „It is not so, nor it was not so. And God forbid it should be so”, czyli „To nie tak było, to nie tak było i niech Bóg broni by się zdarzyło”, dodając jeszcze więcej muzycznego wydźwięku całej opowieści. Na zakończenie Mary wyjmuje z fałd sukni odciętą rękę i rzuca ją na stół, dowodząc prawdy swych słów, a pan Lis ginie, zabity przez jej braci.  



Dama z lisim cieniem.

Lis występuje też w wielu legendach z Japonii, przyjmując tam twarz zmiennokształtnego stworzenia, trochę podobnego do wilkołaka (w Japonii nie ma wilków, a lis jest tam prawdopodobnie najniebezpieczniejszym z psowatych). Japoński folklor opisuje częściej i chętniej lisie kobiety, które na wzór selkies (o selkies wspominałam troszeczkę we wpisie o Sekrecie Kells) porzucają pierwotną postać na rzecz ludzkich mężczyzn. Taki człowiek nigdy nie może być pewien, czy to jemu przypadła w udziale lisia dziewczyna, ale może się tego dowiedzieć, dokładnie ją obserwując – pod kimonem można wówczas zauważyć puszysty ogon, jedyna pozostałość prawdziwej tożsamości. Jeżeli znajdzie się lisią kitę pod ubraniem żony, należy zastanowić się, co z tym fantem zrobić, bo takie kobiety, przez Japończyków zwane kitsune, czyli po prostu: lisice, mogą być bardzo potężne, pomocne, ale również kapryśne. Kitsune dzielą się na dwa gatunki: yako (dzikie lisy, te złośliwe i nieprzewidywalne, bliskie celtyckim faeries) i zenko (dobre lisy, te uczynne i pomocne, wędrujące po ziemi w poszukiwaniu domowego ogniska). Lis w Japonii jest na tyle ważnym i magicznym stworzeniem, że w wielu świątyniach można znaleźć ich pomniki, na przykład tu:

 Kapliczka bogów Inari

Kolorystyka lisów w mitologii japońskiej jest utrzymana w dwóch kolorach – białym i czerwonym. Były posłańcami bogów Inari, co wzmocniło tylko ich mitologiczną pozycję. Interesujące jest też, że nie każdy kitsune posiada tylko jeden ogon – im więcej kit, tym większy (w kategoriach mocy) i mądrzejszy jest kitsune; przy czym te etapy również mają swoje limity, zatrzymując się na dziewięciu ogonach.


                                                                                          Maska kitsune.



 Lis o dziewięciu ogonach to Bardzo Mądry Lis.

Z kitsune Japończycy wiązali to samo zjawisko, co Anglicy z elfami, to znaczy błędne ogniki na podmokłych terenach (w Japonii określane kitsunebi – lisimi ognikami). Światło miało pochodzić z kości ofiar, które lisy trzymały w pyskach. Lisy miały przepowiadać noworoczne plony, w ostatnią noc roku zbierając się w świątyniach i rozdzielając pomiędzy sobą zadania i rangi na nowy rok. Lisy, a szczególnie ich bardziej tajemnicza forma, kitsune były też inspiracją dla skrybów i artystów. Właściwie tak zostało im po dziś dzień, bo chciałabym wymienić dwie pozycje, w których kitsune albo występują, pełniąc znaczącą rolę, albo ich istnienie jest zaznaczone gdzieś w tle.




Jeśli kogoś interesuje Japonia, japońska mitologia, symbolika, kultura et cetera, powinien zajrzeć do powieści Jaya Kristoffa Stormdancer (na nasze tłumaczone jako Tancerze Burzy, wydawnictwo: Uroboros).  Pierwsza część planowanej trylogii (zdaje mi się, że drugi tom mógł wyjść już w Stanach, ale nie dam za to głowy) jest utrzymana w klimatyce steampunku, jednocześnie utrzymując nastrój starożytnej japońskiej heroicznej ballady, podobnej do tej z oryginalnej opowieści o Mulan. Akcja dzieje się na wyspach Shima, podzielonej na cztery dystrykty klanowe: Klan Tygrysa (Tora), Smoka (Ryu), Feniksa (Fushicho) i Lisa (Kitsune!). To właśnie z klanu Kitsune pochodzi młodziutka Yukiko, której ojciec uległ okropnemu nałogowi, kwitnącemu na wyspie – narkotykowi zwanemu krwawym lotosem. W wyniku splotu zdarzeń Yukiko wraz z ojcem i załogą powietrznego statku wyrusza na poszukiwanie gryfa, pożądanego przez obłąkanego, okrutnego cesarza. Książka wciąga, przemycając  jednocześnie wiele elementów wschodniej kultury w ogólnym tego słowa znaczeniu, jest niedrażniący wątek miłosny (a to rzadkość w literaturze fantasy ostatnich lat!) są zaskakujące zwroty akcji i ciekawe postacie, z samą Yukiko na czele oraz barwnym, szerokim tłem społecznym, bazującym na przemyśle narkotykowym. Yukiko przypomina trochę Katniss Everdeen z trylogii Collins (nie lubię uciekać się do wystawiania takich podobieństw, ale) a trochę kitsune zstępującą na ziemię i próbującą za wszelką cenę ochronić kraj. W każdym razie całkiem miło mi się to czytało…




Drugą taką pozycją, dotykającą postaci kitsune per se jest komiks Senni Łowcy pochodzący z uniwersum Sandmana. Oparty na opowiadaniu (warto przeczytać, ale w komiksie niektóre rzeczy widać bardziej i wyraźniej, szczególnie dla tych, którzy przeczytali serię oficjalną) Gaimana i zilustrowany przez P. Craiga Russella, który dla Gaimana rysował już Koralinę, Morderstwa i tajemnice, a teraz tworzy dwutomową Księgę cmentarną jest perełeczką jeśli chodzi o grafikę (i historię w sumie też, chociaż nie wiem, czy wolno mi oceniać adaptację zamiast oryginału). Historia zaczyna się od zakładu borsuka i lisa, polegającego na wygonieniu młodego, skromnego mnicha ze świątyni, w której mieszka. Ale co będzie, kiedy lisica zakocha się w młodym mnichu, którego życie jest zagrożone przez złego wielmożę i koszmary zsyłane za pomocą czarnej magii? Fabuła jest przewrotna, czerpiąc tyle, ile tylko się da z japońskich baśni i mitologii, podając czytelnikowi na tacy historię znaną, ale nie wyświechtaną i w nowej odsłonie. Bo nawet w baśniach nie należy oczekiwać absolutnego happy-endu… Okej, nie zamierzam więcej spoilerować, bo być może ktoś sięgnie po opowiadanie (warto) albo adaptację graficzną (bardziej warto) i doceni wszystkie smaczki, jakie można tam znaleźć.




 A wracając jeszcze do europejskich rudzielców – pomysł na wpis dzisiejszy przyszedł mi po obejrzeniu filmu Wesa Andersona pod tytułem „Fantastyczny Pan Lis”, opartego na książeczce dla dzieci Roalda Dahla (tak, tego od Charliego i fabryki czekolady, Matyldy, Wiedźm i placu w Cardiff). Prześliczna, oldskulowa animacja poklatkowa (zawsze szanowałam twórców poklatkowej animacji; umieszczanie tej samej figurki w 200 różnych pozycjach żeby uzyskać kilka sekund filmu na pewno doprowadziłoby mnie do skoku z okna) i lisy. Wszędzie lisy (oraz borsuki, oposy, zające i wydry przebrane tak, jak ma to w zwyczaju dziecięca literatura anglosaska, za ludzi), konflikt pomiędzy ojcem a synem, drugie dno i wartka fabuła – też polecam, jeśli ktoś szuka absurdu.

Jutro będzie opowiadanie Angeli Carter „The Werewolf”. Sami zgadnijcie o czym.

środa, 16 kwietnia 2014

Stare Baśnie w Nowym Świecie, czyli o zmarnowanym potencjale na komiks



Lubię komiksy. Jako dziecko zaczytywałam się Asteriksem, Kajkiem i Kokoszem, Tytusem oraz Tintinem (chociaż Tintin jest mi bliższy w formie animowanego serialu) i historyjkami wypełnionymi disneyowskimi postaciami, do dziś jeszcze wyciągam reklamówki pełne zeszytów z piwnicy i robię dokładny re-reading raz w roku, w czasie letnich wakacji, bo przecież to takie lekkie i przyjemne i nawet nie można określić tego jako guilty-pleasure (czyli coś, co sprawia przyjemność, bezwstydnie przy tym odmóźdżając) bo przecież zainscenizowane Tratwa Meduza, Wolność wiodąca lud na barykady i Lekcja doktora Tulpa w Asteriksie, przecież przegenialne tłumaczenia Gigantów Kołodziejczaka, przecież całkiem sprawnie poprowadzona narracja kryminalna w Tintinie i gry słowne w Tytusie

Jako dorosła przerzuciłam się raczej na powieść graficzną. To nie tak, że krótkie historie w zeszytach przestały mnie bawić, ale nigdy nie czułam szczególnej mięty do superbohaterów poza X-Menami i w ogóle, wolę ich w ekranizacjach i długo-długo-długo nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Na szczęście, zaistniał Egmont, główne źródło komiksu dla przeciętnego Polaka, wydający nie zeszyty klejone w miękkich okładkach, ale prawdziwe graficzne brylanty, takie jak na przykład seria Plansze Europy (polecam Wojnę Sambre’ów, historię starego, arystokratycznego rodu gdzieś w okolicach Rewolucji Francuskiej, więc wiadomo, że będzie gorąco, utrzymaną wyłącznie w odcieniach czerni, bieli i czerwieni – rozlew krwi sprzyja rubinookim wampirom, które też są w tej opowieści obecne) albo usłyszałam o powieściach ilustrujących polityczno-społeczne przemiany na świecie – to było coś: absolutnie rewolucyjne MAUS Arta Spiegelmana, kupione przeze mnie w oryginale, kiedy byłam w Stanach (to takie dziwne, widzieć nieskładny angielski polskiego Żyda zapisany przez jego całkiem już amerykańskiego syna, to takie dziwne, czytać polskie tłumaczenie z angielskimi kalkami, wykonane przez Żyda polskiego), Persepolis Marjane Satrapi, na którym okropnie płakałam, utożsamiając się z bohaterką, fragmenty Marzi rysunku Marzeny Sowy, opowiadające o tym, jak żyło się w komunistycznej Polsce. Poza tym absolutnie wsiąkłam w grafi-powieści fantastyczne – oczywiście w Sandmana, w adaptację Gwiezdnego Pyłu Gaimana utrzymaną w kresce Charlesa Vessa (nikt, nikt, NIKT nie rysuje tak jak Vess!) w steampunkową serię Alana Moore’a – Ligę Niezwykłych Dżentelmenów i jego odważniejsze, bardziej zerotyzowane Lost Girls. I jeszcze jedna pozycja ze stajni Vertigo (czuję się bardzo osierocona w moich sympatiach do DC na tle miłośników Marvela), a mianowicie Baśnie.


 Prawdziwie baśniowa okładka - na pierwszym planie Red Rose, jedna z moich najukochańszych postaci.


Baśnie są wytworem Billa Willinghama, uznanego amerykańskiego rysownika, który spróbował rzeczy najłatwiejszej, a także, w mojej opinii dość trudnej – to znaczy reinterpretacji dobrze znanych postaci. Czy mu wyszło, zaraz ocenię.

Willingham przenosi swych bohaterów, zwanych Baśniowcami do Nowego Jorku, każąc im uciekać z rodzinnych ziem przed okrutnym Adwersarzem, pragnącym zajęcia wszystkich fikcyjnych krain – Camelotu, Narnii, Oz, Krainy Czarów i im podobnych. Baśniowcy, osiedleni w Ameryce na wzór Pielgrzymów, starają się odbudować stary porządek świata, chociaż realia Przyziemnych (inaczej: mugoli, zwykłych ludzi) są im zupełnie obce. Właściwa historia rozpoczyna się, kiedy w czasie złotego jubileuszu przybycia do Nowego Świata ktoś z baśniowców popełnia morderstwo. I okazuje się, że Adwersarz wcale nie został na rodzinnych ziemiach i że ma swoje sposoby, by ścigać tych, którzy zdołali mu uciec.




Śnieżka i Wilk, prawdziwie uroczy, razem i osobno.

Na pewno olbrzymią zaletą komiksu Willinghama jest różnorodność postaci. Mamy Królewnę Śnieżkę, zastępcę burmistrza Fabletown, jej eks-męża, Księcia Uroczego, który zbajerował już nie tylko ją, ale również Kopciuszka i Śpiącą Królewnę, Niebieskiego Chłopca (oryginalnie pochodzącego ze starej rymowanki dla dzieci), który w przyszłości odegra rolę herosa uzbrojonego w Worpalny Miecz (tak, ten z Alicji…), Sinobrodego, który dawne zbrodnie zdołał odkupić całkiem dosłownie, dorzucając się do budżetu miasteczka, Pinokia, który jest wściekły, bo na zawsze pozostał – żywym, bo żywym, ale co z tego?! – chłopcem i cierpi męki dojrzewania, Żabiego Księcia, który jest bardziej tragiczną postacią, niż mogłoby się zdawać, Kaja, który wciąż ma w oku kawałek diabelskiego lustra i dlatego wyłupił sobie oczy, Bufkina – skrzydlatą małpkę z problemami alkoholowymi, Czerwoną Różę, moją niemal ulubioną postać; siostrę Śnieżki i Jacka od Olbrzymów oraz wielu innych. Uff. Dajcie mi złapać oddech.


 Niebieski Chłopiec, który wyrasta na bohatera.


Bufkin, antykwaiusz Fabletown w szponach nałogu.

I jest jeszcze Wielki Zły Wilk, w skrócie Bigby, wokół którego kręci się większość wątków, ze względu na jego charyzmatyczność bad guya. Bigby jest chyba bohaterem, który zmienia się najbardziej, jeśli chodzi o przepisanie jego dawnego życia z bajek ( i pomimo zachowania człowieczej formy – nałożonej za pomocą wiedźmiego uroku – praktycznie pozostaje wilkiem. To pewna świeżość po zastępach transformujących wilkołaków). Mimo, że nikt w baśniowej społeczności nie jest w stanie zaufać mu w pełni – opinia pożeracza małych dziewczynek w czerwonych płaszczykach robi swoje, pewne wątpliwości zgłaszają też trzy świnki – wilk pełni w Baśniogrodzie (a-ha, to tak na polski jest tłumaczone Fabletown!) funkcję szeryfa, i trzeba mu przyznać, jest skuteczny. Na tyle skuteczny, że gigant branży gier komputerowych, TellTale Games (ci od Walking Dead i w przyszłości e-gra-nizacji Gry o Tron) podjął się przełożenia jednej z jego spraw na monitor komputera. Gra nazywa się The Wolf Among Us (po polsku chyba Wilk Pośród Nas) i Wciąga.




Plakat gry od TellTale Games...


...a dla lubiących ruchome obrazki, trailer.

Nie zamierzam tu rozwodzić się nad grą, wydawaną w odcinkach (być może zrobię to w przyszłości, na razie jestem po trzeciej z pięciu części i coraz bardziej chcę wejść w ekran), zamierzam natomiast powiedzieć, co mi w Baśniach zupełnie nie gra. Otóż problemem Willinghama jest brak konsekwencji i ostatecznej decyzji, jakim gatunkiem mają być Baśnie. W pierwszym tomie mamy klasyczną zagadkę kryminalną, w drugim konflikt społeczno-polityczny pomiędzy Baśniogrodem i Farmą (gdzie żyją ci, których nie stać na urok maskujący, albo ci, których zamaskować się nie da.) Gdzieś w tle rozwijany zostaje wątek miłosny pomiędzy Bigbym a Śnieżką, potem przychodzi czas na odsłonienie Adwersarza (poczekajcie, do tego jeszcze wrócimy) i na misję Niebieskiego Chłopca, utrzymaną w konwencji epic fantasy. Po pierwszych kilku wątkach to, co stanie się dalej z postaciami, zbudowanymi naprawdę ciekawie, spływa po nas jak woda po kaczce. Wielka szkoda.

Mam wrażenie, że wiem, co stoi za tą – pardon my French – rozlazłością fabuły. Rzecz jest stara jak świat i mocno upierdliwa, a nazywa się prawa autorskie. Rzecz w tym, że Willingham wykorzystuje w swojej wizji nie tylko bohaterów należących do folkloru i żyjących w świadomości odbiorców od wczesnego dzieciństwa. Willingham wtłacza do fabuły również dobrze znane postaci książkowe, takie jak Alicja, Dzwoneczek czy Aslan. Wtłacza to może nie jest dobre słowo, powinnam powiedzieć raczej: przemyca, oszukując twórców oryginałów lub ich potomków, tak jak w tym panelu, który prezentuję niżej:

Dla nieznających inglisza: "A potem upadło Królestwo Wielkiego Lwa, i ponownie nie zrobiliśmy nic, ponieważ zawsze uważaliśmy starego Lwa za zbyt napuszonego i świętoszkowatego jak na nasze gusta". Ślicznie zakamuflowane odniesienie do chrześcijańskiej Narnii.


Z wywiadu z Willinghamem wiem, że pierwotnie Adwersarzem miał okazać się Piotruś Pan, który miał wykradać ludzkie dzieci z kołysek i werbować je do szeregów Zagubionych Żołnierzy; czy też bardziej: Zagubionych Renegatów. Prawdziwym bohaterem miał okazać się Kapitan Hak, broniący dzieci za cenę własnego życia (scena pojedynku Hak-Pan pojawia się we wspomnieniach Śnieżki w 1001 Nocach Królewny Śnieżki, albumie ze świata Baśni, nie należącym jednak stricte do chronologii fabuły; a do tego jest ukazana jak oryginalna wersja powieści Barriego. Bu.) Popieram ten pomysł wszystkimi kończynami – jak mówię, Willingham ma rękę do retellingu – ale wszystko rozbiło się o prawa autorskie. Obecni posiadacze praw autorskich do Przygód Piotrusia Pana oraz Piotrusia Pana i Wendy nie zgodzili się na wykorzystanie wizerunków postaci. Dlatego właśnie Adwersarzem została postać najmniej do tego zadania odpowiednia, a był to…






…nie powiem. Może sami sięgniecie po Baśnie, żeby sprawdzić. A jeżeli nie, nie zaszkodzi obejrzeć przepięknych stron komiksu, utrzymanych w realistycznej konwencji (to też odrobinę mi przeszkadza, to, że wszyscy w Baśniach wyglądają tak idealnie, wymuskanie i proporcjonalnie. Ale przecież to bajka. I niech tak pozostanie.)

PS. Podczas pisania tego posta do moich drzwi zapukał kurier. Przyniósł mi album ze świata Sandmana, to znaczy Sennych Łowców i trochę się zdziwił, kiedy pogratulowałam mu wyczucia czasu. Idę zatem czytać.