niedziela, 19 kwietnia 2015

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść marcowa"

W głowie mam tylko Daredevila Netflixa (swoją drogą, polecam, oglądajcie!), ale obiecałam sobie, że przynajmniej raz w tygodniu będę wrzucać tu tłumaczenie jakiegoś opowiadania, żeby blog nie porósł kurzem. W tym tygodniu miałam problem - owszem tekst mam wybrany - niedługo spodziewajcie się Catherynne M. Valenthe i Wilków Brooklynu, ale nie bardzo mam czas, żeby wyrobić się jeszcze w tym tygodniu. Na szczęście już jakiś czas temu zauważyłam, że Kalendarz Opowieści jest niepełny - zapomniałam o marcu, zupełnie nie wiem dlaczego, bo leży mi na dysku, już hen, wieki temu przetłumaczony na polski - i Gaiman ratuje mi tyłek, niezawodnie w każdej sytuacji. Tak więc przed wami Anne Bonny i tekst trochę awanturniczy a trochę tęskny.





Opowieść marcowa

NEIL PYTA:
„Jaką postać historyczną przypomina Ci marzec?”
@MorgueHumor ODPOWIADA:
„Anne Bonny o sercu włóczęgi, marzącą o statku na własność”.
#KeepMoving #MarTale

„…wiemy tylko tyle, że nie została stracona.”
Daniel Defoe, „Historia powszechna rabunków i morderstw najznamienitszych piratów”

W wielkim domu było zbyt gorąco, więc obydwie wyszły na ganek. Z zachodu nadciągała wiosenna burza. Oświetlił je nadchodzący poblask błyskawic i ochłodził nieprzewidywalny, lodowaty wiatr. Matka i córka siedziały niewzruszenie na huśtawce na ganku, rozmawiając o powrocie ojca dziewczynki, teraz przebywającego na pokładzie statku wiozącego ładunek tytoniu do odległej Anglii. 
Mary, trzynastolatka, taka śliczna, taka egzaltowana, wykrzyknęła:
- Przyrzekam, jestem rada, że wszyscy piraci skończyli na stryczku i ojciec wróci do nas bezpiecznie.
Łagodny uśmiech jej matki nie zniknął z jej ust, kiedy odpowiedziała:
-  Nie będziemy rozmawiać o piratach, Mary.



Gdy była dziewczynką, przebrała się za chłopca, żeby ukryć ojcowski skandal. Nie założyła sukienki, dopóki nie znalazła się na pokładzie wraz z ojcem i matką; jego służącą i kochanką, którą w Nowym Świecie zaczął nazywać żoną i płynęli z Corku do Karoliny.
Podczas tej podróży zakochała się po raz pierwszy, przebrana za kogoś sobie obcego, zaplątana w warstwy spódnic. Miała jedenaście lat i serca nie skradł jej żaden z żeglarzy, ale sam statek. Anne siadywała w szalupach, patrząc jak szary Atlantyk przelewa się pod nimi, słuchając krzyku mew i czując, jak Irlandia oddala się coraz bardziej i bardziej, zabierając ze sobą stare kłamstwa.
Z żalem opuściła swą miłość gdy wylądowali, i chociaż jej ojciec dobrze sobie radził w nowym kraju, nocami śniła o skrzypieniu drewna i łopocie żagli.
Jej ojciec był dobrym człowiekiem. Ucieszył się, kiedy wróciła i nie rozmawiali o czasie, który spędziła daleko, o młodzieńcu, którego poślubiła i który zabrał ją do Providence. Powróciła na łono rodziny trzy lata później, z dzieckiem przy piersi. Jej mąż zginął, powiedziała, i choć obrosły ją plotki i pogłoski, nawet najostrzejsze języki nie ośmieliły się zasugerować, że Annie Riley to kobieta-pirat, Anne Bonny, pierwszy mat Rudego Rackhama.
- Gdybyś walczył jak mężczyzna, nie zdechłbyś jak pies. – Tak brzmiały ostatnie słowa Anne Bonny do człowieka, który wypełnił jej brzuch dzieckiem, a przynajmniej tak powiadali.


Pani  Riley obserwowała grę piorunów i słuchała pierwszego pomruku odległego grzmotu. Jej włosy zaczęły siwieć, a cera była tak samo blada, jak każdej kobiety zamieszkującej tę ulicę.
- Huczy jak wystrzał z armaty – rzekła Mary (Anne nazwała ją na pamiątkę swej matki i swojej najlepszej przyjaciółki, spotkanej w latach, które spędziła z dala od wielkiego domu).
- Dlaczego wymyślasz takie rzeczy? – skarciła ją surowo matka. – W tym domu nie rozmawiamy o kanonadach.
Spadł pierwszy marcowy deszcz i wówczas pani Riley zaskoczyła córkę, wstając z gankowej huśtawki i wychylając się za balustradę, tak, aby deszcz opryskał jej twarz jak morski wiatr. Było to dość niezwykłe zachowanie jak na powszechnie szanowaną kobietę.
Kiedy deszcz obryzgał jej twarz, wyobraziła sobie to jeszcze raz: siebie, kapitan własnego statku, otaczający ich ogień armat, swąd dymu i prochu mieszający się ze słoną bryzą. Pokład statku pomalowałaby na czerwono, aby zamaskować bitewną krew. Wicher wypełniłby sflaczałe żagle furkotem głośnym niby odgłos działa, kiedy podbijałaby kolejny kupiecki statek, zabierając ze sobą wszystko, czego zapragnęła: klejnoty lub monety i palące pocałunki jej pierwszego mata po całym tym obłędzie.
- Mamo? – spytała Mary – Chyba musisz myśleć o wielkim sekrecie. Masz taki osobliwy uśmiech.
- Głuptas, acushla – odburknęła jej matka. A zaraz potem dodała: - Myślałam o twoim ojcu.
Mówiła prawdę, a marcowe wichury rozwiewały wokół nich szaleństwo.

piątek, 10 kwietnia 2015

Tłumaczenie: Sofia Samatar, "Historie o selkie są dla frajerów"

Czasami zastanawiam się, kto pisze moje życie – bo że ktoś je pisze, to pewne. Nie mam więcej wątpliwości, biorąc pod uwagę, że pendrive z tym tekstem zagubił mi się dobrych kilka miesięcy temu, a znalazł wczoraj, niedługo po premierze „Song of the Sea”, najbardziej selkie-owatego filmu, jaki kiedykolwiek widziałam. :) Oryginał tekstu możecie znaleźć tu. W wasze ręce!

Historie o selkie są dla frajerów



Nienawidzę opowieści o selkie. Zawsze mówią o tym, jak polazłaś na strych po książkę, znalazłaś ohydny stary płaszcz, zniosłaś go na dół, trzymając między palcem wskazującym i kciukiem i zapytałaś „co to jest?” a potem już nigdy nie zobaczyłaś swojej mamy.
*
Pracuję w restauracji La Pacha. Dostałam tę pracę po tym, jak odeszła mama, żeby pomóc w płaceniu rachunków. Pierwszego wieczoru w pracy dwa razy nawrzeszczał na mnie główny kelner, sparzyłam palce o gorący talerz, wylałam na swój fartuch zupę soczewicową z pietruszką i zostawiłam klucze w kuchni.
Wróciłam pędem do restauracji i zaczęłam dobijać się do drzwi. Oczywiście nikt nie wyszedł. Poczułam zapach papierosów w tej samej chwili, w której usłyszałam głos.
- Hej.
Odwróciłam się i stała tam Mona, biały dym snuł się pomiędzy jej palcami.
- Zostawiłam w środku klucze – powiedziałam.
*
Mona to jedyna dziewczyna poza mną w La Pacha, która jest kelnerką. Jest spokrewniona ze wszystkimi w restauracji poza mną. Właściciel, który każe nazywać się Wujek Tad, jest naprawdę jej wujem, bratem jej mamy.
- Nie rozmawiaj z nim, jeśli nie musisz – ostrzegła mnie Mona – Jest straszny.
To było po tym, jak westchnęła, upuszczając papierosa i miażdżąc go butem, po tym, jak podsadziłam ją na splecionych dłoniach, żeby mogła wejść przez okno, po tym, jak wślizgnęła się do kuchni i otworzyła mi drzwi. Powiedziała „madame” oschłym tonem i ukłoniła się. Przynajmniej wydaje mi się, że powiedziała „madame”. Równie dobrze mogła powiedzieć „wasza wysokość”. Nie pamiętam za dobrze tej nocy, bo wypiłyśmy dużo wina. Mona stwierdziła, że skoro już się włamałyśmy i weszłyśmy, to możemy też coś ukraść i ustawiła w rządku wszystkie otwarte butelki czerwonego wina. Poświeciłam jej komórką, kiedy wyjmowała specjalne gumowe korki i nalewała po trochu z każdej butelki do plastikowej miarki. Nazwała to Winiarnią. Byłam zaskoczona, że jest dla mnie tak miła, bo w pracy prawie się do mnie nie odzywała. Później zdradziła mi, że nienawidzi każdego przy pierwszym spotkaniu. Zadzwoniłam do domu, ale tata nie odbierał, pewnie był w piwnicy. Zostawiłam wiadomość i wyłączyłam telefon.
- Wiesz, o co poprosił mnie dzisiaj ten gość? – zapytała Mona. – Zamawiał kaszę z wołowiną, a powiedział: poproszę Kasię z wołowiną.
*
Mama Mony nie pracuje w La Pacha, ale czasami wpada około trzeciej, siada w sekcji Mony i płacze. Wtedy Mona wciska na głowę pomarańczową kaszkietówkę, wypada tylnym wyjściem i zapala papierosa, a ja przejmuję jej sekcję. Mama Mony nie składa u mnie zamówień. Ma oczy Mony, albo Mona ma jej oczy: olbrzymie rozzłoszczone oczy z rzęsami tak długimi, że podwijają się na końcach. Potrząsa tylko głową i powtarza: nic! nic! aż w końcu Wujek Tad podchodzi do niej, a mama Mony przytula go i całuje, zawodząc po arabsku.
*
- Masz klucze? – pyta mnie Mona po pracy.
Wsiadamy do mojego samochodu i wiozę nas przez miasto do Włości Kości, olbrzymiego cmentarza na wzgórzu. Parkuję na pustym miejscu, a Mona zwija papierosa. Jest tylko jedna lampa, paląca się odległym, zimnym blaskiem w środku parkingu. Mona zrzuca buty, kładzie stopy na desce rozdzielczej i płacze. Uprzedziła mnie o tym w noc kiedy się poznałyśmy, powiedziałam coś głupiego, w stylu:
- Jesteś taka zabawna.
A ona odpowiedziała: - Właściwie dużo płaczę. Powinnaś o tym wiedzieć.
Byłam taka szczęśliwa, że uważała, iż powinnam wiedzieć o jej nawykach, same nawyki mnie nie obchodziły. Ciągle mnie nie obchodzą, ale to prawda, że Mona dużo płacze. Płacze, bo boi się, że jej mama wywiezie ją do Egiptu, gdzie kiedyś mieszkała jej rodzina. Mona nigdy tam nie była.
- Co miałabym tam robić? Nawet nie mówię po arabsku.
Wyciera tusz do rzęs w rękaw i każę jej popatrzeć na lampę na zewnątrz i udawać, że lśniące światło pochodzi z ogniska i że razem z nią wrzucam w ogień wszystkie kiedykolwiek spisane opowieści o selkie i patrzę, jak płoną.
- Ty i te twoje opowieści o selkie – mówi Mona. Protestuję, że nie są moje i nigdy nie będą i nigdy-przenigdy nie opowiem jej tej jednej historii, która jest prawdą; nie mówię jej, jak wspięłam się tamtego dnia na strych, bo szukałam książki, którą czytałam, kiedy byłam mała, Pięknej i Bestii, przyzwoitej baśni o zwierzęciu, które na zawsze zostało człowiekiem, tak jak powinno być. Nie mówię Monie, że czarne włosy Pięknej wiły się na każdej stronie albo że Bestia miał żółte rogi i przepyszny frak i o tym, że zamiast książki znalazłam płaszcz, moja mama narzuciła go na siebie, wyszła przez kuchenne drzwi i przekręciła kluczyk w stacyjce.
*
Jedna z opowieści o selkie mówi o mężczyźnie z Mýrdalur. Któregoś dnia, będąc na klifach, usłyszał tańczących i śpiewających w jaskini ludzi i zauważył kilka skór rozwieszonych na skałach. Zabrał jedną ze skór i zamknął w kufrze, a kiedy wrócił, na brzegu morza siedziała samotna dziewczyna i rozpaczała. Była naga, więc przyniósł jej nieco ubrań i zabrał do domu. Pobrali się i mieli dzieci. Wiecie, jak to jest. Pewnego razu zmienił ubranie i zapomniał wyjąć z kieszonki koszuli klucz do skrzyni. Odnalazła go jego żona, piorąc ubrania.
*
- Nie jedziesz do Egiptu – pocieszam Monę. – Wybieramy się do Kolorado. Pamiętasz?
To nasze wielkie marzenie – pojechać do Kolorado. Tam urodziła się Mona. Mieszkała tam do czwartego roku życia. Wciąż pamięta skały, świerki i mroźne, mroźne powietrze. Mówi, że chmury w Kolorado są jasne, niczym kawałki lustra. To w Kolorado rodzice Mony wzięli rozwód, a jej mama próbowała się zabić po raz pierwszy. Tutaj też tego próbowała. Włożyła głowę do piekarnika, opierając się na poduszkach. Mona była wtedy w siódmej klasie.
*
Selkie wracają do morza w mgnieniu oka, jakby nigdy z niego nie wychodziły. To jedna z rzeczy, która różni je od ludzi. Jednego razu mój tata próbował gdzieś wrócić; był wtedy w armii, stacjonowali w Niemczech, i tata pojechał do Norwegii żeby odszukać miasteczko z którego pochodziła moja prababcia. Nawet znalazł to miejsce, starą farmę z naszym nazwiskiem. W miasteczku wszedł do restauracji i zamówił lutefisk, obrzydliwą potrawę z ryb, którą przyrządza babcia. Kucharka wyszła z kuchni i popatrzyła na niego jak na świra. Oznajmiła, że lutefisk je się tylko na Boże Narodzenie.
I tak plan taty, żeby poznać prawdziwy smak lutefisk legł w gruzach. Wszystko, co zdołał przywieźć z Norwegii to Biblia mojej prababci. Jest jeszcze dziennik, który prowadziła na północnej farmie, ale nie umiemy go odczytać. Zapisała w nim tylko cztery angielskie słowa: Mój Boże koszmarny dzień.
*
Możecie podejrzewać, że tata poderwał mamę w Norwegii, gdzie roi się od fok. Ale to nieprawda. Poznał ją na basenie.
*
Jeśli chodzi o mamę, nigdy nie mówiła o swoich krewnych. Zapytałam ją raz, czy ma rodzinę i odpowiedziała: „nie takich jak my”. Wówczas myślałam, że ma na myśli ćpunów albo morderców, może gdzieś na odsiadce. Chciałabym, żeby to była prawda.
*
Jedna z historii, jakich nie opowiedziałam Monie pochodzi z Leksykonu Brytyjskiego Folkloru. W tej opowieści to córeczka selkie odnajduje ukrytą skórę. Oczywiście nie ma pojęcia, co się wydarzy, po prostu wie, że jej matka szuka foczej skóry i przypomina sobie tatusia wyciągającego taką skórę spod łóżka i głaszczącego ją. Matka dziewczynki wydobywa swój płaszcz z kryjówki i mówi: „Żegnaj, moje maleństwo!” Nie myśli o tym, że skoro tyle czasu oddychała powietrzem, to z pewnością jeszcze trochę wytrzyma. Po prostu zarzuca na siebie skórę i wskakuje do morza.
*
Po tym, jak odeszła mama, czekałam, aż tata wróci do domu z pracy. Milczał, kiedy opowiedziałam mu o płaszczu. Stał w świetle elektronicznego zegara w piekarniku i delikatnie pocierał palcami, zupełnie jakby bezgłośnie nimi pstrykał. Później usiadł przy kuchennym stole i zapalił papierosa. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby palił w domu. Mama dostanie szału, pomyślałam, ale szybko zdałam sobie sprawę, że to nieprawda. W tym domu była tylko dwójka szaleńców. Ja i tata.
*
Ojciec wciąż na mnie czeka, więc tuż przed północą wyjeżdżam z parkingu. Mam nadzieję dotrzeć do domu na tyle wcześnie, żeby nie zrzędził, ale dostatecznie późno, żeby nie chciało mu się wychodzić z piwnicy gdzie rozbiera na części stare telewizory i gadać o colledge’u. Mówiłam mu, że nie idę na studia. Wybieram się do Kolorado, stanu zamkniętego. Tylko dwadzieścia na pięćdziesiąt stanów jest zupełnie zamkniętych – to znaczy, że nie mają dostępu do Wielkich Jezior ani do morza. Mona zapala światło i próbuje nałożyć eyeliner w lusterku, a ja skręcam, żeby obsunęła jej się ręka. Gasi światło i mnie uderza. Wszystkie szyby w aucie są opuszczone i wiatr omiata dzikie włosy Mony wokół jej twarzy. Moje maleństwo, wyjaśnia książka, to „wyraz czułości”.
- Moje maleństwo – grucham do Mony. Dostaje czkawki. Nie może przestać się śmiać.
*
 Nigdy nie pocałowałam Mony. Dużo o tym myślałam, ale zdecydowałam, że jeszcze na to nie pora. To nie tak, że myślałam, że się wystraszy czy coś. Chyba nawet się nie boję, że nie oddałaby mi pocałunku. Jest gorzej: boję się, że pocałowałaby mnie nic przy tym nie czując.
*
Prawdopodobnie jednym z największych frajerów, którzy zakochali się w selkie był mężczyzna, który nosił jej skórę ze sobą w plecaku. Był tak zestrachany, że ją znajdzie, że zabierał skórę ze sobą wszędzie – kiedy szedł na połów albo napić się w mieście. Aż któregoś dnia złapał mnóstwo ryb. Było ich tak wiele, że nie mógł ich wszystkich zaciągnąć do domu w swojej sieci. Opróżnił plecak i napełnił go rybami, a skórę przewiesił przez ramię, ale w drodze powrotnej do domu ją upuścił.
- Szara z przodu, z tyłu szara, skończyła się ziemska kara – oto, co powiedziała żona rybaka, kiedy odnalazła swoją skórę. Mężczyzna rzucił się ją łapać, nawet ją pocałował, chociaż już była foką, ale ona sturlała się ze ścieżki i rzuciła w toń. Mężczyzna stał po kolana w chłodnych falach, śmierdząc rybą i płacząc. W historiach o selkie pocałunki niczego nie rozwiązują. Pocałunek niczego nie zmienia. Nikt nie kocha cię tylko dlatego, że ty kochasz go lub ją. Co to w ogóle za baśń?
*
- Nie obudziła się – opowiada Mona. – Wyciągnęłam ją z piekarnika na podłogę i wyłączyłam gaz i otworzyłam okna. Nie byłam taka znów mądra, wcale nie myślałam. Zadzwoniłam po Wujka Tada i policję i dalej nie myślałam.
Nie wierzę, że nie była mądra. Próbowała nawet ratować mamę sztucznym oddychaniem, ale ona nie obudziła się zanim nie znalazła się w szpitalu. Musieli po nią sięgnąć i wyszarpać ją śmierci, bo było blisko. Śmierć czai się tuż pod skórą, jak mówi Mona. Szara z przodu, z tyłu szara.
*
Kochana Mono: Kiedy na ciebie patrzę, parzy mnie skóra.
*
Podjeżdżam pod jej pojazd, żeby ją wysadzić. Dom jest ciemny, najmroczniejszy na całej ulicy, bo mama Mony nie lubi zapalać światła na ganku. Mówi, że wdziera się pod żaluzje i nie może przez to zasnąć. Mama Mony ma śliczną sypialnię na piętrze, z mnóstwem starych fotografii w złoconych ramkach, ale śpi na kanapie w salonie obok akwarium. Obserwowanie rybek pomaga jej na sen, chociaż mówi, że w tym kraju nie ma prawdziwych ryb. Mona nazywa to jedną ze „starych śpiewek” swojej mamy.
Mona wysiada, szarpiąc ten kawałeczek mojego serca, który zostaje z nią, gdziekolwiek się wybiera. Stoi na zewnątrz i zagląda do środka samochodu przez otwarte drzwi. Ledwo ją widzę, ale czuję cytrynowy zapach odżywki na jej włosach, zmieszany z wonią potu i trawki. Mona pachnie jak las, nie jak morze.
- O Boże – wykrzykuje – zapomniałam ci powiedzieć, dzisiaj, no wiesz, stolik szósty? Ta wielka banda znajomków Wuja Tada?
- Taaa.
- No więc chcieli zupę przed normalnym jedzeniem, a ja zapomniałam i wiesz, co ten stary dziad do mnie powiedział? Ten niski na końcu stołu?
- Co?
- Mówi: Vous êtes bête, mademoiselle!
Mówi to chrypliwym, niskim głosem i się śmieje. Rozpoznaję francuski, ale to wszystko.
- A co to znaczy?
- Idiotka z ciebie, panienko!
Przechyla głowę, tłumiąc chichot.
- Nazwał cię idiotką?
- Tak, bête, jak bestia.
Podrywa głowę, po czym nią potrząsa. Światło z czyjegoś podwórka odbija się od jej nosa. Markuje norweski akcent i mówi:
- Mój Boże, koszmarny dzień.
Potakuję.
- Koszmarny dzień.
I ponieważ powtarzamy to cały czas, ponieważ to głupia, zwykła rzecz, którą można uznać za naszą „starą śpiewkę”, albo może dlatego, że wypaliłam za dużo trawki, cała kupa dni miesza się w ten jeden szczególny moment. Jest ich więcej niż można policzyć. Tamten Sylwester, który spędziliśmy wszyscy razem, kiedy przyjechał po mnie Wujek Tad, kiedy zatrzymał się i otworzyłam drzwi, a on kazał mi je zamknąć, i mruknął „Ja to zrobię, tylko trochę się przekręcę” a gdy opowiedziałam wszystko Monie, śmiałyśmy się tak bardzo, że musiałyśmy uciec i schować się w łazience. Ten dzień, kiedy goście ze szkoły wpadli do restauracji i podałyśmy im wino, chociaż byli niepełnoletni, a Mona się spietrała i wylała wszystko na obrus, tamten, gdy przyjechała jej sympatyczna kuzynka i zrobiła nam w mikrofali kanapki z serem i miętą i dostała ochrzan za marnowanie jedzenia. I wieczór urodzinowy dla mamy Mony, kiedy Wujek Tad włączył muzykę i zmusił nas wszystkich do tańca, a oczy mamy Mony stały się szklane od łez. Niedługo potem Mona powiedziała mi:
- Powinnam uciec. Jestem jedyną rzeczą, która ją tu trzyma.
Mój Boże, koszmarne dni. Najlepsze dni mojego życia.
*
- Pa – szepcze Mona. Obserwuję ją, zanim zniknie we wnętrzu domu.
*
Moja mama miała zwyczaj pływać każdego ranka na YWCA. Kiedy byłam mała, zabierała mnie ze sobą. Nie lubiłam pływania. Wolałam siedzieć na leżaku z książką, podczas kiedy ona wypływała i znów się zanurzała, wypływała i się zanurzała, niewyraźna plama pod powierzchnią wody. Podczas gdy ja czytałam Panią Frisby i szczury z NIMH, wydawało się, że mama sama była szczurem laboratoryjnym wykonującym zadania, dotykając tego i tamtego brzegu basenu. Wreszcie wychodziła z powrotem i ściągała czepek z głowy. W szatni zdejmowała swój kostium, cienką, szarą szmatkę ociekającą na podłogę. Większość ludzi przeciągało ramiączka kostiumu przez kłódkę od szafki, tak, by mógł wisieć swobodnie bez groźby kradzieży, ale nie moja mama. Ona po prostu zawieszała kostium na haczyku.
- Nikt nie połasi się na taki stary rozciągnięty łach – mówiła.
I tak było.
*

Tu historia powinna się skończyć, ale tak nie jest. Mój tata twierdzi, że mama była żywiołem, swego rodzaju obcym, nigdy do nas nie należała. To nie moja wina, że odeszła, porzuciła nas dlatego, że nigdy nie nauczyła się oddychać na lądzie. To najgorsza opowieść, jaką słyszałam. Nigdy nie opowiem jej Monie, przenigdy, nawet wtedy gdy będziemy wyruszać do Kolorado z wszystkimi potrzebnymi rzeczami w bagażniku mojego samochodu, a ja spotkam się z nią po drodze, w warzywniaku, tak jak planowałyśmy, a ona wybiegnie roześmiana, z pomarańczową czapką wciśniętą na głowę. Nie opowiem jej, jak niebezpieczne są strychy, jak niektórzy ludzie nie mogą zacząć od nowa, albo jak wciąż widzę moją mamę w sklepowych witrynach, z długimi włosami w tym samym szarosrebrzystym odcieniu co jej płaszcz, albo jak kiedyś przyjechali moi mali kuzyni i poszliśmy do zoo, a foki mnie rozpoznały, stanęły słupka w wodzie i zaszczekały w swoim własnym języku. Nie powiem. Boję się. Nie powiem jej nawet tego, co należy wiedzieć: że powinnyśmy być silniejsze niż nasze matki, że mamy inne historie do opowiedzenia, i niech lepiej nie zmieni zdania i nie porzuci mnie w Kolorado, bo tego nie zrozumiem, znienawidzę ją na zawsze, spalę jej graty i spędzę całą noc wrzeszcząc w lesie, bo to głupie nie móc oddychać, kto w ogóle słyszał o oddychaniu w jednym miejscu, a nieoddychaniu w innym, nie jesteśmy takie, Mona i ja, a historie o selkie są tylko dla frajerów, którzy utknęli po złej stronie magii – ludzi upuszczających rzeczy, ludzi gubiących klucze, ludzi, którzy odpuszczają. 


czwartek, 30 października 2014

All Hallows Read, czyli strach między słowami ukryty

Z okazji Halloween miałam dokończyć i opublikować moje opowiadanie Libertyn. Niestety, praca przygwoździła mnie wielkim, rzeczywistym ciężarem testów i pisania pracy zaliczeniowej i nic z tego nie wyszło. Gunwo. Trudno, są priorytety. Miast tego zaangażowałam się w akcję znaną mi od kilku lat i usilnie propagowaną przez Autorytet i Absolut, czyli ło tu (moja obsesja – dziwnie przyzwyczaiłam się do tego słowa – siedzi i macha do mnie czułkami, nadając w sekretnym kodzie, że się zadomowiła na dobre). Neil Gaiman, psze państwa, dla tych, którzy angielskiego nie znają, podał pomysł dzielenia się z resztą świata strasznymi książkami lub opowiadaniami, zapewniającymi rozrywkę podczas długiego, jesiennego wieczoru. W związku z tym poczułam obowiązek, żeby znaleźć coś do wymiany – metaforycznej, bo wierzę, że w dobie Internetu o teksty kultury łatwiej niż kiedyś – i spędziłam większość października czytając horrory i horrorynki. Trochę znalazłam.

I.          Jakiś potwór tu nadchodzi (Something Wicked This Way Comes) Raya Bradbury’ego.




Jakiś potwór tu nadchodzi to cytat z Makbeta Szekspira, idealnie dopasowany do hipnotycznego nastroju w tej powieści. Było to moje pierwsze spotkanie z Rayem Bradburym bodajże w 2012 roku. Cieszę się, że to była moja pierwsza powieść od Bradbury’ego, bo zostawiła po sobie niezapomniane wrażenie niepokoju i oglądania się w ciemności, czy aby nic się za mną nie czai. Bohaterami powieści są dwaj trzynastolatkowie, zapamiętali w swojej młodości, na pierwszych kartach książki spotykający sprzedawcę piorunochronów, oznajmiającego profetycznie, że nadchodzi burza. Brzmi dziwnie? To dopiero początek tego, co dotknie chłopców i ich rodziny, kiedy do małego miasteczka (to małe miasteczko jest wyjątkowo kingowskie, nikt nie spodziewa się zła drzemiącego w mieścinach) przybywa objazdowy lunapark, prowadzony przez Pana Darka (punkt za nazwisko!) i Pana Coogera. Will i Jim, bo tak nazywają się chłopcy, wybierają się na oszałamiający pokaz w królestwie dziwadeł i mają szansę zobaczyć magiczną karuzelę. A jednak nie doceniają niebezpieczeństwa ukrytego pod maską zabawy… Bradbury snuje opowieść w niewielu słowach, a jednak akcja toczy się wartko i interesująco. Jakiś potwór… to opowieść o wchodzeniu w dorosłość i powrocie do dzieciństwa, o tej krytycznej granicy, którą każdy z nas kiedyś musi przekroczyć. Pamiętam, że podobało mi się zwłaszcza opisywanie czarodziejskiego freakshowu z perspektywy dwóch pokoleń, bo w pewnym momencie do akcji wkraczają ojcowie Willa i Jima. Nie chcę sprzedawać tu zbyt wielu spoilerów, ale Ray Bradbury zawsze urzeka swoją subtelnością, intertekstualnością i nienachalnym przesłaniem. Pamiętam, że lubiłam tę książkę.

II.                Mały morderca, autor: Ray Bradbury, Audycja Trzecie Oko



Jestem fanką audiobooków. Może to przez moje nienasycenie, jeżeli chodzi o słuchanie historii i w trosce o moje oczy (nigdy nie byłam Sokolim Okiem) rodzice w dzieciństwie zakupili mi dziesiątki, jeżeli nie setki, „mówionych” bajek. Pamiętam te quasi musicalowe, pamiętam te, które owocowały obsesją przez kilka następnych miesięcy (Bazyliszek i zabijanie chłopca wzrokiem, jeżeli podsumować to i moje lektury nt. Auschwitz w wieku lat 7, to byłam bardzo krypiszonowatym dzieckiem), pamiętam te najwcześniejsze – Muminki i Małego Księcia i Niedźwiadka Nallee. W wieku dorosłym nieco się przestawiłam na seriale radiowe (muszę kiedyś zrobić tu jakiś plebiscyt!) ale sentyment pozostał (pojawiła się także chęć stworzenia dobrego serialu radiowego w Polsce, tylko z kim ja to, kućwa, będę robić?...) Na Audycję Trzecie Oko trafiłam niedawno i zaczęłam przewidywalnie – od Bradbury’ego. Nie zamierzam opisywać tego opowiadania, bo je po prostu trzeba przesłuchać, powiem tylko jedno – w środku nocy z przyjemnego półsnu wybiła mnie puenta i wyglądałam jak ten kot:





III.             The Tragical Comedy Or Comical Tragedy of Mr Punch duetu Gaiman i McKean.



Mimo, że moja Obsesja ma się dobrze i kwitnąco, to nie wszystkie utwory Gaimana dotąd przeczytałam. Nie wszystkie darzę też wszechogarniającym uznaniem. Tak się na przykład sprawa ma z Oceanem na końcu ulicy, który doszczętnie mnie rozczarował i wydał mi się zbyt nijaki i szczery (może ma to związek z autentycznością pewnych wątków w tejże powieści, ale wciąż mnie rozczarowuje). Punch to kolejne (a może powinnam powiedzieć: wcześniejsze) podejście do prób rozliczenia się z przeszłością, tylko tym razem bardzo, bardzo mocne. Gaiman wyciąga cały arsenał swoich sztuczek, żeby wykreować opowieść o małym chłopcu, pamięci i zapominaniu, śmierci, narodzinach i niebezpieczeństwie. Tytułowy Punch to dla nieobeznanych kukiełka z tradycyjnego angielskiego teatrzyku, występujący w towarzystwie swojej żony Judy i często również innych postaci – Doktora, Krokodyla, Sędziego, Dziecka i Diabła. Punch z natury charakteryzują ostre rysy twarzy – Gaiman w niektórych wywiadach określa swój własny semicki nos jako „Punch nose”, co fenomenalnie współgra tu z fabułą – oraz upodobanie do przemocy. Punch potrafi zatłuc na śmierć swoją żonę, wyrzucić dziecko przez okno, ujarzmić krokodyla, powiesić sędziego i otruć doktora, nim stanie w szranki z samym diabłem. Gaiman określa tę powieść graficzną – bo o dziwo, tekst wydaje się być prawie nieważny w porównaniu do typowych kolaży McKeana, skąpanych w złocie i półmroku – jako kłamliwą autobiografię, i robi to tysiąckroć lepiej niż w Oceanie. Czytając Puncha wielokrotnie zastanawiałam się, gdzie tkwi granica pomiędzy prawdą i kłamstwem, gdzie istnieje brzeg między pamiętaniem i niepamięcią i bałam się, bałam się, BAŁAM SIĘ Puncha. Nie wiem, czy to nie moja ulubiona pozycja gaimanowska, i trochę szkoda mi dwóch rzeczy – że zabrałam się do niej tak późno i że nie została przełożona na polski.



PS. Próbowałam przeczytać Dom czarów Jamesa Herberta, ale mnie zmógł. Nie polecam.

PS2. Z okazji Obsesji i Halloween macie Włosy Gaimana w dyniach. 


Ale serio, takie włosy u faceta są niemoralne, sprzeciwiam się *patrzy na swoje nędzne pióra*

czwartek, 23 października 2014

Problem Lewisa, czyli Narnia po raz pierwszy

Wielbiciele C. S. Lewisa mają w życiu pod górkę. Z jednej strony są mu wdzięczni za kreację magicznego, baśniowego świata ich dzieciństwa, z drugiej strony nie mogą przymknąć oczu na to, co wyprawia ze swoimi własnymi postaciami. Wybaczcie, że zacznę od wyciągnięcia najcięższej artylerii, czyli przetłumaczenia eseju Davida Colberta, antropologa kultury i autora Magicznych światów Narnii (napisał również Magiczne światy Harry’ego Pottera i Magiczne światy Władcy Pierścieni). Po udzieleniu odpowiedzi na wiele pytań frapujących fanów Narnii, Colbert przechodzi do posłowia, pytając przewrotnie czytelnika:

Dlaczego ktokolwiek miałby nienawidzić Narnii?

Rozwinięciu tego pytania towarzyszy rozległy background biograficzny Lewisa – to prawda, że Lewis był neofitą, nawróconym na chrześcijaństwo, zresztą przez swojego najlepszego przyjaciela, Tolkiena w jedną noc. Nie mam pojęcia, czy można tu mówić o nawróceniu szczerym, na pewno można jednak mówić o nawróceniu gorliwym – wystarczy tylko spojrzeć na to, co kryje się w Narnii (swoją szosą, ideologia chrześcijańska przebijająca przez baśniową otoczkę, nie przeszkadza mi, jako jednej z nielicznych, do dzisiaj). Colbert dodaje do tego swoje trzy grosze:

[Lewis] jest często uważany za otwartego chrześcijanina, podkreślając wiarę typową dla większości odnóg chrześcijaństwa. Czy to prawda? Czy taka jest Narnia?
Niestety, dowody są niepokojące. Lewis był zdolny do podziwu godnego szerzenia swoich osobistych przekonań i poglądów. Ale potrafił również być okrutny dla ludzi o innych ideologiach lub choćby dla tych, którzy wyglądali inaczej. Na przykład, Chińczyków nazywał „kitajcami” i dla niego byli „ludźmi (lub ledwo ludźmi) w samej formie, lecz nic poza tym”. Gdy jego brat, Warren, przebywając w Chinach, narzekał w korespondencji, iż „niemożliwym jest wyobrazić sobie te odrażające kreatury jako ludzi lub nawet zwierzęta”, Lewis przyznał mu rację w słowach, których nie należałoby się spodziewać od autora Narnii: „Nie mogę pozbyć się wrażenia, że skoro ludzie są tak odmienni od siebie, nie mogą pochodzić z jednego gatunku”.



Mówiąc o moich własnych zaskoczeniach, długo nie spodziewałam się, że „czarniawy” w odniesieniu do Kalormeńczyków (dla tych, którzy Narnii nie znają, albo ją zapomnieli, Kalormeńczycy to naród oparty na ludności arabskiej, tak w wyglądzie, jak i w kulturze) tak łagodnie potraktowany przez tłumacza, w oryginale brzmi „darkie” i ma silne nacechowanie rasistowskie (jako dzieciak, czytając Ostatnią Bitwę, apokaliptyczną wizję końca Narnii, myślałam, że chodzi o kolor włosów, jako że Kalormeńczycy z reguły byli brunetami). Z drugiej strony mamy Narnijczyków o jasnych włosach i skórze, przybyłych z Północy, na wzór szlachetnych wojowników z nordyckich sag. Lewis sam nie widzi tego, co pisze, i dwa pozytywne przykłady na cały naród – Tarkiina Arawis, bodaj moja najukochańsza postać żeńska u Lewisa i Emet, który wierzy w Aslana, to trochę mało. (zastanawiam się swoją drogą, czy nadanie tej postaci imienia w języku hebrajskim („emeth” – „prawda”) osłodziło Lewisowi nieco stworzenie tego bohatera, jako że judaizm ma wspólne korzenie z chrześcijaństwem (pytam z sarkazmem). Reszta Kalormeńczyków zachowuje się i wygląda, jakby wyszła z ówczesnych rysunków satyrycznych, mówiąc nazbyt kwiecistym językiem, czcząc nieodpowiednie bóstwa (przyznajmy prawdę: każdy Kalormeńczyk to poganin lub czciciel Szatana, do wyboru), zachowując się w służalczy, pełen pogardy sposób, będąc tchórzliwą i głupią. Koniec i kropka. Gdzie tam czarnym Kalormeńczykom do jasnookich, szlachetnych północnych bohaterów, prawda. A pfe.



No i jest jeszcze Zuzanna, jedna czwarta oryginalnego angielskiego rodzeństwa, które dostąpiło szczęścia przejścia przez Starą Szafę i znalazło się w Narnii. O Zuzannie i potraktowaniu postaci Zuzanny Pevensie (w tym momencie sięgam na półkę z książkami w poszukiwaniu odpowiedniego cytatu) fani Narnii napisali tomy. Nawet tym najzagorzalszym, zdolnym jeszcze bronić autora cyklu, to, co stało się z Zuzanną, wydaje się nieprawdopodobne:

- Panie – powiedział Tirian, gdy przywitał się ze wszystkimi – jeżeli dobrze znam nasze kroniki, to kogoś tutaj brakuje. Czyż wasza królewska mość nie ma dwóch sióstr? Gdzie jest królowa Zuzanna?
- Moja siostra Zuzanna – odparł Piotr z powagą – nie należy już do przyjaciół Narnii.
- Tak – dodał Eustachy. – A kiedy próbuje się porozmawiać z nią o Narnii, mówi: „Jaką macie wspaniałą pamięć! Ale to niemożliwe, żebyście wciąż myśleli o tych wszystkich śmiesznych rzeczach, w które się bawiliśmy, gdy byliśmy dziećmi!”
- Och ta Zuzanna – westchnęła Julia. – Teraz interesują ją tylko nylonowe pończochy, szminki i zaproszenia na przyjęcia. Zawsze strasznie chciała być dorosła.
- Dorosła, w tym rzecz – rzekła Łucja. – Chciałabym, żeby wreszcie DOROSŁA. Zmarnowała lata szkolne, myśląc tylko o tym, żeby wreszcie być dorosła, a teraz zmarnuje resztę życia, starając się zatrzymać czas. To jej recepta na życie: przebiec ten najgłupszy dystans jak najszybciej, a potem zatrzymać się na tak długo, jak można.
- No dobrze, ale nie mówmy teraz o tym – powiedział Piotr. – Spójrzcie! Jakie wspaniałe drzewa! Spróbujmy tych owoców.

 Nie mówmy o tym, jasne. Założę się, że dziewczyna cierpiała w tym momencie na szalony atak czkawki.
Jak wspominałam, o „problemie Zuzanny” mówi się szeroko w fandomie narnijskim, próbując choćby przez nieoficjalną twórczość naprawić to, co uczynił Lewis. Wygnanie Zuzanny, z ujmijmy to bardziej biblijnie, raju za to, że jako dorosła kobieta polubiła nylony, flirt i makijaż, brzmi okrutnie, nawet jeżeli w poprzednich częściach Narnii Lewis dawał do zrozumienia, że Zuzanna ma najbardziej praktyczny i chwiejny teologicznie charakter z całej czwórki rodzeństwa. Co więcej, Lewis nie ratuje Zuzanny – nie ma ona kolejnej szansy na odkupienie jak jej młodszy brat, Edmund, „zdrajca, który się poprawił”; dobry lew Aslan nie zjawia się, żeby wybawić ją od smoczej skóry jak jej kuzyna Eustachego. Zuzanna pozostaje samotnie w angielskim świecie, co jest jeszcze bardziej okrutne, patrząc na to, jak kończy się narnijska seria.


Tak jakby kogoś tu brakowało... 


Przeczytałam mnóstwo fanfiction skupiających się na problemie Zuzanny, tych oficjalnych, za lubienie których fandom prawie przeklął mnie i pchły moje do siódmego pokolenia, tych anonimowych, które wahają się od gorzkiego realizmu magicznego do sielankowego znalezienia się Zuzanny-staruszki przed nową starą szafą, w której znajduje Aslana, złocistego w glorii i chwale. Zostawiając chrześcijańskie metafory na boku, najbardziej drażni mnie chyba fakt, dlaczego Zuzanna została odepchnięta przez Aslana – nylony i szminki nie są dla mnie wystarczającym powodem. A miłosierny Aslan po latach wydaje się być Bogiem Purytan – bezlitosnym i niewybaczającym. 

niedziela, 19 października 2014

Hej, Fagin! czyli opowieść Żyda



Charles Dickens wkroczył w moje życie, kiedy miałam zaledwie osiem lat, a w telewizji puszczali ekranizację jednej z jego najbardziej znanych powieści – Davida Copperfielda (tę jedyną słuszną, z Paulem Bettanym tuż po szkole aktorskiej w roli Steerfortha; tę, która w późniejszych latach zlała mi się w jedno z adaptacją, gdzie małym Davy’m był równie mały Daniel Radcliffe, a pamiętną ciotką wspomnianego fenomenalna Maggie Smith, królowa brytyjskiego kina). Zafascynowana historią Davida Copperfielda, zażyczyłam sobie przeczytać książkę, którą na nieszczęście mieliśmy, w dwóch słusznych tomach i odtąd moja miłość do Dickensa płynie falą umiarkowaną, acz niepowstrzymaną. Nie wiem, czy to dlatego, że Dickens wprost kapitalnie przekładał na karty powieści różnorodność społeczeństwa zaludniającego Anglię, czy dlatego, że moja wewnętrzna drama queen pożądała ckliwych opowieści o porzuconych sierotkach, przez bibliografię Dickensa przebiłam się niczym torpeda (część z tych lektur nadrabiając jeszcze na studiach). I chociaż moją ukochaną postacią pozostanie po wsze czasy David Copperfield, jednej z pozycji spod pióra Dickensa nie tknęłam do tej pory. Jest nią Oliver Twist.

Sama nie wiem, dlaczego nie sięgnęłam po Olivera w wersji książkowej – wystarczyły mi dwie ekranizacje – jedna aktorska, druga animowana, nazwana zresztą Hej, Oliver!, stąd też tytuł notki. Wydaje mi się, że uznałam po prostu, że historia chłopca wychowywanego w sierocińcu – a przecież to zaledwie ułamek prawdy! – zbyt powtarza schemat Davida, oddanego przez pana Murdstone’a do fabryki na poniewierkę i nędzę (zresztą przyznajmy sami, zarówno David jak i Oliver pełnili funkcje uświadamiające, podobnie jak Nędznicy Hugo w ówczesnej Francji, jak ciężkie jest życie sierot, wykorzystywanych ponad wiek i siły.) Nie chcę jednak rozkładać dzisiaj twórczości dickensowskiej na czynniki pierwsze – chcę natomiast skupić się na retellingu Olivera autorstwa Willa Eisnera (tak, tego Eisnera od Nagrody Eisnera) pt. Żyd Fagin.



Żyd Fagin to nie do końca komiks – to już powieść graficzna, utrzymana w subtelnie rozmytych szarościach, rysowana kreską karykaturzysty (równie ostro, jak Dickens portretował swoje oryginalne postacie). Przyświeca mu jednak inny cel niż ten autora Olivera – Eisner pragnie odczarować Fagina z powieści, dając mu jego własną historię, nieszczęsną i o wiele bardziej interesującą niż historia jego podopiecznego. Przypomnijmy – Żyd Fagin jest w Oliverze Twiście postacią mroczną i skrajnie negatywną – sprowadza na złą drogę małych londyńskich uliczników, wykorzystując ich do niecnych celów – kradzież, rozbój, czasem nawet morderstwa – w zamian za wikt i opierunek. Jednym z jego chłopców staje się w pewnym momencie także i Twist – odmalowany przez Eisnera ironicznie jako blondwłose pacholę o wyglądzie aniołka, które jest skupione wyłącznie na ważności własnej osoby i na własnej historii (o egoizmie Twista można mówić najwięcej w chwili, kiedy spotyka Fagina po raz ostatni w jego celi śmierci i pyta gorączkowo Faginie, gdzie jest mój medalion?! nie zwracając w ogóle uwagi na modlącego się w rozpaczy starego opiekuna). Eisner, pewnie z racji własnego pochodzenia i zarzutów w stronę Dickensa – zarzutów uzasadnionych, ale o tym za moment – ma dla Fagina więcej wyrozumiałości. Fagin Eisnera nie ma przesadnych, semickich rysów, jak u Dickensa, nie ma odrażającej twarzy jak w jego opisach, wygląda raczej jak dobrotliwy wujaszek odziany w łachmany i podobnie się zresztą zachowuje – pojęcia nie mam, czy było to zamierzone i czy jest w powieści, ale kontrast pomiędzy wydzielaniem jedzenia w przytułku, a jowialnym Jedz, ile dusza zapragnie, chłopcze! Fagina sprawił, że się uśmiechnęłam. Co więcej, Faginowi Eisnera można i należy współczuć – zaledwie na ponad stu kartach komiksu zostaje po kolei sierotą, odrzuconym kochankiem, wygnańcem, niewolnikiem, żebrakiem, samotnikiem, ofiarą oraz skazańcem – dużo tego jak na jednego człowieka. Dickens nie pozwala na współczucie odnośnie Fagina – tylko przy pożegnaniu Fagin odstaje szansę, by odkupić swe winy i rzeczywiście to robi, wyjawiając Oliverowi, gdzie znajduje się tajemniczy medalion i otwierając mu drogę do szczęśliwego życia. Ale na tym jego rola w powieści się kończy.



Fagin Cruikshanksa (ilustratora Olivera Twista) i Fagin Eisnera. Tak dla porównania.


Co do wspomnianych zarzutów – pomimo mojej całej miłości do Dickensa (serio, miłości, bez niej nie obejrzałabym z pewnością Doktora Who, bo zjadające ludzi śmietniki nie do końca do mnie przemówiły) – nie można im odmówić słuszności. Mimo, że Dickens sam twierdził, że nie jest antysemitą, kontynuuje mit Shylocka obecny w kulturze anglosaskiej (znów przypomnijmy: Shylock to wredny Żyd z Kupca weneckiego Szekspira, zagrany PRZEGENIALNIE przez Ala Pacino w ekranizacji tejże sztuki, jak nie widzieliście, marsz obejrzeć). Wiele o Faginie i wizji żydowskiej społeczności w oczach Dickensa można dowiedzieć się w popartym źródłami posłowiu autorstwa Eisnera, tłumaczącym na przykład, skąd wziął się tak niestereotypowy wygląd jego wersji bohatera, oraz jak uprzedzenia Dickensa mają się do murzyńskiego chłopca Ebony’ego z poprzednich prac Eisnera (okazuje się bowiem, że nikt nie jest wolny od uprzedzeń). Posłowie Eisnera wypełniają również portrety Żydów z okresu wiktoriańskiego – większość z nich mogłaby znaleźć się na nazistowskich plakatach propagandowych i nikt nie zauważyłby różnicy. Tak czy siak, Eisner czyni Faginowi olbrzymią przysługę, czerpiąc zarówno z oryginalnego dzieła Dickensa jak i  z własnych doświadczeń emigranta, nadając mu głębię i szlachetność, których Dickens, nawet zarzucony listami ze skargą od przedstawicieli wyższej klasy społecznej, w której znajdowali się i Semici, zmienić nie potrafił. Pomimo, że do należytego docenienia powieści graficznej niezbędna jest znajomość historii Olivera Twista, opowieść Mojżesza Fagina sama w sobie potrafi zachwycić i wciągnąć aż do samego końca.


sobota, 18 października 2014

Radosna twórczość: Codzienny septet

Nigdy nie zamierzałam publikować tu swoich tekstów, tekstów, które zawierają mnie więcej, niż wypada w publicznie dostępnej wirtualnej Sieci, jednak chyba zrobię wyjątek. Fragmenty poniższego opowiadania (powstałego zresztą na pojedynek literacki na Forum Mirriel) przedstawiłam na warsztatach literackich tegorocznej Avangardy. Od tamtej pory do niego nie zaglądałam. A teraz - teraz znów wyciągam je na wierzch. Wszystko zaczęło się od poniższego rysunku, znalezionego tu. Niektóre postaci pozostały sobą (Środa i Poniedziałek), niektóre zmieniły miejsca, niektóre napisałam zupełnie na nowo.



Codzienny septet


1.Poniedziałek

To nie tak, że nie wiedział, że za nim nie przepadają. Po prostu nauczył się to ignorować. W każdej rodzinie znajdzie się jedna czarna owca, pocieszał się czasami, i akurat wypadło na ciebie. Tak bywa. Nie ma problemu. Nie brzmiało to szczególnie przekonująco, ale musiało wystarczyć.
Zatrzymał się przed przypadkową wystawą sklepową – na zakurzonym, butelkowozielonym welurze rozstawiono lampy, zastanawiał się, czy mają tyle lat, na ile wyglądają, jeśli tak, to żarówki w ich wnętrzach musiały przepalić się z przyczyn naturalnych, tak samo, jak zastyga serce starego człowieka – i popatrzył na siebie. Nie robił tego często, nie był lalusiem, jak jego młodszy brat, nie mizdrzył się w lustrze jak siostra, co tydzień wkładał to samo ubranie – czarny garnitur, krawat w odcieniu winnej czerwieni i jesienny, jasnobeżowy prochowiec i szedł przez ulice. Nie zatrzymywał się; nie było po co. To znaczy – nie zatrzymywał się do teraz. Świat się zmienia. Tak przynajmniej mówią.
Zobaczył bladą ptasią twarz o haczykowatym nosie i dużych, ciemnych oczach, w kącikach ust rysowały się wyraźnie bruzdy. Włosy, czarne jak sadza, miał zaczesane do tyłu, prawdziwy dżentelmen starej daty. Tylko że nie był stary. Nie tak naprawdę. No dobrze, był najstarszy z całej Siódemki, to on zaczynał i to od niego zaczynano. Nie mogli się bez niego obejść, nieważne co mówił Piątek. Wąskie wargi wygięły się w minimalnym uśmiechu.
- Nienawidzę poniedziałku – usłyszał za swoimi plecami powtórzone słowa brata i w jednej chwili wyprężył się, jakby poraził go prąd. Młody mężczyzna za jego plecami naciągnął na głowę kaptur szarej bluzy, wtapiając się w monotonne barwy ulicy niczym posąg, który właśnie zstąpił z cokołu. Nie widział jego twarzy. Tylko ognisty kontrapunkt papierosa w jego ustach oznaczał, że w rzeczywistości był żywy.
Postarał się, żeby go nie zauważył, przenikając na drugą stronę szyby, jak niewydarzona Alicja, a może raczej cień Aladyna, bo znalazł się pomiędzy starymi lampami. W jednym z abażurów brzęczała mucha, słyszał jej ciało, obijające się o chłodną żarówkę. Mężczyzna dotarł już niemal na róg ulicy, kuląc się przed zimnem. Poruszał się w dziwaczny, kaczkowaty sposób, jakby kiedyś miał złamaną nogę, która nigdy nie powróciła do stanu sprzed wypadku. Delikatnie zajrzał do głowy człowieka. Ach tak. Teraz widział. Trzy lata temu wpadł pod samochód, skończyło się na skomplikowanym złamaniu z przemieszczeniem, do pełnego powrotu do zdrowia potrzebna była systematyczna rehabilitacja, którą zaniedbał. Zacisnął mocniej powieki. Gdzieś w burzy szoku, bólu i przerażenia odszukał dziewczęcą twarz. Poczuł mocniejsze bicie serca, dziewczyna siedziała za kierownicą, w jej ciepłych, kasztanowatych włosach migotały odłamki szkła z wybitej przedniej szyby, rogowe okulary zaparowały od niesprawnej klimatyzacji. Zobaczył ją jeszcze raz na sterylnym szpitalnym korytarzu. I jeszcze raz. I jeszcze. Otworzył oczy, pokręcił smutno głową. Ludzie są bardzo głupi.
Pozwolił, żeby młody człowiek poczuł jego obecność – deszcz, dym i smog nad miastem; nie była to szczególnie fortunna mieszanka, ale należała do niego – i nie pozwolił mu skręcić w prawo, zmuszając do przejścia przez ulicę. Gdy z powrotem przenikał przez szybę, zobaczył ich, jego z odsłoniętą głową – a więc był blondynem – i ją, niezręcznie poprawiającą okulary. Kiedy ich mijał, ruszając dalej, doleciał go strzęp rozmowy.
- Zawsze lubiłam poniedziałki. Przynoszą szansę na zmiany.
Poniedziałek uśmiechnął się. Tym razem zupełnie szczerze.
- Ja też – powiedział do siebie. – Ja też je lubię.

2.Wtorek

Od jakiegoś czasu kazał nazywać się Martes, co, jak oznajmiła Środa, było totalnym idiotyzmem, bo przecież ich nie obejmują żadne bariery językowe i nie było żadnego sensu zapisywać się na kurs hiszpańskiego. Reszta rodziny przyznała jej rację, wzruszając jednak ramionami i przechodząc nad tym faktem do porządku dziennego.
- Minie mu – oznajmiła Sobota lekceważąco, nasuwając na nos ciemne okulary, pod którymi ukrywała światłowstręt i skutki wczorajszego kaca. – Zawsze mu mija. – A potem poszła się jeszcze położyć.
Pozostali członkowie rodziny także się rozeszli, zostawiając Wtorka rozpartego na krześle, z nogami na kuchennym stole zajadającego słodkie płatki na mleku i oglądającego poranne powtórki talk-showów. Puścił ich słowa mimo uszu. Mieli trochę racji, to prawda – Wtorek szybko się nudził, w tamtym tygodniu zaczął naukę hiszpańskiego, jeszcze w ubiegłym chodził na taniec towarzyski, obecny przyniósł ze sobą nową obsesję, jaką były talk-showy. Oczarowywali go ludzie zamknięci w pudełku ze szklaną szybką. Byli tak bardzo inni.
- To po to, żeby ich lepiej poznać – Wyjaśniał Czwartkowi, nieśmiałemu i milczącemu jak zwykle, jedynej osobie, która chciała go słuchać. – Im więcej oglądam, tym bardziej rozumiem – mówił ze znacznie większą pewnością siebie niż czuł naprawdę i podkręcał głośnik na full. Tak naprawdę nie rozumiał nic. Dlaczego ci wszyscy ludzie przychodzili do studia, jasno oświetlonego reflektorami i ofiarowywali swoje problemy i sekrety prowadzącej o ciężkich, umalowanych powiekach, szkarłatnych ustach i z egipską grzywką á la Kleopatra Elizabeth Taylor? Kiedy zachłystywali się własnymi słowami, obnażając publicznie, szlochając w chusteczki, gospodyni programu patrzyła na nich wyrozumiale. Była jednocześnie odrażająca i fascynująca, niczym akolitka zachłannego potwora, pożerającego swoich wyznawców. Wtorek sam nie wiedział, kiedy wpadł w jej sidła. Patrząc na nią, pragnął jeszcze bardziej stać się czymś ciekawszym, niż dniem łączącym początek i środek tygodnia, nudnawym pomostem pomiędzy bratem a siostrą.
Dowiedział się, że na imię ma Annabel Greets i że wychodzi ze studia tuż po nagraniu, czyli po ósmej wieczorem. Był początek grudnia, ściemniało się szybko, wiał wiatr i zacinało najgorzej jak tylko może; paskudną mieszanką brudnego deszczu z roztopionym śniegiem. Studio telewizyjne mieściło się po drugiej stronie miasta, ale i tak pojechał. Musiał ją poznać. Wyobrażał sobie duszący zapach jej perfum, jej zmysłowy głos, którym na ekranie pocieszała przybyłych uczestników, wąską, ostro zarysowaną talię i przyszło mu do głowy, że mimo swojego wieku jest jeszcze bardzo młody. Poczuł, jak na policzki wypływa mu wstydliwy, krwisty rumieniec i wydało mu się, że obserwują go wszyscy ludzie w autobusie. Spróbował zakryć twarz szalikiem.
Przystanek autobusowy znajdował się tuż obok studia, ale i tak zdziwił się, wpadając na nią niemal natychmiast; otuloną ciepłym czarnym płaszczem z futrzanym kołnierzem. Po głowie tłukło mu się, że jest szczęśliwy jak wariat, że kołnierz to prawdziwe lisy – miał dobry węch, wszyscy w jego rodzinie mieli dobry węch, umiał rozpoznać lisią krew – i że powinien coś powiedzieć. Popatrzyła na niego, unosząc wysoko wyskubane brwi i nagle zobaczył  siebie jej oczami – podrostka o dużych, ciemnych oczach i gęstych brązowych włosach, z krzywym, niezręcznym uśmiechem, kulącego się z zimna. Wiedział też, że rozczaruje się, gdy tylko usłyszy jej głos, bo podkładała go za nią inna aktorka, że lisowy kołnierz ma po matce, że od pół roku zalega z czynszem i że wysłuchiwanie tych samych bzdur co wieczór śmiertelnie ją nudzi. Postanowił jej tego oszczędzić. Ukłonił się więc bez słowa i zniknął, pozostawiając po sobie woń kawy, whisky i świeżej pościeli.

3. Środa

Przedstawiła mi się jako Panna Wednesday. Pomyślałem, że to dziwny sceniczny pseudonim, ale śpiewała pięknie. Miała wspaniały, studzienny głos, taki, jak spotyka się u niektórych czarnoskórych wokalistek, stworzony do jazzu i bluesa, jednak nie wykorzystywała go w pełni. Od swingujących rytmów wprost z Nowego Orleanu wolała dziwaczne rymowanki utrzymane w lekkiej aranżacji gdzieś z pogranicza gatunków. Jedyna zwrotka, jaką zapamiętałem – prawdopodobnie ostatnia, tylko tak mogła nie zatrzeć się całkowicie w mej pamięci – brzmiała:
A w niedzielę urodzone,
Dziecko szczęścia złotowłose,
Pójdzie w słuszną świata stronę,
Tam, gdzie nogi je poniosą.
Kiedy skończyła, ukłoniła się przesadnie, długie rudoblond włosy tańczyły wokół jej głowy jak kołyszące się węże i zeszła ze sceny podczas burzy oklasków. To wtedy właśnie odważyłem się zaproponować jej drinka. Przyjęła propozycję z wdzięcznym uśmiechem, puściła do mnie oczko, oczy miała czerwonawe jak łupina cebuli.
- Strasznie zaschło mi w gardle – wyznała z rozbrajającą szczerością. – To nie takie łatwe, na jakie wygląda.
Wybrała zielonkawe mohito, które zostawiło na jej ustach smak mięty – sprawdziłem to osobiście, pocałunek był jednak pozbawiony pasji, bardziej jak braterskie cmoknięcie niż zaproszenie do czegoś więcej. Rozmawialiśmy o muzyce, Gwiezdnych Wojnach – oglądała wszystkie części, co też mnie zdumiało, wyższości Moneta nad Renoirem i o tym, czy w lutym warto jeździć na Teneryfę. Wyznałem, że nigdy tam nie byłem. Pokiwała głową, przesuwając palcem po brzegu stożkowatego kieliszka. Wyglądała, jakby miała ochotę go rozbić na milion kawałków. Zamiast tego jednak zostawiła drinka w spokoju i spojrzała na mnie. Oczy miała smutne, zupełnie inaczej niż na scenie. Nagle, jakby ktoś zdmuchnął smutek z jej twarzy, roześmiała się. W powietrzu unosiła się woń jaśminu, karmelu i brzoskwiniowego wina.
- Byłam najlepsza – powiedziała pewnie, jakby chciała mi coś udowodnić. Zupełnie niepotrzebnie. Widziałem, że była najlepsza i zaraz jej to powiedziałem.
- Inaczej nie siedziałabyś tu dzisiaj ze mną – dodałem i powiedziałem coś o swojej pracy, o wyławianiu z przeciętnego tłumu młodych talentów. Wzruszyła nonszalancko ramionami, jakby nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Stropiłem się. Do tego nie byłem przyzwyczajony.
- Może gdybyś zmieniła nieco repertuar, mógłbym załatwić ci koncert – zacząłem delikatnie.
Popatrzyła na mnie poważnie, oblizała wargi z resztek mohito. Przez chwilę myślałem, że się zgodzi.
- Pamiętasz tę młodą dziewczynę, którą znalazłeś na ulicy przy Placu Czerwonym? Miała na imię Katiusza, oczy jak dwa węgielki i włosy jak czarna przędza. Ją także wyłowiłeś z tłumu. Śpiewała jak słowik, śpiewała w knajpach i na profesjonalnych scenach, śpiewała acapella i do muzyki, śpiewała jak jej zagrałeś – mówiła szybko, a jej słowa niemal składały się w melodię. – Zabrałeś ją w tournee po Europie, pokazałeś świat. – Jej głos był obojętny. – To takie wspaniałomyślne, pozwolić jej zostawić dawne życie za sobą. Byłeś taki miły, obiecałeś, że będzie mogła przyjeżdżać do matki w przerwach między koncertami, chociaż wiedziałeś, że nie da rady. Że wciągną ją szampan i pochlebstwa, że zniknie pod makijażem. Czy przypuszczałeś, że zaćpa się w hotelu w Paryżu, tuż przed podpisaniem kontraktu, który byłby bardziej korzystny dla ciebie niż dla niej? – twarz Panny Wednesday – do dzisiaj nie znam jej prawdziwego imienia – znalazła się blisko mojej. Pstrykała palcami w rytmie niesłyszalnej piosenki, pamiętam to dobrze.
- Nie, dziękuję. – powiedziała stanowczo, jej oczy lśniły w półmroku niczym rubiny. – Pozwolę ci nie pamiętać tej rozmowy, aż do czasu, kiedy znajdziesz następną taką jak my. – Wstała od stolika, jej szerokie biodra i masywne uda znalazły się tuż przed moją twarzą, okryte dżinsowymi szortami i kołyszące się apetycznie. - Dobranoc. – Błysnęła w moją stronę uśmiechem i wyszła na zewnątrz. Nigdy więcej jej nie spotkałem.
Wczoraj wpadłem na Christy. Śpiewała pięknie, miała głos cudowny do lirycznych ballad pełnych smutku. Niestety, nie mogłem z nią porozmawiać. Nie wiedzieć czemu gardło miałem jak zasznurowane, a po chwili walki z samym sobą uświadomiłem sobie, że płaczę.

4. Czwartek

Czwartek lubił szkatułki. Szkatułki były miejscem, gdzie łatwo było coś ukryć i przechować, jak na przykład złe wspomnienia, brzydkie sekrety albo myśli, o których nie można nikomu powiedzieć. Sam Czwartek też był trochę jak szkatułka – wciąż milczący, pachnący drewnem sandałowym, kurzem i niewietrzonymi kartami książek, pomiędzy którymi zastygł tusz. Prawdę powiedziawszy, Rodzina traktowała go jak opóźnionego w rozwoju i to nie dlatego, że z natury był nieskomplikowany i raczej pogodny. Czwartek naprawdę mało się odzywał, dużo za to obserwował i przez to był niebezpieczny. Starsze rodzeństwo wolało się do niego nie zbliżać. Odszczepieniec pośród odmieńców – oto, kim  był Czwartek i nikt nie kwapił się, żeby przerwać ten stan rzeczy, bo pasowało to zarówno samemu zainteresowanemu jak i reszcie rodziny.
Nikt z wyjątkiem Piątka.
Piątek zajrzał do jego pokoju wieczorem, wybijając sobie tylko znajomy rytm na futrynie drzwi. Miał na sobie jak zwykle koszulę w dużą, czarno-białą kratę i poszarpane dżinsy, jasne włosy przytrzymywały przeciwsłoneczne okulary, chociaż za oknem panował już mrok.
- Masz – mruknął Piątek i rzucił w jego stronę niewielkie kartonowe pudełko. Czwartek odpakował je bez słowa, modląc się do wszystkich znanych mu bóstw, żeby w przypadku istoty żywej była to raczej złota rybka niż jadowity wąż. Znał Piątka. W środku była szkatułka, z ciemnego drewna, rzeźbiona w szczęśliwe słonie i zamykana na mosiężny haczyk. Z drugiej strony wieczka przyklejone było lusterko i Czwartek zobaczył swoją własną piegowatą twarz Irlandczyka (tak przynajmniej twierdziła Środa), zielone oczy i burzę skręconych włosów.
- Dziękuję bardzo – powiedział w końcu, trochę oszołomiony. – Czy to jakiś podstęp? – spytał podejrzliwie. Siódemka wyśmiewała jego manię zbierania skrzyneczek od wieków. Piątek uniósł do góry oczy. Rzucił się z impetem na zaścielony tapczan, łóżko zaskrzypiało jękliwie pod jego ciężarem.
- Uspokój się, dobra?! Przecież wiem, że je zbierasz, więc kiedy ten stary Hindus mi ją oddał, od razu pomyślałem o tobie.
- Jaki znowu Hindus? – Czwartek zmarszczył brwi, udając że się nie cieszy. Kasetka była piękna, ciepła w dotyku i już zaczął krążyć myślami wokół tego, co będzie mógł w niej schować. Piątek pociągnął go za rękę na tapczan, jego przejrzyste oczy w blasku lampy błyszczały bardziej niż zazwyczaj.
- Daleko, pośród pustynnych piasków kiedyś trafiłem na Hindusa, odzianego w biel, pomarszczony był jak suszona śliwka, zawierzył mi za własne życie tę oto szkatułkę. Może to był ifryt o oczach jak złoto? Może dżin przeklęty, co własne więzienie komuś chciał ofiarować, by odzyskać wolność… - zaczął recytować Piątek w osobliwym metrum półwiersza.
- Jesteś pijany. – Spróbował się wyrwać.
- Zostań – oddech brata na jego szyi był trzeźwy, gorący i wilgotny jak monsun. – Zostań, ja przecież wiem, ja cię znam, mnie nie oszukasz. Nie musisz.
Czwartek zesztywniał, zezując gdzieś w bok, obok głowy brata. Kiedy Piątek znów przemówił, jego głos zmiękł nieznacznie.
- Chciałem ci opowiedzieć historię. Szkatułkową. Ale widzę, że to nie był dobry pomysł. – Roześmiał się niezręcznie, przeczesując palcami bujną czuprynę. Zabrał też rękę, Czwartek poczuł, że jego nadgarstek jest chłodny i nagi, jak nigdy w życiu.
- Masz szczęście – mruknął, próbując wrócić do normalności. To nie było łatwe. – Musiałbyś ciągnąć te opowieści przez tysiąc i jedną noc, a ja knułbym, jak obciąć ci głowę.
- Brzmi interesująco. Zawsze lubiłem ryzyko. – Czwartek szarpnął głową, aż sprężyny włosów opadły mu na oczy. Serce łomotało mu tak szybko, że bał się, że wypadnie, w uszach pulsowała mu krew, a w głowie kołatała się jedna myśl.
Nie możemy.
Dopiero kiedy Piątek pocałował go w stylu starych, kiczowatych filmów, które sam wielokrotnie wyśmiewał, zrozumiał, że mogą i że już wie, co schowa w najnowszej szkatułce.

5. Piątek

 - Ludzie oczekują cudów. To stara prawda.
Budynek przypominał obdrapaną kostkę Rubika; solidny sześcian tynku spod którego tu i ówdzie wyłaziły rudoczerwone cegły, upstrzony zaciekami po licznych deszczach i popękany ze starości. Po jednej ścianie leniwie piął się bluszcz, zbyt suchy, żeby mógł być piękny. Nad drzwiami – były drewniane i ciągle mokre, zbutwiałe od wilgoci – widniał fioletowo-złoty napis: CUDA, DZIWY I FANTASMAGORIE. WEJDŹ, JEŚLI SIĘ ODWARZYSZ. Było mdłe piątkowe przedpołudnie. W słonecznym, świeżym powietrzu dało czuć się tajemnicę. Tłumek ludzi, czekający przed wejściem przytupywał – nie wiadomo, czy z zimna, czy ze zniecierpliwienia. Każdy w dłoni trzymał ulotkę wydrukowaną na barwnym, błyszczącym papierze. Niektórzy spoglądali na zegarek.
- Spóźnia się! – indyczył się tęgi, nalany na twarzy mężczyzna o wyglądzie bankiera-nieudacznika. – Za dwie godziny mam konferencję! To kpina!
- Nie można mu zarzucić, że jest perfekcyjnie wykształcony – zauważyła szczupła kobieta, z ciemnymi włosami upiętymi w kok rosyjskiej primabaleriny. Dystyngowanie wypuściła z ust kółeczko siwego dymu i strzepnęła popiół cygaretki na trawę. – Wystarczy tylko zerknąć na ten szyld.
- Podobno obiecuje cuda! – gorączkowała się grupka piętnastolatek, wyrywając sobie folder.
- Ja tam mu nie wierzę – mruknęła do nich dwudziestoparoletnia miłośniczka piercingu i strzeliła balonem z gumy do żucia. Stojący nieopodal długowłosy chłopak skwitował jej wypowiedź krótkim - Idiotka – i wrócił do czytania starego numeru Batmana.
W tym momencie drzwi skrzypnęły zapraszająco i pojawił się w nich mężczyzna w nieokreślonym wieku; na widok przybyłych uśmiechnął półgębkiem. Usta miał wąskie, czerwone, niemal kobiece. Grzywa gęstych, jasnych włosów opadała mu na szare oczy, odgarnął ją szybkim dmuchnięciem. Założone na piersi ręce rozplotły się.
- Wejdźcie… - kiwnął na przybyłych gościnnie. Głos miał niski i szemrzący jak potok. Ruszyli posłusznie za nim, potykając się i szurając nogami. Dom okazał się większy w środku, niż mogłoby się wydawać; ujrzeli bowiem okrąglą salę z rzędami krzeseł – było ich za dużo, setki, może nawet tysiące, na samym końcu pokoju – podłoga była niegdyś przepiękną szklaną mozaiką, teraz nie przypominała już nic pięknego – zbudowano scenę, ukrytą pod ciężką, czarną kotarą. Jedna z nastolatek zaczęła piszczeć, bo wydawało jej się, że dostrzegła rozmazane cienie wędrujące tam i z powrotem po ciemnym materiale, coś w rodzaju kotów czy też nietoperzy.
- Przysięgam, miało cztery nogi i skrzydła! – wykrzyknęła nerwowo, pocierając ramiona rękami.
- Panie i panowie! – zawołał niewzruszony Mistrz, wchodząc na scenę. W ciemnościach wyglądał zbyt zwyczajnie, skąpany w szarościach i błękitach swych ubrań. – Przedstawiam wam niepowtarzalną okazję wędrówki po peryferiach swych uczuć, podróży w głąb niespełnionych pragnień, włóczęgi na bezdrożach własnego psyche! Kto raz tu wszedł, wyjdzie odmieniony! Przed wami cudotwórca, eskulap ludzkich serc, wspaniały Victor Vendredi! – Mężczyzna rozejrzał się po zebranych, by dać do zrozumienia kim jest. Odpowiedziała mu cisza. Skrzywił się nieco z powodu braku aplauzu, wyjął skądś skrzypce – niektórzy mogli powiedzieć, że wzięły się z ciemności – i zaczął grać wariację Smooth Criminal Michaela Jacksona. Przy każdym refrenie wtórowały mu stłumione, widmowe głosy. W drugiej części zza jego pleców jak żywe anielskie skrzydła wyleciały białe gołębie, do ogonów miały przypięte długie migotliwe wstęgi w pastelowych barwach.
Annie, are okay, so, Annie are you okay, are you okay, Annie?
- Jakie to piękne – powiedział nagle bankier, ocierając łzy ręką mankietu. Nastolatki wyły frenetycznie w upojnym szale. Dwudziestolatka i fan komiksów całowali się, leżąc między siedzeniami. Balerina nie zauważyła, że wypaliła całą cygaretkę, skóra na jej policzkach napięła się do granic niemożliwości. W powietrzu niósł się zapach letnich nocy, sangrii i grejpfrutów.
Piosenka się skończyła i nagle wszystko znikło. Ludzie kołysali się w przód i w tył, rozpaczając nad tym, co było i odeszło, lub nad tym, czego nie było, a być mogło. Gdzieś daleko od miejsca przedstawienia, młody mężczyzna o lokach w kolorze karmelu zacmokał z niesmakiem.
- Lubisz bawić się ludźmi – wytknął mu Czwartek. Leżeli na starej, rozlatującej się kanapie. Zadowolony z siebie Piątek schował nos w zagłębieniu jego szyi. Jego pocałunek był krótki jak sierpniowa burza.
- Cóż mam na to poradzić. Ludzie oczekują cudów.

6. Sobota

Znów ten sam huk w głowie, jak co rano. Czasem stawało się to upierdliwe, trzeba przyznać.  Sobota usiadła na łóżku, przeciągnęła się i zaraz z powrotem opadła na poduszki. Zbyt duży t-shirt, w którym lubiła spać, zsunął się z jej ramienia. Sobota była drobna jak wróbel, czarnowłosa i – właśnie w tej chwili – bardzo, bardzo śpiąca.
Nie otwierając oczu, westchnęła donośnie, nabierając w płuca woń swojego pokoju – damskie perfumy, wanilię i wiśnie i zastanowiła się, czy byłaby inna, gdyby przypadło jej wczoraj lub jutro. Pewnie nie, pomyślała zrezygnowana, dziesiątki cieniutkich metalowych bransoletek opadły z jej ramienia aż do nadgarstka. Środa powtarzała jej, że jest za chuda, ale to była Środa – zawzięta z zewnątrz, krucha w środku, popaprana jak każdy inny z jej Rodziny. Sobota jednak lubiła ją najbardziej – starsza siostra balansowała na granicy uprzejmości i wredności lepiej niż ktokolwiek inny. Funkcjonowały na zasadzie rażącego kontrastu – wysoka i niska, tęga i chuda, jasna i ciemna, pracowita i leniwa. O tak, Środa jest bardzo pracowitym dniem, pomyślała Sobota ze znużeniem. Angażowała się cały czas w jakieś akcje, kursy, występy, pragnęła, żeby ja zauważono i kochano. Sobota nie umiała tego zrozumieć.
To mnie kochają bardziej, zrozumiała w nagłym, porannym przebłysku i zdecydowała się wcisnąć na nos okulary.  To mnie kochają bardziej, mimo, że mniej się staram i najchętniej wylegiwałabym się w łóżku cały dzień. Zwilżyła językiem spierzchnięte wargi. Bardzo chciało jej się pić. Kiedy się podniosła, zobaczyła starszą siostrę w odbiciu zwierciadła w stalowej ramie. Nie zaskoczyło jej to.
- Cześć.
- Przyniosłam ci zestaw na weltschmerz. – Środa postawiła na nocnej szafce tacę z dwoma kawami i jedną szklanką wody, w której powoli musowały tabletki. – Bardzo źle było wczoraj? – spytała ze sztucznym zainteresowaniem i prawdziwym współczuciem.
Sobota jęknęła głośno, podchodząc do lustra. Jej włosy przypominały aktualnie ptasie gniazdo, tusz i zmęczenie tworzyły pod oczami sine półksiężyce. Gorliwie sięgnęła po kawę.
- Nawet mi nie mów – mruknęła po kilku pospiesznych łykach. – Czy ja zawsze muszę naprawiać wszystko, co zrobi ten wariat? Dla niego ciągła beztroska i zabawa, dla mnie moralniaczek. Ugh. Słodziłaś to. Nienawidzę cukru. Straszna z ciebie wiedźma, wiesz?
Środa błysnęła złośliwym uśmiechem i podniosła do ust własny kubek.
- Do usług. A jeżeli mówimy już o Piątku… myślę, że na jakiś czas będziesz miała go z głowy. – Słowa te zabrzmiały tak poważnie, że przez chwilę chciała zapytać, co takiego tym razem zmalował ich brat, ale uznała, że woli nie wiedzieć. Niektóre informacje mogły poczekać. – I… naprawdę, siostra, nie narzekaj – mruknęła Środa ciszej niż powinna. Sobota chciała powiedzieć coś o przepraszaniu, coś o tym, jak podle się czuje co rano, kiedy głowa pęka jej w szwach i musi żałować za nieswoje błędy, ale się powstrzymała. Środa była niepewna, niczym drżący płomyk świecy, gotowy za chwilę zgasnąć i wiedziała to cała Siódemka. Rozstawianie przez nią po kątach pozostałych członków Rodziny było zaledwie kamuflażem dla tej bardziej wrażliwej twarzy. Sobota klapnęła na rozścielone łóżko i zaczepnie trąciła siostrę w ramię.
- Jak będziesz szła do tych swoich bezdomnych, daj mi znać. Przejdę się z to-oobą – obietnicę zagłuszyło ziewnięcie, ale Środa i tak wyczuła, że jest szczera. Popatrzyła na nią ucieszona.
- Naprawdę? Bo dzisiaj zamierzam iść do schroniska dla psów i…
- Powiedziałam: bezdomnych, nie kundli! Ale niech będzie, pójdźmy rozsiewać radość i szczęście – mruknęła, widząc rozczarowanie na twarzy siostry. – Tylko błagam cię, pozwól mi jeszcze pospać.

7. Niedziela

I jest jeszcze Niedziela.
Niedziela codziennie wstaje z pierwszymi promieniami słońca, plaskając bosymi stopami o chłodną podłogę, gdy jeszcze nie wiadomo, czy dzień będzie przyjazny i trzeba natychmiast to sprawdzić. Wygląda przez okno, wychylając się tak daleko, że niemal przez nie wypada, świat pachnie porannym powietrzem, a nikłe gwiazdy odchodzą za horyzont i nie można zgadnąć, czy to świt, czy jeszcze noc. I wtedy Niedziela śmieje się, odgarnia masę splątanych, brązowych włosów, mruży ślepka błękitne jak niezapominajki i pokazuje wiewiórcze ząbki.
Niedziela ma tylko pięć lat, już od bardzo, bardzo dawna.
Niedziela zbiega do kuchni, przeskakując co kilka stopni, o tej porze nikt w niej nie siedzi i tylko kran kapie rytmicznie – plum-plum-plum – swoją spokojną kołysankę. Pod pachą Niedziela niesie swojego nieodłącznego towarzysza, pluszowego szczura imieniem Parmezan. Kiedy okazuje się, że jednak tego ranka ktoś w kuchni jest, cofa się przestraszona, rozlewając dookoła mleko. To jej najstarszy brat, Poniedziałek, jak zwykle pije czarną kawę i patrzy zamyślony w okno. Jest gotowy do wyjścia, choć to przecież jej dzień, mimo, że dopiero co się rozpoczął. Poniedziałek wygląda poważnie i musi przyznać, że trochę się go boi. Próbuje zetrzeć mleko z podłogi ręcznikiem Soboty, ale przez przypadek potrąca pudełka stojące na blacie i deszcz czekoladowych płatków sypie się na podłogę. Zagryza wargi. Ma ochotę się rozpłakać.
- Daj mi to – słyszy koło siebie niski, koci pomruk i widzi Poniedziałka, który klęczy w kałuży mleka i płatków, aż przemakają mu od tego elegancki stalowy garnitur. Starszy brat z zainteresowaniem ogląda mokry ręcznik Soboty i bez słowa rzuca go za siebie. Kręci głową i właśnie to sprawia, że Niedziela zaczyna się gorączkowo tłumaczyć, czując jak rumieniec wstydu i złości na samą siebie wypełza jej na twarz. Z nerwów omal nie wyłamuje sobie palców, zapomniany Parmezan leży w pobliżu kuchennych szafek.
- J-ja nie chciałam… wylało mi się, ja posprzątam… Ja nie chciałam!
- Wiem – zapewnia ją łagodnie Poniedziałek, wstaje i jest nagle bardzo wysoki, pewnie tak wysoki, że mógłby chodzić z głową w chmurach, to pewnie o tym mówią ludzie, używając tego wyrażenia. – Wiem – zapewnia ją i na jego ustach pojawia się coś, co przy odrobinie dobrej woli można by nazwać cieniem uśmiechu. – Ale Sobota nie byłaby zachwycona, gdyby zobaczyła teraz swój ręcznik. Zanieś go do pralki, a ja tu ogarnę. – Niedziela z mocno bijącym sercem ucieka do łazienki, nim Poniedziałek zdąży zmienić zdanie i wpycha ręcznik Soboty głęboko, za koszule Czwartka i kamizelkę Wtorka, tak, by nikt go nie zobaczył, jeśli przyszłoby mu do głowy zajrzeć do pralki. Kiedy wraca, podłoga wciąż jest mokra, ale czekoladowo-mleczna kałuża już z niej znikła. Poniedziałek stoi przy kuchence, krawat ma poluzowany, a kolana wciąż w plamach po mleku, ale w skupieniu roztrzepuje jajka i równo kroi szczypiorek. Niedziela przypatruje mu się ciekawie z wyżyn kuchennego krzesła, Parmezan jak nigdy nic siedzi na stole. Najstarszy brat odwraca się w jej stronę, czajnik na gazie gwiżdże przeraźliwie, Niedziela zatyka sobie uszy. Poniedziałek się cicho śmieje.
- Pomyślałem, że zrobię nam omlet – mówi, dosypując soli i pieprzu i mieszając jajka ze szczypiorkiem i serem. Niedziela łowi noskiem przepyszne zapachy.
- Nam? – dziwi się. Poniedziałek kiwa głową.
- Nam. Dla mnie, dla ciebie i dla twojej myszy.
- To jest ściur! – burzy się Niedziela. Poniedziałek ugodowo wzrusza ramionami, próbując potrawy. Ciepły, zachęcający zapach omletu sprawia, że Niedzieli kręci się w głowie i przywołuje własną woń, mieszankę mleka, fiołków i zagniatanego ciasta. Wybucha perlistym śmiechem.  Popijający herbatę po angielsku Poniedziałek uśmiechający się do niej półgębkiem, nieco nieśmiało, nie jest dla niej już straszny.