wtorek, 10 czerwca 2014

Śniąc sen odmienny, czyli znowu się nie znam na kinie






Długo zastanawiałam się, czy jest sens iść na ten film – chociaż lubię produkcje animowane Disneya, jego filmy live-action pozostawiają we mnie pewien niedosyt. Pewnie gdyby była to historia oparta na oryginalnym scenariuszu, machnęłabym ręką i obejrzała „kiedyś”, umilając sobie jakieś deszczowe przedpołudnie. A jednak dzisiaj, z głupia frant, bo tuż przed korepetycjami, zdecydowałam się na zobaczenie Czarownicy. Czy się opłacało – sama nie jestem tego pewna. Zaglądając przed seansem do Internetu, natknęłam się na kompletnie różne od siebie opinie – albo zupełne rozczarowanie filmem (to od tych, którzy spodziewali się zobaczyć horror 18+ z Angeliną Jolie w roli głównej) albo pienia nad pięknem baśni (to ci, którzy chcieli ładnej bajeczki osadzonej w czasach mitycznych). Moje zdanie plasuje się gdzieś pośrodku, bo podczas projekcji więcej czasu poświęciłam krytycznemu analizowaniu Maleficent (Czarownica jakoś nie brzmi, pardonsik) niż faktycznej fabule. Moje wnioski zaskoczyły mnie samą.



 Nie ma i nie może być wątpliwości, że to wciąż produkcja Disneya.

Historia Maleficent zaczyna się jeszcze przed akcją Śpiącej Królewny (trudno się bowiem oprzeć porównywaniu tej adaptacji z dużo wcześniejszą, tradycyjnie animowaną, zrobioną jeszcze w latach 50-tych). Jak się dowiadujemy od tajemniczej narratorki, niegdyś istniały dwa królestwa, oddzielone od siebie gęstym lasem (pewnie stąd angielskie Moors stały się polską Knieją). Jedno, to, do którego należała Maleficent, było typowym Faerie, zamieszkanym przez elfy, wróżki i gobliny obawiające się żelaza, drugie, rządzone twardą ręką starego króla, było do szpiku kości człowiecze. Pewnego dnia na granicy światów spotykają się młodziutka elfka Maleficent i sierota Stephan, który marzy, że gdy dorośnie, zamieszka we wspaniałym zamku. Jak to w baśni – przyjaźń dzieci szybko przeradza się w miłostkę nastolatków, z Prawdziwym Pocałunkiem Prawdziwej Miłości. Jednak nadchodzi wojna, dawni kochankowie nie są tymi, kim byli w czasach pokoju, a za swe pragnienia są gotowi zabić, zniszczyć, zdradzić. Tu opowieść zaczyna snuć się od nowa, zamieniając w klasyczny retelling, któremu nie mogłam przepuścić.



 Przeurocza Elle Fanning, w której kocham się platynowo od dłuższego czasu jako Aurora. Mimo że księżniczki są z reguły ckliwymi idiotkami, Elle udaje się uniknąć zaszufladkowania.

W czasie oglądania ww. filmu miałam to samo wrażenie, co przy Frozen – mianowicie, ze Disney bardzo chce wyjść ze sztywnych ram konwencji dziecięcego twórcy i zaserwować widzowi opowieść ciężką, mroczną, ciągnącą w mrok borów i tylko gdzieniegdzie rozświetlającą drogę nikłymi błędnymi ognikami, a drugiej strony się tego obawia. Postacie ze świata Maleficent są bogate w znaczenia, nieszablonowe i często kryjące drugie dno, wodzące za nos oglądających, którzy nabierają się na ich sztuczki – słowem mają olbrzymi potencjał. Od króla Stephana, który najpierw jest biednym włóczęgą, śniącym sny o władzy, potem przeradzając się w lustro swego poprzednika, a następnie w zimnego, nieczułego męża i ojca, skupionego na osobistej wendetcie, przez Aurorę, którą gra prześliczna Elle Fanning (z tej dziewczyny jeszcze będą ludzie, oj będą!) i która tylko na pozór jest słodka, niewinna i niezdecydowana życiowo, kruko-człowieka Diavala (och, chyba moja najukochańsza postać z całego filmu i tak strasznie, strasznie niewykorzystana, czy ktokolwiek poza mną łączył postać Diavala z zupełnie inną linią fabularną, niż się w końcu okazało (khmaurorapocałunekkhm)? ) aż do Maleficent per se. Muszę wyznać, że po raz pierwszy doceniłam Angelinę Jolie na ekranie. Lepiej późno niż wcale, Jolie jako czarownica jest cudownie diaboliczna, seksowna i uwodzicielska, potrafiąc jednym spojrzeniem hipnotycznych ślepi kupić widza i uczynić go swoim sługą, jak to zrobiła z uratowanym krukiem. Sceny, w których Maleficent była w pełni swych czarnych mocy, łapały mnie za gardło i to wcale nie było wzruszenie. Gdyby tylko fabuła skupiła się na tych postaciach o których wspomniałam, odbiorca dostałby być może historię o zdradzie i miłości (kto chce zobaczyć i tak ją zobaczy, zwłaszcza w scenie kulminacyjnej) i z dosyć prawdopodobną warstwą psychologiczną (Bruno Bettelheim byłby zachwycony moją dzisiejszą analizą: dziewczynka bezwolnie oddana przez ojca na wychowanie trzem przygłupim obcym babom (jak można się domyślić, wróżki chrzestne były koszmarne i pomyśleć tylko, że mogły je grać Judi Dench z Emmą Thompson, co za szczęście, że nie!) garnąca się do jedynej osoby, która pragnie ją zrozumieć i która się do niej szczerze przywiązuje, to niezły materiał na przyzwoity dramat, dodając doń złożoną relację z „matką chrzestną” ni to macierzyńską, ni to seksualną, bo pod warstwą opieki nad Aurorą aż bucha żar i nie są to kowale, wykuwający nową broń z litego żelaza). Tak więc mogliśmy mieć psychologiczną wojnę na froncie biologicznego ojca i przybranej matki a w tym wszystkim – rozterki zagubionej dorastającej dziewczyny. Damn you, Disney!


 Macierzyństwo to sprawa poważna. I nie wiem, czy ja mam na drugie Nostradamus, czy w tym dziecięciu jest coś brado-pittowego, ale właśnie przeczytałam, że to rodzona córeczka Jolie, Vivienne, czyli, innymi słowy, mała Aurora.

 Inna sprawa, z którą firma starego Walta próbuje się rozprawić przy okazji ostatnich premier, to zaprzeczenie, jakoby tylko książę miał tę moc zapewniającą księżniczce bezpieczeństwo i dalsze życie – tak jak we Frozen Annę ratuje siostra, tak i w Maleficent książę jest najplastikowszym z plastików niezdolnym do wykrzesania choćby iskry (acz dwie panny nie zważały na ironię kapiącą z ekranu i piszczały wniebogłosy w rzędzie przede mną, dziwne ludzie). To dobrze, że taki wątek zaczyna się pojawiać, ale drażni mnie, że jest teraz wprowadzany co film. Tak jakby animatorzy i scenarzyści nie mogli się oprzeć, by nie pokazać, że prawdziwa miłość nie istnieje jedynie na podłożu platonicznym (bo przecież nie erotycznym, c’mon, to Disney, do kroćset) i rozgrywa się wyłącznie między kobietą i mężczyzną. Tak, że fajnie, że firma wychodzi z sztywnych kanonów, ale jednak – delikatniej, prosim.



Koszmarne. No, koszmarne. I ten, kto znów ubrał Imeldę Staunton w róż (profesor Umbridge, anyone?) powinien zasłużyć na wieczne potępienie. Biedna aktorka, a tak dobrze gra.

Moje rozżalenie na brak mrocznej baśni, na którą przecież czekałam, tak, jak myślę, wielu ludzi wychowanych na słodkiej, niewinnej wersji Śpiącej Królewny, wzmaga fakt, że twórcy miotają się pomiędzy ach-jakże-zabawnymi gagami w stylu piorących się między sobą wróżek (koszmarne, po prostu koszmarne) które najwyraźniej mają być elementem komicznym, tyle, że im nie wychodzi, a zadowoleniem starszego pokolenia i podaniem mu smacznej zapowiedzi co-by-było-gdyby. Zapowiedź ta czai się również w uwodzicielskiej wersji napisowej Once Upon a Dream w wykonaniu Lany del Rey, czyli przeróbką starego walca z oryginalnej Śpiącej Królewny. Piosenka jest piękna, oniryczna i śpiewana niskim, zmysłowym głosem, komponującym się idealnie z reakcją czarownicy na młodziutką Aurorę. Podsumowując – chciałabym strasznie, żeby Disney zaryzykował i wypuścił więcej retellingów znanych klasyków (ostatnio mój ulubiony serwis kobieco-nerdowy, The Mary Sue, wypuścił informację, że Maleficent to zaledwie pierwsza część serii i że w przygotowaniu czekają takie smakołyki jak Piękna i Bestia, Piotruś Pan (czy Piotrusia może zagrać Andrew Garfield, s’il sous plait? Byłam grzeczna i potrzebuję!), Królewna Śnieżka czy też Kopciuszek (jestem przeciekawa, czy chodzi o Kopciuszka reżyserowanego przez Kennetha Branagha, na którego przytupuję (film, nie aktora, choć Kenem też bym nie wzgardziła) z racji obsady).


 Na koniec - sztandarowy Bohater Niedoceniony, czyli kruk Diaval.
Tak czy inaczej, pod koszmarnymi wróżkami (wiem, powtarzam się) i tandetnym CGI ukryta jest naprawdę dobra baśń. Tylko, jak w przypadku kolczastego labiryntu Maleficent, należy się przedrzeć przez barwną otoczkę lukru, co bywa nieco nieprzyjemne. A co do następnych filmów w serii, można marzyć, że będzie lepiej. Śnienie – jak pokazuje Czarownica – ma przyszłość.

sobota, 26 kwietnia 2014

Muszkieterowie już nie ci sami, czyli jak zekranizować fanfik

Fufufufufu, ile tu kurzu... Zapuściłam to miejsce, przyznaję. Tłumaczyć mnie może tylko to, że staram się pisać codziennie, jeżeli nie opowiadanie czy przyzwoite tłumaczenie, to drabble, kawałek eseju, scenkę, recenzję czy cokolwiek innego. Muszę wymyślić jakiś nowy rozkład postowania, bo blog zginie w wirtualnych chaszczach. Pomyślimy.



chwilach, kiedy nie piszę, oglądam. Jestem dosyć wybredna w tym oglądaniu – moim priorytetem są dobrze psychologicznie zbudowane postacie, dość plastyczne i soczyste, żeby dało się z nimi coś zrobić w fanfiction, czyli przerabianiu znanych bohaterów po swojemu, co jak wszystkim moim znajomym wiadomo, od dawien dawna stanowi mój największy, pardon my French, pierdolec. Od jakiegoś czasu takie seriale – bo konstrukcja odcinkowa sprzyja rozwojowi bohaterów, to chyba jasne – się nie zdarzają. Pewną nadzieję pokładam w drugim sezonie Orphan Black, ale z drugiej strony ten serial nie pozostawia zbyt wielu luk do wypełnienia, tak wartko toczy się w nim akcja. Przed kilkoma dniami natomiast odkryłam produkcję dość nową – wystartowała przy końcu stycznia tego roku, to jest Muszkieterów autorstwa BBC. O fajności i przewadze telewizji brytyjskiej nad innymi stacjami telewizyjnymi nie będę się wypowiadać, gdyż: a/ post pisałabym do jutra, b/ musiałabym wspomnieć o wielu moich minionych a trwałych fazach, a wówczas należałoby mnie owinąć kaftanikiem w kolorze white i odwieźć do odpowiedniej placówki na leczenie. Ważne jest, że z Muszkieterów da się napisać wiele dobrych rzeczy i można ich interpretować na różne sposoby oraz że wnoszą do telewizji kilku dobrych bohaterów, będąc przy tym wszystkim bardzo specyficznym serialem, nie mającym zbyt wiele wspólnego z trylogią Dumasa. Ale o tym wszystkim za chwilę.


We will, we will rock you, od lewej do prawej: Portos, d'Artagnan, Atos, Aramis

Zacznijmy od tego, że Muszkieterowie w żadnym razie nie są ekranizacją książek Dumasa ojca, w najlepszym wypadku, są jego adaptacją, a w moim odbiorze – ślicznie zrobionym fanfikiem (przyznajmy, że wierność powieści nie zrobiłaby dobrze wersji filmowej, tak po prawdzie żaden film o przygodach Atosa, Portosa, Aramisa i d’Artagnana nie przekonał mnie do siebie w pełni.) Tak więc d’Artagnan jedzie do Paryża pomścić zabitego w gospodzie ojca, a nie podąża za marzeniami o płaszczu i szpadzie (to dobrze, to bardzo dobrze, bo w książce d’Artagnan irytował mnie jak mało kto), tak naprawdę nie patrzymy na wydarzenia książkowe – bo każdy odcinek to inna misja muszkieterów, inna sprawa, czasem powrót do przeszłości, czasem pomoc biednym i uciśnionym, ale z drugiej strony wciąż śledzimy historię zapisaną na kartach powieści, bo przecież jest wielka czwórka, jest kardynał Richelieu (jeśli mam coś wyznać, to powiem, że to dla Richelieu zaczęłam oglądać tenże serial, bo gra go Peter Capaldi, czyli Dwunasty Doktor) jest, rzecz jasna, obłudna, zwodnicza Milady… Fabuła kręci się jak karuzela i nie zamierza przestać, od niektórych sekwencji walki aż boli głowa, podczas oglądania finału zastanawiałam się, czy aktorzy tak perfekcyjnie opracowali choreografię, czy też puszczają materiał w przyspieszonym tempie… Ale jednak wolałabym, żeby trochę zwolnili – główna wielka tajemnica Atosa jest wyjawiona już w trzecim odcinku, a finał pozostawia jakiś taki niedosyt, rozwiązując wszystko poza dwoma żyłochlastowymi pożegnaniami moich ulubionych par…

Mnie najbardziej ruszają relacje zawarte między wierszami, nie wymagające wielkich słów. Dostałam takie Anna/Aramis. Podziękowawszy.

Och, i muzyka. Wreszcie coś spełniło moje oczekiwania na tyle, by zastąpić czołówkę Sherlocka jako komórkowy dzwonek. A jest to czołówka z Muszkieterów (swoją szosą, muzykę komponuje Murray Gold, pan od Doktora Who…).


Capaldi jako Richelieu jest może mało przerażający, za to nie ma wątpliwości, kto tu pociąga za sznurki.

Bohaterowie są krwiści i żywi i oddychający i to na tyle, że utożsamiałam się z nimi i z ich wątkami – szczególnie bolesne jest oglądanie Atosa i romansu Konstancja Bonacieux/d’Artagnan, bu – co do wielkiej trójki, są oddani dość wiernie (z drugiej strony nie należę do akolitów Dumasa na tyle, by to prawidłowo oceniać, ostatni kontakt z książką miałam jakieś 11 lat temu, kiedy byłam jeszcze młoda i naiwna). Moim ulubieńcem, tak jak w powieści zresztą, pozostaje Aramis, w tej odsłonie idealnie łączący cechy duchownego i żołnierza – w ogóle rozmaite mrugnięcia do widzów, którzy trylogię mają za sobą, są urocze. Atosa wolę w serialu niż w książce, nawet mimo tego, że z ekspresji przypomina mi Grumpy Cata. Portos to zupełnie osobna opowieść, bo mam takie wrażenie, że Portos przy wszystkich podejściach do zrobienia czegoś z książki Dumasa – i nie mówię tu wyłącznie o filmie – jest traktowany po macoszemu, ot, taki hulaka, żarłok i półmózg z żartami niewysokich lotów. BBC podjęło się rozpisania Portosa inaczej – może zupełnie niezgodnie historycznie, za to bardziej interesująco. Jakoś najmniej przemawia do mnie d’Artagnan, zdecydowanie wolę go w interakcjach z innymi aniżeli samotnie na ekranie, moim zdaniem ma zbudowaną świetnie relację z Atosem, na zasadzie młodszy i starszy brat. Ale i tak role męskie paradoksalnie giną w tym serialu przy genialnie napisanych kobietach.


Dwie strony medalu - absolutnie cudowna Konstancja Bonacieux...


...i wypalona gwiazda, czyli słabieńka Milady.

Kobiety w Trzech muszkieterach (mówię tu o powieści, nie serialu) są traktowane albo jako element dekoracyjny (liczne kochanki) albo zło wcielone (Milady). Serial BBC po raz kolejny przełamuje bariery, kobiet jest tu zatrzęsienie; od mojej ukochanej Konstancji Bonacieux, rozdartej pomiędzy kochaniem d’Artagnana (ona ma tyle charakteru, że i jego potrafi obdzielić) a męża-nieudacznika, przez Pchełkę, dawną ukochaną Portosa, hrabinę Ninon de Larroque, ówczesną feministkę, prowadzącą saloniki dla kobiet, Annę Austriaczkę, nieszczęśliwą żonę Ludwika XIII (która ma później łamiący serce romans z Aramisem, serio, nie myślałam, że w tym wieku coś może mnie jeszcze wzruszyć jak pensjonarkę, a jednak) aż do Milady de Winter. Muszę powiedzieć, że Milady nie wytrzymała konkurencji oryginalnych (czy też napisanych na nowo) postaci. Jej postać jest rozczarowująca, przerysowana i zagrana bez specjalnego przemyślenia, podczas oglądania finalnego odcinka myślałam cały czas, jak intrygantka, skrytobójczyni i agentka na usługach najpotężniejszego księdza Francji może być aż tak naiwna. Liczyłam, że Milady tylko gra, że to podwójna intryga i że będzie w niej miała przewagę nad muszkieterami. Myliłam się. O ile bystra, rezolutna i żywa Konstancja mnie zachwyciła od pierwszej minuty pojawienia się na ekranie, o tyle od Milady oczekiwałam znacznie więcej. Trudno uwierzyć, że jest najgroźniejszym wrogiem regimentu, o tyle groźniejszym, że zna przynajmniej dwóch z wielkiej czwórki. Szkoda.


Czy wspominałam jakie osomiaste są tam kostiumy? I jaką komiczną postacią jest Ludwik XIII?

Muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o dialogach, bo płakałam na nich ze śmiechu. Nie wiem, kto je pisał, ale muszę mu pogratulować, bo dialog to trudna sztuka, a po tych widać od razu, że postaci albo kochają się nad życie, albo lubią na zabój, albo najchętniej poobrywałyby sobie łby przy pierwszej sprzyjającej okazji. Moi ulubieńcy to: „Jak głosi słynne motto muszkieterów: każdy liczy na siebie!”, „Dekapitacja własnej matki jest niemile postrzegana przez lud, wasza wysokość” i jeszcze kilka innych, dla których musiałabym jeszcze raz przeszukać odcinki (nie, żebym nie chciała). Natomiast te cytowane przytaczałam z pamięci. Mogłam coś pokręcić, sorasy.


Dziwi mnie mocno, że Muszkieterowie BBC nie zbierają w internetach plonów swojej popularności, tak jak chociażby Sherlock albo Doktor Who, ale widocznie jeden sezon to dla nich za wcześnie. Na szczęście zapowiedziany jest kolejny (byłby szybciej, ale plany pokrzyżowało ogłoszenie kardynała Richelieu Papie… znaczy się Doktorem) i jest nadzieja, że odbiorcy docenią ten serial tak, jak na to zasługuje. Bo serio – akcja, dramaty, niestety bardziej rozwiązane niż nierozwiązane tajemnice z przeszłości, piękne kobiety, przystojni mężczyźni, intrygi i kontrintrygi – czego tu nie lubić?

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść czerwcowa"




NEIL PYTA:
„Gdzie spędziłbyś wymarzony czerwiec?”
@DKSakar ODPOWIADA:
„W lodówce. Latem zawsze żałuję, że nie produkują lodówek dużych na tyle, by pomieściły człowieka”.
#KeepMoving #JunTale


Moi rodzice się ze sobą nie zgadzają. Tak już jest. Nawet bardziej niż się nie zgadzają – oni się kłócą. O wszystko. Wciąż nie wiem, jak zdołali przestać się kłócić na tyle długo, by zdążyć się pobrać, nie mówiąc już o sprowadzeniu na świat mnie i mojej siostry.

Moja mama wierzy w redystrybucję i uważa, że największy problem z komunizmem polega na tym, że nie dociera on wszędzie. Mój tata postawił przy łóżku oprawioną w ramki fotografię królowej i głosuje tak mocno na konserwatystów, jak to tylko możliwe. Mama chciała nazwać mnie Susan. Tata – Henrietta, po jego ciotce. Żadne z nich nie ustąpiło o cal. Jestem jedyną Susiettą w całej szkole i prawdopodobnie na całym świecie. Moja siostra nazywa się Alismima, z podobnego powodu.

Nie ma rzeczy w której byliby zgodni, nawet jeśli chodzi o temperaturę. Mojemu tacie jest ciągle za ciepło, a mamie za zimno. Włączają i wyłączają kaloryfery, zamykają i otwierają okna, kiedy tylko któreś wyjdzie z pokoju. To pewnie dlatego moja siostra i ja chodzimy przeziębione cały rok.

Nie mogli się nawet dogadać, w którym miesiącu wyjeżdżamy na wakacje. Tata definitywnie opowiedział się za sierpniem, mama nieodwołalnie za lipcem. Oznaczało to, że pojedziemy na wakacje w czerwcu, nie zadowalając nikogo.




Potem nie mogli zdecydować gdzie jedziemy. Tata wybrał Islandię i wycieczkę na kucykach, podczas gdy mama była w stanie zgodzić się na jazdę na wielbłądach przez Saharę. Obydwoje popatrzyli na nas jak na niespełne rozumu, kiedy powiedziałyśmy, że najchętniej to posiedziałybyśmy gdzieś na plaży na południu Francji. Przestali się na chwilę kłócić, żeby oznajmić, że nie ma o tym mowy, tak samo jak o wyjeździe do Disneylandu i wrócili do niezgadzania się ze sobą.

Zakończyli Wielką Kłótnię O To, Gdzie Jedziemy W Czerwcu trzaskaniem drzwiami i wykrzykiwaniem zza nich zdań w stylu „No i dobrze!”.

Kiedy przyszedł czas nieszczęsnych wakacji, moja siostra i ja byłyśmy pewne, że nigdzie nie pojedziemy. Wypożyczyłyśmy jak największą furę książek z biblioteki i przygotowałyśmy się na wysłuchiwanie mnóstwa sprzeczek w ciągu najbliższych dni.

Wtedy panowie podjechali pod nasz dom ciężarówkami, przywieźli rzeczy i zaczęli je montować.

Mama kazała im podłączyć saunę w piwnicy. Na podłogę wysypali tony piasku. Na suficie zawiesili lampę do światłoterapii. Mama rozłożyła pod nią ręcznik i położyła się na nim. Na ścianach piwnicy wisiały zdjęcia piaskowych wydm i wielbłądów, dopóki nie poodpadały pod wpływem gorąca.

Tata kazał mężczyznom zainstalować lodówkę – największą lodówkę, jaką znalazł, tak wielką, że można było do niej wejść – w garażu. Zajęła sobą cały garaż, więc tata musiał zacząć parkować samochód na podjeździe. Wstawał rano i ubierał się ciepło w sweter z islandzkiej wełny, brał ze sobą książkę, termos pełen gorącego kakao i kanapki z pastą Marmite i ogórkiem i z szerokim uśmiechem na twarzy kierował się w stronę garażu, z którego nie wychodził przed kolacją.

Zastanawiam się, czy ktokolwiek inny ma tak dziwaczną rodzinę. Moi rodzice nigdy się ze sobą nie zgadzają.

- Wiesz, że popołudniami mama zakłada płaszcz i wkrada się do garażu? – zapytała moja siostra niespodziewanie, kiedy siedziałyśmy w ogrodzie, czytając nasze książki.
Tego nie wiedziałam, ale zauważyłam tatę, w samych kąpielówkach i szlafroku kierującego się do piwnicy, żeby pobyć z mamą, a na jego twarzy widniał olbrzymi głupkowaty uśmiech.

Nie rozumiem rodziców. Szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby ktokolwiek ich rozumiał.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kiedy stałam się nami, czyli wróciło „Orphan Black”!







Nie wychodzi mi pisanie na chłodno, bez emocji i odczuć i może to dobrze, bo dzięki temu wpadłam na dzisiejszy temat. A dzisiaj będzie o mało popularnym (chociaż w sieci coraz popularniejszym, dzięki Potworowi Spaghetti!) serialu produkcji amerykańsko-brytyjskiej pod tytułem „Orphan Black”. Jest to pierwsza produkcja fuzji Anglia-USA i sprawdza się wręcz fenomenalnie. Anglia bowiem słynie z świetnego psychologicznego profilu bohaterów których przedstawia widzom, z trafnych rozwiązań fabularnych i oczywiście z brytyjskiego akcentu aktorów (choć to już kwestia osobistych preferencji). Braki w wartkości akcji i w nieco tandetnych efektach specjalnych oraz przystosowaniu do widza mainstreamowego nadrabiają Stany. I taki jest właśnie przepis na produkcję-cud, czyli na Orphan Black.


Sarah (Tatiana Maslany)

Z początku odcinki ogląda się trochę jak czeski film, w którym nic nie wiadomo do końca – Sarah Manning, sierota z domu zastępczego wraca do rodzinnego Nowego Yorku i swojej córeczki Kiry. Na stacji kolejowej widzi coś, co raz na zawsze zmieni jej życie – chciałoby się powiedzieć na lepsze, bo Sarah łatwego życia nie ma, no cóż, na pewno na ciekawsze) – otóż kobietę, podobną do niej jak dwie krople wody, rzucającą się pod pociąg. Sarah w oszołomieniu zabiera torebkę nieznajomej – trochę, by pomóc sobie w kłopotach ze szmuglowaniem narkotyków, trochę z oczywistej ciekawości – i dopiero wtedy się zaczyna. Jeżeli chodzi o zmianę tożsamości, to Sarah trafiła najgorzej jak mogła, okazuje się, że zmarła tragicznie Beth jest policjantką. A to dopiero początki fabuły…



Beth (Tatiana Maslany)

W miarę, jak rozwija się serial, poznajemy korowód barwnych postaci, napisanych z wyczuciem charakterystycznym dla rodzimego BBC – Arta, partnera świętej pamięci Beth, tak zwanego dobrego gliniarza, jej faceta Paula, który nie jest taki, jak okazuje się na pierwszy rzut oka (wielowymiarowość bohaterów jest ogromnym plusem serialu, nikt nie jest tu czarny ani biały, co odcinek ujawniając nowe decyzje i odsłaniając nową twarz) zastępczą matkę Sarah, która obecnie sprawuje opiekę nad Kirą i innych. Nikt z drugoplanowych postaci nie pozostaje tak naprawdę w tle, często zapewniając widzowi zwroty akcji w typie rosyjskiej ruletki. A co z postaciami pierwszoplanowymi?



Cosima (Tatiana Maslany)

Idąc za zagadką Beth, Sarah wpada na kolejne kopie siebie – jako pierwsza jest Niemka Katja, która niestety nie ma szczęścia gościć w serialu długo, zostawiając Sarah z mnożącymi się w oczach pytaniami. Jest jeszcze Alison – chyba moja ulubiona odsłona tej samej aktorki, bo wszystkie dziewczyny gra Tatiana Maslany, a nad jej talentem zapieję poniżej – przykładna matka dzieciom, żyjąca w domku na przedmieściach i występująca w miejskim domu kultury, jest Cosima – geniusz biologiczny ze szczególnym zamiłowaniem do genetycznych zagadnień, jest Elena – Ukrainka, fanatyczka pomniejszej sekty i w tym babskim kręgu jak wisienka na torcie wyłania się Felix – brat przyrodni Sarah (no dobra, chłopiec wychowywany z nią w tym samym domu zastępczym i jej najwierniejszy przyjaciel). Bardzo szybko między dziewczynami zawiązują się sojusze, niektóre toczą między sobą otwarte wojny, często dla własnych interesów i to dopiero jest interesujące, bo jak to by było, być wrogiem samego siebie?...



Elena (Tatiana Maslany)

Wyżej wspomniałam już o grze aktorskiej Tatiany Maslany i nie bez powodu, bo aktorka sama robi serial, pozostawiając nieco czasu antenowego dla pozostałych. Każda, absolutnie każda dziewczyna ma nie tylko swój styl (Sarah – ostra punkówa, Beth – elegantka, Alison – skąpana w pastelowych wełenkach, Cosima – typ artystyczny, Elena – trochę wojsko, bardzo psychiatryk), ale również zestaw gestów i min do dyspozycji charakterystyczny dla każdej z nich. Najciekawiej jest kiedy jedna dziewczyna udaje drugą, jak Alison Sarah w pierwszym sezonie i Sarah Cosimę w drugim; bo wówczas oryginalna postać przebija przez drugą i można zorientować się, kto jest kim naprawdę. Wielki szacun dla Maslany, że potrafiła to zagrać. Jestem skłonna przychylić się do zdania co poniektórych krytyków telewizyjnych, którzy twierdzą, że przy nominacjach do jakiejkolwiek nagrody Maslany nie powinna otrzymać jednej statuetki, ale co najmniej pięć.



Alison (Tatiana Maslany)

Zauważcie, że pisząc tę niby-recenzję nie zdradziłam najważniejszego – o co chodzi z kopiami Sarah. Zrobiłam to dlatego, żebyście sami sięgnęli po ten serial, bo uwierzcie mi – warto, jeżeli nie dla fabuły (poszukiwanie nieznanego pojawia się w co drugim hamerykańskim CSI i jeśli ktoś nie lubi, rozumiem i szanuję, ja też nie zawsze przepadam) to dla cieszenia oka grą Maslany, która pokazuje tu prawdziwy koncert solo, rozszczepiając się na kilka ról i chemią między nią a Jordanem Gavrais, czyli Felixem. Dialogi pomiędzy którąkolwiek z dziewcząt (w późniejszych odcinkach niewątpliwa przyjaźń zawiązuje się pomiędzy nieco sztywną Alison a Stereotypowym Gejem Stulecia (to Felixowi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie)) są osobnymi perełeczkami, przy których nie sposób się nie uśmiechać, chociaż serial sam w sobie trzyma w napięciu i przecież nie jest stricte komedią. Dodatkowa zaleta to utrzymanie długości odcinków w kategorii brytyjskiej raczej niż amerykańskiej – odcinków jest dziesięć (przy standardowych dwudziestu dwóch fabuła stałaby się więcej niż niestrawna, a tak zostawia oglądających ze szczęką w okolicach podłogi). Tak więc - iść nadrabiać. Wolny weekend, niezależnie od tego, czy coś świętujecie, czy nie, temu sprzyja.



I na koniec Felix (Tatiana Ma... a nie, Jordan Gavrais)