sobota, 26 lipca 2014

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść sierpniowa"

Opowieść sierpniowa

NEIL PYTA:
„Co powiedziałby sierpień, gdyby potrafił mówić?”
@gabiottasnest ODPOWIADA:
„Sierpień opowiadałby o swej niezmiennej potędze, wpatrując się uważnie w liście płonące na drzewach”.
#KeepMoving #AugTale




Tamtego sierpnia pożary lasów zaczęły się wcześnie. Wszystkie burze zdolne zwilżyć ziemię przesunęły się na południe od nas, zabierając ze sobą deszcz. Każdego dnia widywaliśmy przelatujące helikoptery z zapasem wody z jeziora, gotowej, by ugasić odległy ogień.

Peter, Australijczyk, w którego domu mieszkam, gotuję i sprzątam, powiedział:
- W Australii eukaliptus potrzebuje ognia aby przetrwać. Z niektórych ziaren eukaliptus nie wykiełkuje, jeżeli wcześniej pożar nie wypali całego podszycia. Potrzebują dużo ciepła.
- To dziwne – odparłem. – Coś rodzącego się w płomieniach.
- Nie tak bardzo – rzekł Peter – to całkiem normalne. Kiedy Ziemia była bardziej gorąca, pewnie zdarzało się jeszcze częściej.
- Trudno sobie wyobrazić jeszcze bardziej gorący świat.
Peter prychnął.
- To jeszcze nic – powiedział i zaczął opowiadać o trudnych do zniesienia australijskich upałach, których doświadczył będąc dzieckiem.
Następnego dnia w telewizji padł komunikat zachęcający ludzi w naszej okolicy do ewakuacji; byliśmy w strefie zagrożonej pożarem.
- Gadają bzdury – mruknął rozdrażniony Peter – Nie ma żadnego problemu. Mieszkamy na wzgórzu i otacza nas strumień.
Przy wysokim poziomie wody strumień potrafił mieć cztery, nawet pięć stóp głębokości. Teraz sięgał najwyżej jednej stopy.



Późnym popołudniem w powietrzu unosił się ciężki zapach palonego drewna, a telewizor i radio trąbiły, że mamy się wynosić, i to już, jeżeli tylko możemy. Uśmiechaliśmy się do siebie, popijaliśmy piwo i gratulowaliśmy sobie nawzajem zrozumienia tak trudnej sytuacji, zachowania zimnej krwi i tego, że nie uciekliśmy.
- My, ludzie, jesteśmy pełni pychy – orzekłem. – Wszyscy. Ludzkość. Widzimy palące się liście na drzewach w upalny sierpniowy dzień i wciąż nie wierzymy, że coś naprawdę może się zmienić. Nasza cywilizacja będzie trwała wiecznie.
- Nic nie trwa wiecznie – odpowiedział Peter, nalewając sobie następne piwo i opowiadając mi historyjkę o przyjacielu z Australii, który zdołał powstrzymać pożar buszu przed spaleniem swej rodzinnej farmy polewając piwem zarzewia ognia, gdy tylko się pojawiały.
Ogień szedł z doliny w naszą stronę, zwiastując apokalipsę i zdaliśmy sobie sprawę, jak nikłą ochronę stanowi strumień. Powietrze płonęło.
Uciekliśmy, popychając jeden drugiego, kaszląc od duszącego dymu, biegliśmy w dół wzgórza dopóki nie dopadliśmy strumienia i położyliśmy się w nim, tak, że tylko głowy wystawały nam ponad wodę.
Z piekła oglądaliśmy jak się wykluwają z płomieni, powstają i fruną. Przypominały mi ptaki, grzebiące w dymiących ruinach domu na wzgórzu. Widziałem, jak jeden z nich unosi głowę i wydaje triumfalny krzyk. Mogłem go usłyszeć poprzez trzask palonych liści, przez ryk płomieni. Usłyszałem krzyk feniksa i zrozumiałem, że nic nie trwa wiecznie.
Setka ognistych ptaków wzbiła się w niebo, a woda w rzece zaczęła wrzeć.  




wtorek, 17 czerwca 2014

Po obu stronach lustra, czyli baśń nieco cyniczna







Pogłoski o mojej filmofobii są stanowczo przesadzone. Po prostu, śledząc recenzje profesjonalnych recenzentów odkrywam, że podoba mi się to, co profesjonaliści mieszają z błotem, co chyba jest prawdą również w dzisiejszym przypadku. Wróciłam bowiem do Penelope, filmu, który ostatnio oglądałam, mając lat 16 (czyli byłam fantastycznym targetem bajań o miłości). Oglądając ten sam film, który niegdyś szalenie mi się podobał, uderzyły mnie dwie rzeczy: jak bardzo przez dziesięć lat zmienia się percepcja i priorytety widza i jakże inny jest przez to odbiór filmu. W efekcie, Penelope podoba mi się nadal, choć może na nieco innych płaszczyznach. Przejdźmy do rzeczy.

 Penelope po ucieczce, żyjąca w ciągłym strachu przed odkryciem, nosi szalik. To dlatego w niektórych kinach film był dystrybuowany pod pseudonimem "Scarfy" ("Szaliczek").


Całkiem niedawno temu, w mieście będącym mieszanką Londynu i Nowego Yorku żyła sobie dziewczyna. Mieszkała w pięknym domu i miała wszystko, czego można byłoby sobie wymarzyć, jednak nie była szczęśliwa. Bowiem jej ojciec nazywał się Wilhern (z tych Wilhernów) i była pierwszą dziewczynką, która urodziła się w tej rodzinie od pięciu pokoleń. W wyniku wiedźmiej klątwy, którą został obłożony jej pra-pra-pra-pradziadek, Penelope Wilhern musi borykać się z niezwykłym defektem – zamiast nosa ma świński ryjek. Na szczęście, każde zaklęcie można odkręcić – dziedzic szlachetnego rodu musi pokochać Penelope taką jaką jest i wziąć z nią ślub. Chroniona przez pełnego poczucia winy ojca (to w końcu przez jego przodków dziewczyna wygląda jak wygląda) i histeryczną matkę, Penelope dorasta w samotności, dzieląc czas pomiędzy naukę, czytanie, ogrodnictwo i doskonalenie tego, by w przyszłości stać się idealną wybranką serca. W momencie osiągnięcia przez Wilhernównę pełnoletniości, willę odwiedzają tłumy zubożałych arystokratów, przyciąganych nie tyle przez miejską legendę o kobiecie-świni, ale przez pokaźny posag. Każde ze spotkań kończy się fiaskiem, dopóki do akcji nie wkracza reporter Lemon, zainteresowany Penelope z zupełnie innych powodów i jego szpion, uzależniony od gry w kasynie  bankrut i magnat zarazem, Max Campion.  W wyniku kosmicznej komplikacji Penelope ucieka z domu w świat, którego przez 25 lat nie miała okazji poznać, żyjąc w złotej klatce swej posiadłości. Opiekuje się nią przypadkowo poznana kurierka Annie, wprowadzając ją w zupełnie nową rzeczywistość i pokazując, że nikt nie jest doskonały, a ludzi naprawdę nie zawsze trzeba się bać…



 Jedna z najlepszych postaci - reporter Lemon (w tej roli rewelacyjny Peter Dinklage).

Właściwie trudno jest mi określić dominujący w tym filmie gatunek: na pewno jest to baśń, w której archetypy zostały postawione do góry nogami – Christina Ricci w roli Penelope jest niepewna siebie, ale wybuchowa, książę z kasyna, czyli James McAvoy zachwyca swoim dyskretnym smutkiem i pewną rezygnacją (Dlaczego? To jedna z tajemnic filmu…), trudno też wyodrębnić czarny jak smoła charakter, bo w tym filmie wszyscy właściwie przyjmują odcienie szarości. Nie jest też Penelope dramatem, choć są w nim sceny melancholijne, zwłaszcza scena po obu stronach lustra, kiedy Penelope i Max grają ze sobą w szachy (pokój spotkań z potencjalnymi narzeczonymi przypomina właściwie salę przesłuchań, bo jego najważniejszym elementem jest weneckie lustro), nie jest też komedią, choć widać jak na dłoni, że zarówno twórcy, jak aktorzy świetnie bawią się konwencją na planie. Humor jest trochę abstrakcyjny, nieco brytyjski (czyli oparty na grze słów) i dość makabryczny w zastosowaniu. Scenarzyści kpią także ze stereotypów, bo pozornie przesłanie Penelope można znaleźć w każdym programie dotyczącym fizycznych transformacji: brzydkie kaczątko najpierw powinno pokochać siebie, żeby pozwolić pokochać się komu innemu. Jednak to nie takie proste, bo każdy skrywa jakieś sekrety, schowane po obu stronach lustra. Zdumiewa też reakcja tabloidów na odmienny wygląd dziewczyny, mając w pamięci wsparcie dawane jej przez rodziców.



 Penelope w swoim pokoju, arcydziele scenograficznym (i sukni ślubnej, ale to nieważne).

Rzeczą, która z pewnością w filmie zachwyca, jest scenografia. Od utrzymanego w zaskakująco pasujących kontrastach czerwieni i zieleni pokoju Penelope, przez kolorowe ulice miasta, każda scena eksploduje kolorami, przywodząc na myśl choćby surrealistyczne klimaty Amelii i innego stylizowanego kina. Poza tym, Penelope odcina się od fabuły baśni sztampowej – jej życie nie kończy się na wybranku serca, przeciwnie, Penelope jeszcze przed wyjściem spod klosza ma dalekosiężne plany na życie, które po osiągnięciu wolności urzeczywistnia, pomagając sobie nawet najbardziej desperackimi sposobami  (chociażby ujawniając reszcie świata swą twarz). Obowiązkowy w każdej baśni happy end musi poczekać na swoją kolej, dopóki bohaterka nie osiągnie swoich zamierzeń i nie usamodzielni się z pomocą przyjaciółki (w roli Annie wystąpiła producentka filmu, Reese Witherspoon) i nie stanie się inspiracją dla innych. Penelope uczy przede wszystkim akceptacji – nie tylko innych, ale i samego siebie.

 Max i Penelope, oddzieleni zaledwie lustrem (ona go widzi, on jej nie).

Co może wydać się interesujące, nastoletnia ja skupiała się przede wszystkim na wątku Penelope i Maxa (no dobra, przyznam, wydaje mi się, że jest to najlepsza wizualnie rola McAvoya, co tylko podkreśla zasługi kostiumologów, i rany, on był wtedy w moim wieku, jaka ja jestem stara). Obecnie bardziej interesowała mnie kontrowersyjna postać Jessiki i jej stosunek do córki. Rodzice bardzo rzadko wiedzą, czego ich dzieciom potrzeba do szczęścia. Zastanowiło mnie też ukazanie Penelope jako osoby antyspołecznej, nie przez własny stosunek do świata, tylko przez wrodzoną wadę wyglądu i pomyślałam sobie – kurczę, przecież ona się wcale nie różni od tych biednych zakompleksionych dziewcząt, które wolą nie wychodzić z domu, żeby nie zostać skrzywdzone przez innych. I okazuje się, że Penelope jako uświadamiająca propaganda społeczna działa bardzo dobrze.



 Zwykle drażniąca mnie Reese Witherspoon jako Annie wypadła bardzo dobrze.

Kolejna ciekawostka, którą odkryłam przy rewatchingu, to to, że historia Penelope faktycznie oparta została na legendzie, tzw. pig-faced woman, krążącej po Anglii, Francji i w Niderlandach od XVII wieku. Kobieta ta miała pochodzić z bogatej i powszechnie szanowanej rodziny i nie różniła się wyglądem od innych dam poza jednym szczegółem. Miała być ofiarą klątwy (co zostało zaadaptowane w filmie) i mogła zostać ocalona od wyglądu potwora przez człowieka, który się w niej zakocha. Inna wersja podania mówi o mężczyźnie, który zdecydował się wziąć ślub z maszkarą, na co ona odparła, że musi wybrać – po ślubie albo będzie pięknością o ciele świni, albo pozostanie w dotychczasowej formie przez resztę lat. Oblubieniec zrzucił decyzję na narzeczoną – i dzięki temu panna w ogóle pozbyła się świńskich atrybutów; wyczuwam w tej historii echo „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera, gdzie pojawił się motyw podobny. A o świńskiej damie z Machester Square i w ogóle o wielu zeznaniach świadków widujących takie monstra, możecie poczytać tutaj. Przyznam, że mało rzeczy obecnie mnie zaskakuje (ależ jestem cyniczna) ale podanie o kobiecie-świni jest jedną z nich.

 A oto, psze państwa, rycina ilustrująca wspomnianą legendę.

Tak czy siak, Penelope to moim zdaniem (a o jego trafności byliście lojalnie poinformowani na początku postu) całkiem sympatyczny film, całymi garściami czerpiący z baśniowej konwencji i dodatkowo uczący samoakceptacji bez nachalnego moralizatorskiego znaczenia. Można go obejrzeć jako odskocznię od realności, jako lekcję dla samego siebie albo film z głębszym przesłaniem. Podoba mi się taka uniwersalność.

(część 2 o kadukach będzie na dniach. Na razie nie czuję się na siłach, wybaczcie.)

niedziela, 15 czerwca 2014

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść lipcowa"

Dziś w ramach poprawiania sobie humoru (wcale nie ryczałam przy pierwszym czytaniu, no gdzieżby) kolejny drobiażdżek z Kalendarza Opowieści.


Opowieść lipcowa

NEIL PYTA:
„Jaka jest najniezwyklejsza rzecz, jaką widziałeś w lipcu?”
@mendozacarla ODPOWIADA:
„…igloo zbudowane z książek”.
#KeepMoving #JulTale



W dniu, kiedy odeszła ode mnie żona, mówiąc, że potrzebuje samotności i czasu, żeby przemyśleć kilka spraw, pierwszego lipca, gdy słońce iskrzyło na tafli jeziora w środku miasta, kiedy kukurydza na polach wokół mojego domu sięgała już do kolan,  gdy nazbyt entuzjastyczne dzieciaki podpaliły kilka petard i fajerwerków, żeby nas zaskoczyć i uświetnić letnie niebo, zbudowałem książkowe igloo na tyłach mojego domu.

Do budowy użyłem książek w miękkich oprawach, gdyż przestraszyłem się ciężaru spadających twardych tomów i encyklopedii, gdyby konstrukcja nie okazała się wystarczająco solidna.

Ale dało radę. Miało ponad trzy metry wysokości oraz tunel, przez który mogłem wczołgać się do środka i ukryć przed przeraźliwym północnym wichrem.

Do igloo zabrałem więcej książek, niż zużyłem na budowę i zacząłem czytać. Zachwyciło mnie, jak ciepło i przytulnie było w środku. Gdy już kończyłem czytać książki, układałem je jako podłogę, donosząc coraz to nowe, żebym miał na czym siedzieć i tak z mojego świata całkiem zniknęła zielona lipcowa trawa.

Nazajutrz przyjechali do mnie znajomi. Wpełzli do mojego igloo na czworakach. Oświadczyli, że mi odbiło. Odparłem, że jedyną rzeczą dzielącą mnie od zimna jest kolekcja książek mojego ojca z lat pięćdziesiątych, przy czym wiele z nich miało pikantne tytuły, jaskrawe okładki i rozczarowująco rzewne historie.

Znajomi mnie opuścili.

Usiadłem w moim igloo, wyobrażając sobie mroźną arktyczną noc na zewnątrz i zastanawiając się, czy zorza polarna rozświetli niebo nade mną. Wyjrzałem, ale zobaczyłem tylko ciemność, usianą drobnymi piegami gwiazd.

Spałem w moim igloo zrobionym z książek. Zgłodniałem. Zrobiłem dziurę w podłodze, zarzuciłem wędkę i czekałem, aż coś zacznie brać. Coś się złapało; książkowa rybka w zielonej okładce opowiadań detektywistycznych Penguina. Zjadłem ją na surowo, bojąc się rozpalić ogień.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, ujrzałem że ktoś pokrył książkami cały świat: książkami w bladych oprawach, w odcieniach bieli, błękitu i fioletu. Skakałem po książkowych krach.

Zobaczyłem kogoś, kto przypominał mi żonę. Stała na lodzie, układając lodowiec autobiografii.

- Myślałem, że odeszłaś – wyszeptałem w jej kierunku. – Myślałem, że zostawiłaś mnie samego.

Nie odpowiedziała i zdałem sobie sprawę, że jest zaledwie cieniem cienia.

Trwał lipiec, gdy słońce na dalekiej północy nie zachodzi nigdy, ale zmęczyłem się i wyruszyłem w kierunku mego igloo.



Zanim zobaczyłem niedźwiedzie, najpierw ujrzałem ich cienie, były olbrzymie i jasne, zrobione ze stron ponadczasowych utworów, wiersze starożytnych i współczesnych pod postacią niedźwiedzi grasowały po krach, wypełnione słowami zdolnymi zranić swym pięknem. Mogłem zobaczyć papier i snujące się na nim słowa i przeraziłem się, że niedźwiedzie mnie zauważą.

Wczołgałem się z powrotem do igloo, unikając niedźwiedzi. Być może zasnąłem w ciemnościach. A potem wychynąłem, kładąc się na wznak na lodzie i przyglądałem się zdumiewającym barwom migoczącej zorzy polarnej, słuchając trzasku i pęku odległego lodu, kiedy baśniowa góra lodowa oderwała się od lodowca mitologii.

Nie wiem, kiedy zorientowałem się, że obok mnie leży ktoś jeszcze. Słyszałem jej oddech.

- Są przepiękne, prawda? – zapytała.

- To aurora borealis, zorza północna – wyjaśniłem.

 - To miejskie fajerwerki z okazji Czwartego Lipca, kochanie – odpowiedziała moja żona.

Złapała mnie za rękę i wspólnie oglądaliśmy fajerwerki.

Kiedy ostatni sztuczny ogień wybuchł w chmurze złotych gwiazdek, dodała:

- Wróciłam do domu.

Nic nie odpowiedziałem, ale bardzo mocno ścisnąłem jej dłoń, opuszczając książkowe igloo i wracając z nią do domu, gdzie mieszkaliśmy, wygrzewając się jak koty na lipcowym upale.

Usłyszałem daleki grzmot. W nocy, kiedy spaliśmy, zaczęło padać, burząc moje igloo z książek, zmywając słowa ze świata.

sobota, 14 czerwca 2014

Do kaduka, czyli żyjąc z burzą w głowie cz. 1



Bardzo długo zbierałam się do tego wpisu, zaczynając, kasując i zaczynając na nowo, popadając w przesadę i chłodne sprawozdania, w dramat, rozpacz i rozdzieranie szat i w garść suchych faktów, przytaczałam absurdalne anegdoty i się na nie złościłam, nie umiejąc wypośrodkować tego, co chciałam przekazać. Bo nie ukrywam, że temat dzisiejszego wpisu, do niedawna zupełnie mi obcy, nagle stał się przejmująco osobisty i niektóre rzeczy będę opisywać, cóż, z autopsji.

Nazywają ją różnie – chorobą szaleńców, opętanych, świętych, królów i przeklętych, tańcami świętego Wita i kadukiem. Dla mnie przede wszystkim jest chorobą niewidzialności, bo na pierwszy rzut oka nie można zidentyfikować, że dana osoba na nią cierpi, a wręcz odwrotnie. Mówię o padaczce (jak ja nienawidzę tej nazwy, brrr!) albo, jak wolę ją nazywać, epilepsji. Planując ten wpis, zamierzałam podejść do tematu bardziej ciekawostkowo oraz kulturowo niż naukowo, bo nie pretenduję do zostania epileptologiem czy też neurologiem, zostawiając ten zaszczyt ludziom ode mnie mądrzejszym. Guess what. Nie znalazłam praktycznie żadnego materiału do analizy. Owszem, znajduję się w doborowym towarzystwie, bo dołączają do mnie Aleksander Wielki, Napoleon, Juliusz Cezar, Philip K. Dick, Charles Dickens (podobnież, bo nigdy tego nie potwierdzono, tak samo jak w przypadku Agathy Christie) , z pewnością Dostojewski (to świetnie, lubię!) i być może van Gogh, z racji odstawienia dragów lub alkoholu Lewis Carroll i E. A. Poe, Ian Curtis (o nim nieco później) i jedyny w swoim rodzaju elfi agent, Hugo Weaving. Wszystkie te postaci wzięłam z tak wiarygodnego źródła, jakim jest Wikipedia, nie wszystkie również mogę potwierdzić jako pewniaki, bo niektóre z ataków spowodowane były syndromem odstawienia lub złośliwą plotką. Przy pomocy jednej ze znajomych, której serdecznie dziękuję, przypomniałam sobie o jednej postaci fikcyjnej, którą mogę zanalizować dogłębnie i nie mieć wrażenia, że analizuję siebie. Mowa o Promieniu (Zwycięskim Promieniu Świtu, gosh, biedny chłopak!) z Kronik Drugiego Kręgu Ewy Białołęckiej. 

 Winietka z wyżej wspomnianym oraz jego hajgońską panterą Miętówką.

Żeby bliżej przyjrzeć się Promieniowi, należy przybliżyć też dzieło, w jakim się ten bohater znajduje. Kroniki Drugiego Kręgu wyrosły z kilku opowiadań stworzonych w latach 90-tych, czyli wtedy, gdy fantastyka polska właściwie raczkowała, opierając się na wspaniałych historiach nadchodzących z nieco mniej zgniłego Zachodu po roku ’89. Zbiorek pod tytułem Tkacz Iluzji przyniósł autorce dwie prestiżowe nagrody (Sfinksa i Zajdla) oraz tytuł Pierwszej Damy Polskiej Fantastyki (IMO nieco na wyrost, ale rzecz jest oczywiście dyskusyjna). Pomysł był genialny w swojej prostocie – świat Białołęckiej jest pełen magów odmalowanych w zupełnie innych barwach niż dotychczas, podchodzących raczej pod mutacje genetyczne aniżeli bezmyślne wkuwanie zaklęć i machanie różdżką czy kosturem, a im większy tak zwany talent, tym większe cierpienie, bowiem jak nam wszystkim wiadomo, w świecie nawet wymyślonym, nie ma nic za darmo. Na początku spotykamy Kamyka, chłopca kilkunastoletniego, obdarzonego umiejętnością upiększania świata, czyli tkania iluzji. Jego największym marzeniem jest przywdzianie błękitnej szarfy, symbolu magicznej profesji. Jest tylko jedno ale. Kamyk jest głuchoniemy. To jedna z wielu niedoskonałości, które przyszło zapłacić bohaterom Białołęckiej za bycie wyjątkowymi. Defekt Kamyka nie jest zresztą jedynym – do kompletu mamy Nocnego Śpiewaka, który pełnił rolę atrakcji w objazdowym freak show, albinoskę Jagodę, Myszkę, który cierpi z powodu zatrzymania wzrostu, i oprócz garstki mniej zdolnych, ale za to zdrowych chłopców, mamy też Promienia.

Jako że książki Białołęckiej z pewnych przyczyn przemawiają bardziej do nastolatków niż osób dorosłych (mając lat 16, zaczytywałam się nimi, teraz patrzę już bardziej krytycznie, choć nadal z pewną sympatią) muszę wyznać, że moje nastoletnie jestestwo nie do końca zrozumiało problemy Promienia. O Promieniu wiemy sporo – pochodzi z książęcego rodu, był nawet kandydatem do ręki cesarzówny, ma olbrzymie daddy issues, poglądy na sprawy religii raczej agnostyczne, lubi koty, jego moc (Promień należy do Iskier, czyli magów władających ogniem) jest gigantyczna (jak twierdzi jeden z jego kolegów, byłby w stanie zagotować jezioro i nawet by się nie spocił) a jednak nie umiałam znaleźć w nim nic, co równoważyłoby się z jego potęgą. Ataki drgawkowe (tzw. grand mal, chociaż mój doktor zjadłby mnie za to określenie, bo tak się już dziś nie mówi, a jednak fascynuje mnie pierwotna nazwa ataków toniczno-klonicznych, bo po francusku oznacza „wielkie zło”) Promieniowi zdarzają się rzadko – albo przy wyczerpaniu (zaraz podsunę stosowny cytacik) albo przy uderzeniu w głowę, co jest typowe dla epileptyków. Jednak ważność ataków Promienia ginie jakoś w mnogości zdarzeń (nieco pogłębiona zostaje w następnych tomach Kronik, których niestety przy sobie nie mam) tak jak tu:


W chwilę później rozpętało się coś w rodzaju miniaturowego cyklonu. Zwycięski Promień Świtu zachłysnął się powietrzem i usiłował zerwać z krzesła, jednak czy to z powodu szoku, czy skurczonej pozycji [Promień brał udział w tzw. „godzinie chwały”, czyli prezentacji magicznych umiejętności, a jego ambicja nie ustępuje rozmiarem Kilimandżaro – przyp. mój] zleciał na podłogę, uderzając w nią głową. Leżał w dziwnej opzycji, w nieskoordynowany sposób poruszając rękoma. Wystraszony Kowal [nauczyciel] usiłował podnieść chłopca, jednocześnie przytrzymując mu głowę.

- Naznaczeni błękitem, t. 2, s. 252


Zaraz potem Promień podrywa się i dostaje ataku szału. Poza brakiem oszołomienia (serio, człowiek nie jest w stanie słowa wypowiedzieć, a co dopiero się zerwać do pionu) który wydaje mi się  bardzo dziwny, oraz poczucia bezradności i słabości (nie lubimy, nie, nie i nie) znaczące wydaje mi się, że Promień nie wspomina ani słowem o dziwacznym incydencie. To już wydaje mi się typowe, bo po ataku tak bywa, czuje się mieszankę wstydu, poczucia winy i własnej bezsilności, więc po prostu się milczy. Czytając dalej, coraz bardziej utożsamiałam się z Promieniem, który ma wyraźne wahania nastrojów i przeskakuje od reakcji niemal histerycznych, poprzez agresywne i niemal miłe. Bo w epilepsji nie jest najgorszy moment drgawkowy, który zazwyczaj przechodzi po kilku minutach. Najgorsze jest po. Po i między ma się nieustannego kaca moralnego, naskakuje na ludzi, którzy chcieliby pomóc, a nie mogą, ma się stany depresyjne i wyrzuty sumienia i w ogóle, nastrój raczej do rzyci. Pod tym względem Promień napisany jest świetnie (chociaż pewności nie mam, czy te huśtawki emocjonalne to zasługa epilepsji, czy tylko zamierzonego charakterku Promienia). I strasznie, okropnie, przeraźliwie zabolał mnie fragment, w którym chłopcy zastanawiają się nad brakiem ułomności przyjaciela, bo to tylko potwierdza moją tezę choroby niewidzialnej, którą chowa się w najgłębszym zakamarku siebie, nie pozwalając dotrzeć tam nawet najbliższym osobom.

A tak w ogóle, to część dalsza będzie, najpewniej w poniedziałek, bo muszę jeszcze poględzić o Joy Division i o komiksie Davida B pod najzajebistszym tytułem świata, tj. o Rycerzach Świętego Wita. I o kadukach też i o chorobie sejmowej i o pławieniu nie-koniecznie-czarownic w samo południe.

(Się rozgadałam. Wybaczcie.)