niedziela, 5 października 2014

Tłumaczenie: Susanna Clarke, "Mieszkanka Wysokich Miejsc"

Czuję się w obowiązku przedstawić Susannę Clarke, zwłaszcza, że zapowiadałam Sofię Samatar i Angelę Carter. Jednak kilka dni temu wpadłam na pisaną wersję tego opowiadania (bo oryginalnie zostało ono napisane dla BBC4, brytyjskiej stacji radiowej w formie audiobooka, do usłyszenia choćby tu.) Susanna Clarke jest autorką, moim zdaniem, zjawiskową. Napisała bowiem powieść w kształcie, który prawdopodobnie ciężko uświadczyć od czasów królowej Wiktorii, tzw. three-deckera (czyli jedną powieść w trzech częściach i tak, to odróżnia się od trylogii) pod tytułem Jonathan Strange i pan Norrell, w powieści tejże splatając okres regencji i wojen napoleońskich razem ze szczyptą staroświeckiej magii. O książce chętnie napiszę kiedyś - najpewniej w okresie świątecznym - ale dziś chciałabym przedstawić historyjkę utrzymaną w tym samym czułym, Austenowskim klimacie, podszytą realizmem magicznym (oryginał tekstu znalazłam tutaj.). 

(Miałam tu bronić tłumaczenia, ale zrezygnowałam. Powiem tylko jedno - zagadka była koszmarem i przekładałam ją dziś w nocy na komórce). W wasze ręce!



Mieszkanka Wysokich Miejsc

 

Ażeby dobrze zacząć, nazywam się Lucy Manners i mam dwanaście lat. Ubiegłego lata moja starsza siostra Tiz poślubiła pana Rainwortha. Była to dla mnie przykra zmiana, bo byłyśmy sobie bardzo bliskie. Mój brat, Gowland, przebywa z lordem Wellingtonem w Hiszpanii, walcząc z Francuzami. Tak więc kiedy nadszedł styczeń, Papa orzekł, że znużyła go moja smętna mina i posłał mnie do szkoły pani Hackett na Great-Titchfield-Street.

Pierwszego dnia podeszły do mnie dwie dziewczynki. Ucieszyłam się, myśląc, że znajdę nowe przyjaciółki, ale wkrótce okazało się, że przyjaźń nie leżała w ich intencjach. Zamiast tego nazwały mnie chuderlakiem, powiedziały, że mój fartuszek z muślinu się wystrzępił, a buty są niemodne. Według Emmeliny Twist i Amelii Froggett lista moich wad nie miała końca. W dodatku nie zadowoliły się jedynie wyzwiskami, próbując mnie przestraszyć niedorzecznymi historiami o duchach.

- Och! Czyżbyś nie słyszała? – krzyknęła Emmelina – Nasza szkoła jest nawiedzona przez szaloną nauczycielkę, którą oddaliła pani Hackett!

- Mieszka na strychu – dodała Amelia. – Czasami można usłyszeć, jak mówi w obcych językach i od czasu do czasu wyje przez szyb komina.

- A – rozpromieniła się Emmelina z wielką satysfakcją – te dziewczynki, które ją usłyszą, umierają zanim minie tydzień.

- Nie wierzę wam – zaprotestowałam. – Kto niby umarł? Nikt, jak przypuszczam.

W pewien szary i wietrzny czwartek pani Hackett dała Emmelinie, Amelii i mnie do nauczenia się długą listę niemieckich czasowników. Nie miałam zamiaru siedzieć razem z nimi, zatem wspięłam się na szczyt domu, do pokoju na poddaszu. Niedługo potem usłyszałam dziwne odgłosy dobiegające z góry – miękkie, nieczęste stąpanie. Nie miałam wiele czasu, by zastanowić się, czy jestem przestraszona, czy też nie, gdy przez komin wyleciał szpak i zaczął okrążać pokój, obijając się drobnym ciałkiem o ściany.

Z komina dobiegł mnie syk:

- Angielko! Angielko! Mój ptak właśnie odleciał! Złap go, jeżeli możesz!

Pomyślałam, że to odrobinę niegrzeczne. Jednakże odkrzyknęłam uprzejmie w stronę komina:

- Jeżeli można wiedzieć, do czego jest pani potrzebny?

- Cóż to za pytanie! – fuknęła nieznana mi dama – Chcę go oczywiście zjeść!

Otworzyłam okno, w nadziei, że ptak wyleci na zewnątrz. Później wybiegłam z pokoju i pognałam na strych. Panował tam półmrok, z zaledwie jedną szparą w dachu, przez którą do środka padał deszcz i wdzierał się wiatr. Poczułam smród truchła. Coś chrupnęło mi pod stopami; spojrzałam w dół i zobaczyłam, że podłoga usłana jest kośćmi małych zwierząt, ptaków i myszy. W półmroku poruszył się ciemny kształt. Przez pierwszą chwilę go nie rozpoznałam, ale później ujrzałam kobiecą twarz i serce podeszło mi do gardła. Jej twarz znajdowała się nie tam, gdzie powinna. Była zawieszona cal czy dwa nad podłogą, mniej więcej w połowie ciemnego zarysu.

Myślałam, że zemdleję.





Nagle wstąpiła w prześwit nikłego światła i zrozumiałam, że to wcale nie jest kobieta. W dużej mierze była lwicą, poza tym miała parę przybrudzonych skrzydeł i uroczą, ale niepokojącą twarz. Kobiece piersi miała skromnie zasłonięte zniszczonym niebieskim szalem, a włosy zawinięte w papiloty, których nikt nie wyjął, splątane i skołtunione. Wyglądała tak żałośnie, że w sercu znalazłam dla niej tylko litość.

Mierzyłyśmy się wzrokiem. W zamyśleniu kołysała na boki lwim ogonem.

- Proszę mi wybaczyć – zagaiłam – ale czy nie jest pani przypadkiem sfinksem?

- Nie – oznajmiła nonszalancko. – Jestem tym Sfinksem. Egipskich sfinksów jest mnóstwo, ale w Grecji był tylko jeden.

- Och!

Zapadła niedługa cisza.

- Zastanawiałam się – zaczęłam nieśmiało – czy mogłabym panią uczesać? Pani z pewnością tego potrzebuje, a sprawiłoby mi to wielką radość.

Odpowiedziała dostojnym skinieniem głowy.

Wyciągnęłam więc szczotkę ze swojej kieszeni i zaczęłam czesać. Jej włosy były takie, jak lubię najbardziej – w delikatnym, złotym odcieniu, kręcone z natury.

- Ciężko trafić na dobrą służącą – wtrąciłam. – U potworów jest zapewne podobnie jak u ludzi.

- Potworów! – wykrzyknęła, oburzona. – Kogo nazywasz potworem?!

- Proszę mi wybaczyć, ale ma pani ciało lwa i twarz oraz piersi kobiety, i…

- Cóż za bzdury opowiadasz! Świat jest pełen potworów i sama jesteś jednym z nich – rzecz jasna, jestem zbyt dobrze wychowana, by o tym wspominać, ale sama mnie do tego zmusiłaś. Lew jest sfinksem z kocią głową – okropny przypadek. Człowiek jest jeszcze gorszy. U człowieka przepiękne twarz i piersi sfinksa zostają przyćmione przez łapy przebrzydłej małpy i nogi niczym zrośnięte korzenie pasternaku. – Wzdrygnęła się. – Ughhhhh!

Skrzydła załopotały w mroku, głowa Sfinksa się odwróciła.

- Ptaki. Szpaki. Nie lubią mnie. Obrzucają mnie wyzwiskami.

- Och! – westchnęłam. – Wiem, co ma pani na myśli. Na dole mieszkają dwie głupie, niewychowane dziewuchy, które robią mi to samo.

- Przegryź je wpół – zaproponowała Sfinks.

- Nie sądzę, żeby pani Hackett to pochwalała, a poza tym nie potrafię otwierać tak szeroko ust.

-  Ja potrafię – podsumowała z dużą dozą satysfakcji.

Pomimo jej kapryśnej natury od tego dnia byłyśmy przyjaciółkami i gdykolwiek pani Hackett zadawała mi osobną pracę, biegłam na górę, by przy prześwicie w dachu kamienicy usiąść wraz z moim Sfinksem. Kochała położone wysoko miejsca, mogąc z nich wszystko obserwować. Jeżeli damy i panowie przejeżdżali konno wzdłuż Great-Titchfield-Street, wyglądała przez okno, mrucząc pod nosem:

- Centaury. Nieznośne stworzenia.

Któregoś dnia, kiedy trefiłam jej włosy, zapytałam:

- Jak to się stało, Sfinksie, że przybyłaś do Londynu?

- Och, to prosta historia. Przypłynęłam na statku, strzeżona przez młodych, urodziwych marynarzy. Wszystko zostało ustalone przez Monsieur Fauvela. Trzeba ci wiedzieć, Lucy, że Monsieur Fauvel mieszka w Atenach i ma za zadanie skupować najpiękniejsze greckie płaskorzeźby i posągi i wysyłać je do Francji. Wyobraź sobie jego niezadowolenie, kiedy odkrył, że para Szkotów, Lord i Lady Elgin przybyli do Aten z dokładnie tym samym zamiarem! W dodatku lady Elgin jest ulubienicą tureckiego sułtana (który rządzi Atenami). Monsieur Fauvel był zmuszony patrzeć, jak wielkie skarby (które jego zdaniem powinny dotrzeć do Paryża) zostają przewiezione statkiem przez jego londyńskich wrogów. Więc odnalazł mnie, ofiarowując mi prezent w postaci niebieskiego, wełnianego szala i błagał mnie na kolanach, abym przybyła do Londynu ukarać jego mieszkańców. Co, oczywiście, zrobię z rozkoszą.

- Dobry Boże! – zakrzyknęłam. – Jak masz zamiar to uczynić?

- Zadam im zagadki, a gdy nie będą znać odpowiedzi, uduszę ich.

- Och nie! – przeraziłam się. – Proszę, nie rób tego. Dlaczego miałabyś to robić? A prezent od Monsieur Fauvela nie jest nawet ładny. Przyniosę ci piękniejszy szal niż ten stary, niebieski.

- To nie jest kwestia podarunku – odpowiedziała Sfinks z godnością. – Jestem Dusicielką. Jestem Pytającą. Jestem Strażniczką Nocnych Drzwi. Jestem Mieszkanką Wysokich Miejsc. Jestem Ludzką Zgubą.

- Jeżeli tak twierdzisz, kochanie. Ale to naprawdę nie brzmi miło. Lecz jeżeli dobrze pamiętam opowieść o Edypie, on odgadł twoją zagadkę  i musiałaś rzucić się w przepaść, rozrywając swe ciało na strzępy.

Sfinks ziewnęła. – Tak, Edyp twierdził coś w tym rodzaju, prawda?

- Kiedy masz zamiar rozpocząć? Mam na myśli Londyn?

- W każdej chwili – odpowiedziała i zaczęła lizać swą łapę.

Lecz moim zdaniem nie była wcale tak pilna, jak liczył na to Monsieur Fauvel, załadowując swój statek.

Nie miała dobrego zdania o metodach nauczania pani Hackett.

- Nie sądzę, abyś uczyła się czegokolwiek pożytecznego, Lucy. Na szczęście znam wielu mądrych nauczycieli. Mój brat Cerber – ten, który pilnuje bram piekielnych – zagoniłby udręczone dusze, by wyjawiły ci swe tajemnice. I jest jeszcze Lamia – wspaniała dziewczyna z eleganckim zielonym łuskowatym ogonem! Och, oszalałabyś na jej punkcie! Pokazałaby ci, jak wyjąć gałki oczne z oczodołów i wsadzić je tam z powrotem!




Nigdy nie wyjaśniła mi, do czego miałoby być mi to potrzebne.

Któregoś lutowego dnia, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, powiedziałam:

- Kochany Sfinksie, wiesz, że cię uwielbiam i że pragnęłabym, byś została w Londynie. Ale jeżeli nadal trwasz w zamiarach zadawania ludziom zagadek, myślę, że powinnaś zacząć ode mnie i, jeżeli leży to w mojej mocy, uratować miasto.

- Wiesz, że jeśli udzielisz błędnej odpowiedzi, uduszę cię – odparła.

- Tak.

- Uważasz się za mądrzejszą od reszty Londyńczyków?

- Ależ skąd! Właściwie wcale nie uważam się za bystrą. Ale znam ciebie, Sfinksie, a to może okazać się pomocne.

- Bardzo dobrze.

Serce załomotało mi w piersi. Milczała tak długo, że z nerwów nie mogłam się powstrzymać, by nie przerwać ciszy:

- Czy to będzie ta o stworzeniu, które rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech, bo jeżeli tak…

- Oczywiście, że nie! Nie, już wymyśliłam. Gotowa?

- Tak, kochany Sfinksie.

Zacznę od kuzyna, który grzywę nosi,
Chociaż odwagi jego chwalić nikt nie prosił,
Potem dodam do niego narząd oczywisty,
Czerwony, bijący, smaczny i mięsisty.
I w końcu małą Lucy, która tutaj stoi,
Która ocala Londyn, choć się nieco boi.

Zastanowiłam się przez chwilę.

- Cóż. Twój kuzyn, który nosi grzywę, to lew. I wiem, jak bardzo nie lubisz lwów, bo wywyższają się i wydają się ważne niczym władcy zwierząt, będąc tylko w połowie sfinksami. A swoją drogą, Sfinksie, czy wspominałam ci kiedykolwiek, że francuski cesarz, Napoleon Bonaparte jest uważany za dzielnego jak lew? Więc jeśli mu służysz, kochanie, to nieco sprzeczne, nie sądzisz? A co do drugiej części, to cóż, ten czerwony i bijący organ to serce – zaczęłam płakać, bo nie mogłam się dłużej powstrzymać – a złożone razem tworzą „lwie serce”. I to naprawdę urocze, kochanie, że według ciebie zasłużyłam na takie miano. I bardzo, bardzo mi przykro, że przeze mnie musisz skoczyć w przepaść.

Sfinks błysnęła uśmiechem.

- Zuch dziewczynka – pochwaliła i dotknęła mojej twarzy różowym ostro zakończonym językiem – co musiało być pocałunkiem Sfinksa.

I wówczas zeskoczyła z parapetu, w dół, w dół Great-Titchfield-Street.

I och, jaka głupia byłam, wierząc w te stare bajdy Edypa! Bo przecież skoro grecki Sfinks ma skrzydła, to jak może roztrzaskać swe ciało o ziemię?

Wznosiła się wyżej i wyżej, powoli bijąc skrzydłami powietrze. Londyn pod nią był cienisty i mroczny, jak prastare cmentarzysko, pełne snujących się duchów – co brzmi dosyć okropnie, wiem, ale cieszyłam się, bo najwyraźniej ją zachwycił. Zniknęła mi z oczu, kiedy szybowała nad srebrzystą wstęgą Tamizy, zwracając się na wschód, w stronę Grecji; skąpana w złocisto-czerwonej chwale słońca odbijającego się od futra i piór Mieszkanki Wysokich Miejsc.




PS: Dziękuję z całego serca załodze bloga NeilGaiman.pl za miłe słowa i za polecankę na facebook'owym fanpage'u! :D

piątek, 3 października 2014

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść lutowa"



I to już koniec Kalendarza Opowieści (i, przynajmniej na dłuższy czas, koniec Gaimana). W przyszłości wypatrujcie Sofii Samatar i Angeli Carter.




Opowieść lutowa


NEIL PYTA:
„Jaka była najdziwniejsza rzecz, jaka przytrafiła wam się w lutym?”
@zyblonius ODPOWIADA:
„Spotkałem na plaży dziewczynę, szukała wisiorka swej babci, zgubionego 50 lat wcześniej. Był u mnie, znaleziony w ubiegłym lutym”.
#KeepMoving #FebTale






Szare lutowe niebo, mgliste białe wydmy, czarne skały i morze, również czarne, jak ze starej fotografii, i tylko dziewczyna była ubrana w żółtą przeciwdeszczową pelerynę sącząc kolor do świata.

Dwadzieścia lat temu staruszka wędrowała po plaży przy każdej pogodzie, garbiąc się, wpatrując w piaski, od czasu do czasu schylając z trudem żeby podnieść kamyk i pod niego zajrzeć. Kiedy przestała przychodzić, kobieta w średnim wieku – jak przypuszczałem, jej córka – przemierzała plażę z mniejszym niż jej matka entuzjazmem. Teraz przestała się pojawiać i ona, a jej miejsce zajęła dziewczyna.

Podeszła do mnie. Byłem jedyną osobą poza nią w tej mgle. Wydawała się niewiele młodsza ode mnie.

- Szukasz czegoś? – zawołałem.

Zrobiła minę. – Dlaczego myślisz, że czegoś szukam?

- Przychodzisz tu codziennie. Przed tobą była inna kobieta, a przed nią jeszcze inna, staruszka z parasolką.

- To moja babcia – oświadczyła dziewczyna w żółtej pelerynie.

- Zgubiła coś?

- Wisiorek.

- Musiał być bardzo cenny.

- Nie naprawdę. Ale miał wartość sentymentalną.

- Musiało to być coś więcej, jeżeli twoja rodzina szuka go od iks lat.

- Tak – zawahała się. Potem ciągnęła:

- Babcia mówiła, że zabierze ją z powrotem do domu. Przybyła tu tylko po to, żeby się rozejrzeć. Była ciekawa. A potem zaczęła martwić się o swój wisiorek, który miała na sobie, więc schowała go pod kamieniem, żeby mogła go znaleźć, kiedy tu wróci. A potem wróciła, i nie była pewna, który to kamień. Już nie. To było pięćdziesiąt lat temu.

- Skąd pochodziła?

- Nigdy nam tego nie zdradziła.




Sposób mówienia dziewczyny zmusił mnie do zadania pytania, którego się obawiałem:

- Czy wciąż żyje? Twoja babcia?

- Tak. Tak jakby. Ale już się do nas nie odzywa. Po prostu wpatruje się w morze. To musi być okropne, tak się zestarzeć.

Potrząsnąłem głową. Wcale nie. A później wsadziłem dłoń do kieszeni kurtki i wyciągnąłem ją w jej stronę. – Wyglądał może podobnie? Znalazłem go na plaży rok temu. Tkwił pod kamieniem.

Wisior uniknął zniszczenia przez piasek i słoną wodę.

Dziewczynę zatkało, potem uściskała mnie i podziękowała, zabierając wisiorek i biegnąc po mglistej plaży w kierunku małego miasteczka.

Obserwowałem ją, złoty kleks w czarno-białym świecie. Ściskającą wisior jej babci w dłoni. Był bliźniaczo podobny do tego, który nosiłem sam.

Rozmyślałem o jej babci, mojej małej siostrzyczce, czy kiedykolwiek wróci do domu, a jeżeli tak, to czy wybaczy mi dowcip, który jej spłatałem. Być może wybrałaby pobyt na ziemi, a zamiast siebie wysłałaby dziewczynę. To mogło być zabawne.

Dopiero gdy moja cioteczna wnuczka odeszła i zostałem sam, uniosłem się, pozwalając wisiorkowi zabrać się do domu, w przestrzeń nad nami, gdzie włóczymy się z samotnymi niebiańskimi wielorybami i gdzie morza i niebo są jednym.


czwartek, 2 października 2014

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść styczniowa"



Opowieść styczniowa

NEIL PYTA:
„Dlaczego styczeń jest tak niebezpieczny?”
@zyblonius ODPOWIADA:
„Bo odszedł właśnie doświadczony żołnierz i zastąpił go nieopierzony chłopiec, bezradny niczym dziecko we mgle”.
#KeepMoving #JanTale





Bam!

- Zawsze tak jest? – dzieciak wyglądał na zdezorientowanego. Rozglądał się po pokoju, nie mogąc skupić na niczym. To mogło go zabić, jeżeli nie będzie uważał.

Dwunasty poklepał go po ramieniu.

- Skąd. Nie zawsze. Jeżeli będą jakieś kłopoty, nadejdą stamtąd. – Wskazał na drzwi na strych i sufit nad nimi. Drzwi były lekko uchylone, a ciemność łypała zza nich niczym ślepię.

Dzieciak kiwnął głową. Potem znów się odezwał.

- Ile mamy czasu?

- Wspólnego? Może z dziesięć minut.

- W Bazie ciągle pytałem o jedną rzecz, ale nie chcieli mi powiedzieć. Mówili, że sam się przekonam. Kim oni są?

Dwunasty nie odpowiedział. Coś się zmieniło, chociaż można to było przeoczyć, w ciemności strychu ponad ich głowami. Przytknął palec do ust, a potem uniósł broń, nakazując chłopakowi zrobić to samo.

Wypadły na nich ze strychu, szare niby kamień i zielone jak pleśń, z ostrymi zębami i bardzo, bardzo szybkie. Chłopak wciąż męczył się ze spustem, kiedy Dwunasty zaczął strzelać i zdjął je wszystkie, całą piątkę zanim dzieciak zdążył choćby otworzyć ogień.

Zerknął w lewo. Chłopak się trząsł.

- No i widzisz – oświadczył.

- Chyba powinienem zapytać „czym oni są”?

- Kim albo czym. Jeden pies. Są wrogami. Wyślizgują się spoza krawędzi czasu. A teraz, podczas zmiany, zaatakują w pełni swych sił.

Wspólnie zeszli po schodach. Znajdowali się w małym domu na przedmieściach. Kobieta i mężczyzna siedzieli w kuchni przy stole, z butelką szampana. Zdawali się nie zauważać dwóch mężczyzn w mundurach przechodzących przez pokój. Kobieta nalała szampana do kieliszków.

Mundur chłopaka był czysty, w odcieniu granatu, wyraźnie nieznoszony. U paska miał zawieszoną klepsydrę, pełną białego piasku. Mundur Dwunastego wystrzępił się i wypłowiał do koloru błękitu, połatany tam, gdzie go pocięto, rozdarto lub wypalono. Dotarli do kuchennych drzwi i-

Bam!

Znaleźli się na zewnątrz, w jakimś bardzo zimnym lesie.

- PADNIJ! – ryknął Dwunasty.

Ostry przedmiot przemknął nad ich głowami, roztrzaskując się o drzewo za nimi.

Dzieciak szepnął – Myślałem, że mówiłeś, że nie zawsze tak jest.

Dwunasty wzruszył ramionami.

- Skąd oni się biorą?

- Z czasu – wyjaśnił Dwunasty – czają się za sekundami, próbując się uwolnić.

W lesie niedaleko nich coś zrobiło głośne łup, i wysoki świerk zaczął płonąć miedziano-zielonym płomieniem.



- Gdzie są?

- Znowu nad nami. Zazwyczaj są albo nad, albo pod tobą.

Opadły na ziemię jak iskry z fajerwerków, piękne i białe i może trochę niebezpieczne.

Dzieciak zaczynał się przyzwyczajać. Tym razem wystrzelili obaj.

- Uprzedzili cię? – zapytał Dwunasty. Kiedy wylądowali, iskry wyglądały mniej pięknie i dużo bardziej niebezpiecznie.

- Nie bardzo. Powiedzieli mi, że to robota tylko na rok.

Dwunasty przeładował prawie bez zastanowienia. Posiwiał i był pokryty bliznami. Dzieciak wyglądał zbyt młodo, by w ogóle mieć broń. – A powiedzieli, że ten rok wyda ci się życiem?

Chłopak pokręcił głową. Dwunasty przypomniał sobie, kiedy sam był młody, w galowym mundurze bez wypalonych dziur. Czy naprawdę wyglądał kiedyś tak dziecięco? Tak niewinnie?

Poradził sobie z pięcioma ognistymi demonami. Chłopak zdjął pozostałą trójkę.
- A więc to rok walki – zrozumiał chłopak.

- Sekunda po sekundzie – potwierdził Dwunasty.

Bam!

Fale rozmywały się o brzeg plaży. Było gorąco, jak to w styczniu na południowej półkuli. Wciąż jeszcze trwała noc. Na niebie ponad nimi zastygły nieruchomo fajerwerki. Dwunasty sprawdził swoją klepsydrę; zostało zaledwie kilka ziarenek piasku. Jego czas prawie minął.

Przeczesał wzrokiem plażę, fale, skały.

- Nie widzę go – zaniepokoił się.

- Ja widzę – uspokoił go chłopak.

Wskazał i coś powstało z morza, coś niewyobrażalnie olbrzymiego, zwaliste i złowrogie, całe złożone z macek i szponów, ryczące przy wynurzeniu.



Dwunasty zdjął z pleców wyrzutnię rakiet i oparł ją na ramieniu. Wystrzelił i patrzył, jak ogień rozkwita na skórze stworzenia.

- Największy, jakiego widziałem – podsumował. – Może najlepsze zostawiają na sam koniec.

- Hej – zaprotestował dzieciak – dla mnie to dopiero początek.

Wtedy ich zaatakowało, machając i klekocząc szczypcami, strzelając mackami, kłapiąc na próżno szczękami. Pobiegli po piaszczystych wydmach.

Dzieciak był szybszy niż Dwunasty; był młody, ale czasem to daje przewagę. Dwunasty poczuł ból w kolanie i potknął się. Ostatnie ziarenko w klepsydrze poruszyło się, kiedy poczuł, że coś – macka, zdał sobie sprawę – owinęło się wokół jego nogi i upadł.

Spojrzał w górę.

Dzieciak stał na wydmie, ze stopami szeroko rozstawionymi, jak uczą na obozach treningowych, trzymając w dłoniach model miotacza, którego Dwunasty nie znał, bardziej nowoczesny, przemknęło mu przez głowę. Zaczął się żegnać ze światem, kiedy coś ciągnęło go po plaży, szorując jego twarzą po piasku. A potem był tylko tępy huk i macka puściła, a stwór na powrót zanurzył się w wodzie.

Dwunasty opadał w powietrzu, kiedy spadło ostatnie ziarno piasku i zabrała go Północ.

Dwunasty otworzył oczy. Był w miejscu, gdzie odchodzą ubiegłe lata. Czternasta pomogła mu zejść z podium.

- Jak poszło? – zapytała Tysiąc Dziewięćset Czternasta. Miała na sobie białą spódnicę do ziemi i długie, białe rękawiczki.

- Z każdym rokiem coraz bardziej niebezpieczne – odparł Dwa Tysiące Dwunasty.  – Sekundy i stwory za nimi. Ale polubiłem tego dzieciaka. Myślę, że nieźle się sprawi.