sobota, 19 kwietnia 2014

Tłumaczenie: Angela Carter, "Wilkołak"

Ufff, w końcu nie Gaiman!, zakrzyknęli wszyscy z ulgą. No, faktycznie nie, tym razem będzie coś innego, mroczniejszego, w klimacie, któremu sprzyja późny wieczór i lampa na stole, rzucająca obce cienie na ściany. Bo mamy przed sobą Angelę Carter, której "Krwawa komnata" jest dowodem na to, że z wyświechtanych, wysłuchanych miliony razy historii można zrobić coś magiczno-odkrywczego, że warto zejść czasami ze ścieżki narracji, żeby pozwolić swym bohaterkom na śmielsze ruchy (bohaterkom, bo Angela Carter jest przedstawicielką ruchu feministycznego). O Angeli i o tym, co robi z literaturą będzie jeszcze kiedyś, bardziej szczegółowo, na razie macie drobinkę jej talentu, z małą prośbą ode mnie - z czytaniem zaczekajcie do wieczora. Oryginał tu.



Wilkołak

To północny kraj; gdzie przy srogiej pogodzie lodowacieją serca.

Zimno, nawałnice, dzikie bestie w lasach. To trudne życie. Ich domy są zbudowane są z bali, wewnątrz wypełnione ciemnością i dymem. Za topniejącą świecą znajdziesz tu prymitywną ikonę dziewicy, świńską nogę zawieszoną do celów leczniczych, sznur suszących się grzybów. Łóżko, taboret, stół. Ciężkie, krótkie, ubogie życia. 

Dla drwali żyjących na podgórzu diabeł jest tak prawdziwy jak ty i ja. Więcej nawet, bo nie mają pojęcia o naszym istnieniu i nigdy nas przecież nie widzieli, ale diabła widywali często na cmentarzach, na tych poruszająco samotnych metropoliach zmarłych, gdzie groby naznaczone są naiwnymi wizerunkami nieboszczyków i gdzie nie ma kwiatów do ofiarowania. Tu kwiaty nie rosną, więc kładą symboliczne wotywne ofiary, niewielkie bochenki chleba, czasem kawałki ciasta, po które przychodzą niedźwiedzie, człapiąc z obrzeży lasów. O północy, zwłaszcza w Noc Walpurgii* diabeł urządza na cmentarzu pikniki i zaprasza wiedźmy; wykopują świeże ciała i je pożerają. Każdy wam to powie.

Wieńce czosnku na drzwiach chronią przed wampirami. Odwrócone w trakcie porodu dziecko z niebieskimi oczami otrzyma dar widzenia, urodzone w noc świętojańską. Kiedy odkryją wiedźmę – jakąś starą kobietę, której sery dojrzewają, w przeciwieństwie do serów sąsiadów, inną, której czarny kot, o, niech będą przeklęci! podąża za nią krok w krok, rozbierają staruchę do naga, szukają znamion takich jak dodatkowy sutek, który ssie jej chowaniec. Wkrótce go znajdą. Wtedy ukamienują ją na śmierć.

Zima i mróz.

Idź i odwiedź chorą babkę. Zabierz ciasteczka owsiane, które dla niej upiekłam na kamieniu i garnuszek miodu. 

Dobre dziecko słucha swej matki – pięć mil przedzierania się przez las, nie schodź ze ścieżki przez wzgląd na niedźwiedzie, dzikie knury i wygłodniałe wilki. Masz, weź nóż myśliwski swojego ojca, wiesz jak go używać.





Dziecko ma na sobie wyliniałą, wełnianą pelerynę, chroniącą przed zimnem, zna las zbyt dobrze, by się go obawiać, ale musi być czujna. Kiedy słyszy mrożący krew skowyt wilka, upuszcza na ziemię dary, chwyta za nóż i odwraca się w jego stronę.

Jest olbrzymi, ma ślepia błyszczące czerwienią i szczerzy ociekające śliną kły, każdy poza dzieckiem z gór umarłby ze strachu na jego widok. Rzucił się jej do gardła, jak robią wilki, ale jednym precyzyjnym cięciem sztyletu ojca odcięła mu prawą przednią łapę.

Wilk zaskomlał, niemal załkał, kiedy ujrzał co się stało, wilki są bardziej tchórzliwe, niż na to wygląda. Umknął, lawirując pomiędzy drzewami, tak szybko, jak pozwalały mu na to trzy łapy, zostawiając na śniegu szlak krwi. Dziecko otarło do czysta ostrze o swój fartuch, zawinęło wilczą łapę w kawałek materiału, w który matka zapakowała ciastka i skierowało się w stronę domu babki. Wkrótce śnieg zasypał ścieżkę i wszystkie ślady, które mogły być widoczne.

Odkryła, że babka była bardzo chora; leżała w łóżku, zapadając w niespokojny sen, jęcząc i drżąc. Dziecko domyśliło się, że ma gorączkę. Położyła rękę na jej czole, było rozpalone. Wytrząsnęła chustę z koszyka, by zrobić z niej kompres dla babki, wypadła z niej wilcza łapa.





Ale to nie była wcale wilcza łapa. To była dłoń, odrąbana w nadgarstku, dłoń stwardniała od pracy i poplamiona przez starość. Na serdecznym palcu widniała obrączka, na wskazującym kurzajka. Dzięki tej kurzajce poznała dłoń swojej babki.

Zaczęła ponownie upychać chustę, ale stara kobieta obudziła się i zaczęła szarpać, wyjąc i wrzeszcząc jak opętana. Ale dziecko było silne i miało przy sobie myśliwski nóż ojca, zdołała więc powstrzymać babkę na tyle długo, by zobaczyć przyczynę gorączki. Tam gdzie powinna być prawa dłoń widniał krwawy kikut, zaczynający już gnić.

Dziecko przeżegnało się i krzyknęło tak głośno, że sąsiedzi usłyszeli ją i przybiegli. Od razu rozpoznali kurzajkę na ręku jako wiedźmi sutek, kijami wypędzili staruchę tak jak stała na śnieg, chłostając stare ciało, zaganiając ją aż na skraj lasu i obrzucając kamieniami dopóki nie padła trupem.
Obecnie dziecko żyje w chacie swojej babki, dobrze jej się wiedzie.


___ 

* Noc Walpurgii - przypadająca 30 kwietnia w mitologii germańskiej odpowiednik Halloween i nocy przed Wszystkimi Świętymi - była to noc, kiedy upiory o zmierzchu wracały na ziemię.

piątek, 18 kwietnia 2014

What does the fox say, czyli co nieco o japońskich legendach



Jaki jest lis (vulpix vulpix), każdy widzi.  A jeśli nie widzi, niech się dobrze przyjrzy poniższemu zdjęciu.




W folklorze europejskim lis przyjmuje zazwyczaj cechy niezwykłego przechery, zdolnego zawsze obrócić sytuację na swoją korzyść (patrz: bajki Ezopa, Le Fontaine’a, ballady o lisie Renartcie, pełniącym funkcję francuskiego trickstera) z niewielkimi wyjątkami, na przykład w staroangielskiej wersji baśni o Sinobrodym, w której protagonista (zwany po prostu Mr Fox) oświadcza się przepięknej Mary. Nim jednak odbędą się zaręczyny, dziewczyna opowiada wybrakowi serca i jej dwóm braciom ponury sen, w którym pan Lis po raz pierwszy zaprosił ją do swojego przepysznego zamku (jak zwykle w takich historiach, podstawą związku nie była stricte miłość, ale waluta), obiecując, że będzie znaczył drogę krwią zabitej świni. Podążając za śladem rozlanej krwi, Mary weszła do zamku, odnajdując na furcie napis „Be bold, bold, but not too bold, lest that your’s heart blood should run cold”, co można przetłumaczyć: „Bądź śmiały, śmiały, lecz nie nazbyt śmiały, inaczej twe serce w piersiach stanie białych.” Napis ten pojawia się w baśni jeszcze w kilku miejscach, będąc swoistym refrenem. Okazało się, że Mary przybyła za wcześnie – usłyszawszy kroki właściciela zamku, ukryła się za drzwiami i obserwowała, jak pan Lis zawleka swą zdobycz – młodą, ładną dziewczynę i ćwiartuje ja na kawałki (jak można się łatwo domyślić, to nie świńska krew znaczyła drogę do zamku…) Po dłuższej chwili pan Lis odchodzi, a Mary chwyta to, co pozostało z jego ofiary - odciętą dłoń i prędko umyka. Przez całą narrację Mary podkreśla, że był to tylko jej sen, na co pan Lis odpowiada: „It is not so, nor it was not so. And God forbid it should be so”, czyli „To nie tak było, to nie tak było i niech Bóg broni by się zdarzyło”, dodając jeszcze więcej muzycznego wydźwięku całej opowieści. Na zakończenie Mary wyjmuje z fałd sukni odciętą rękę i rzuca ją na stół, dowodząc prawdy swych słów, a pan Lis ginie, zabity przez jej braci.  



Dama z lisim cieniem.

Lis występuje też w wielu legendach z Japonii, przyjmując tam twarz zmiennokształtnego stworzenia, trochę podobnego do wilkołaka (w Japonii nie ma wilków, a lis jest tam prawdopodobnie najniebezpieczniejszym z psowatych). Japoński folklor opisuje częściej i chętniej lisie kobiety, które na wzór selkies (o selkies wspominałam troszeczkę we wpisie o Sekrecie Kells) porzucają pierwotną postać na rzecz ludzkich mężczyzn. Taki człowiek nigdy nie może być pewien, czy to jemu przypadła w udziale lisia dziewczyna, ale może się tego dowiedzieć, dokładnie ją obserwując – pod kimonem można wówczas zauważyć puszysty ogon, jedyna pozostałość prawdziwej tożsamości. Jeżeli znajdzie się lisią kitę pod ubraniem żony, należy zastanowić się, co z tym fantem zrobić, bo takie kobiety, przez Japończyków zwane kitsune, czyli po prostu: lisice, mogą być bardzo potężne, pomocne, ale również kapryśne. Kitsune dzielą się na dwa gatunki: yako (dzikie lisy, te złośliwe i nieprzewidywalne, bliskie celtyckim faeries) i zenko (dobre lisy, te uczynne i pomocne, wędrujące po ziemi w poszukiwaniu domowego ogniska). Lis w Japonii jest na tyle ważnym i magicznym stworzeniem, że w wielu świątyniach można znaleźć ich pomniki, na przykład tu:

 Kapliczka bogów Inari

Kolorystyka lisów w mitologii japońskiej jest utrzymana w dwóch kolorach – białym i czerwonym. Były posłańcami bogów Inari, co wzmocniło tylko ich mitologiczną pozycję. Interesujące jest też, że nie każdy kitsune posiada tylko jeden ogon – im więcej kit, tym większy (w kategoriach mocy) i mądrzejszy jest kitsune; przy czym te etapy również mają swoje limity, zatrzymując się na dziewięciu ogonach.


                                                                                          Maska kitsune.



 Lis o dziewięciu ogonach to Bardzo Mądry Lis.

Z kitsune Japończycy wiązali to samo zjawisko, co Anglicy z elfami, to znaczy błędne ogniki na podmokłych terenach (w Japonii określane kitsunebi – lisimi ognikami). Światło miało pochodzić z kości ofiar, które lisy trzymały w pyskach. Lisy miały przepowiadać noworoczne plony, w ostatnią noc roku zbierając się w świątyniach i rozdzielając pomiędzy sobą zadania i rangi na nowy rok. Lisy, a szczególnie ich bardziej tajemnicza forma, kitsune były też inspiracją dla skrybów i artystów. Właściwie tak zostało im po dziś dzień, bo chciałabym wymienić dwie pozycje, w których kitsune albo występują, pełniąc znaczącą rolę, albo ich istnienie jest zaznaczone gdzieś w tle.




Jeśli kogoś interesuje Japonia, japońska mitologia, symbolika, kultura et cetera, powinien zajrzeć do powieści Jaya Kristoffa Stormdancer (na nasze tłumaczone jako Tancerze Burzy, wydawnictwo: Uroboros).  Pierwsza część planowanej trylogii (zdaje mi się, że drugi tom mógł wyjść już w Stanach, ale nie dam za to głowy) jest utrzymana w klimatyce steampunku, jednocześnie utrzymując nastrój starożytnej japońskiej heroicznej ballady, podobnej do tej z oryginalnej opowieści o Mulan. Akcja dzieje się na wyspach Shima, podzielonej na cztery dystrykty klanowe: Klan Tygrysa (Tora), Smoka (Ryu), Feniksa (Fushicho) i Lisa (Kitsune!). To właśnie z klanu Kitsune pochodzi młodziutka Yukiko, której ojciec uległ okropnemu nałogowi, kwitnącemu na wyspie – narkotykowi zwanemu krwawym lotosem. W wyniku splotu zdarzeń Yukiko wraz z ojcem i załogą powietrznego statku wyrusza na poszukiwanie gryfa, pożądanego przez obłąkanego, okrutnego cesarza. Książka wciąga, przemycając  jednocześnie wiele elementów wschodniej kultury w ogólnym tego słowa znaczeniu, jest niedrażniący wątek miłosny (a to rzadkość w literaturze fantasy ostatnich lat!) są zaskakujące zwroty akcji i ciekawe postacie, z samą Yukiko na czele oraz barwnym, szerokim tłem społecznym, bazującym na przemyśle narkotykowym. Yukiko przypomina trochę Katniss Everdeen z trylogii Collins (nie lubię uciekać się do wystawiania takich podobieństw, ale) a trochę kitsune zstępującą na ziemię i próbującą za wszelką cenę ochronić kraj. W każdym razie całkiem miło mi się to czytało…




Drugą taką pozycją, dotykającą postaci kitsune per se jest komiks Senni Łowcy pochodzący z uniwersum Sandmana. Oparty na opowiadaniu (warto przeczytać, ale w komiksie niektóre rzeczy widać bardziej i wyraźniej, szczególnie dla tych, którzy przeczytali serię oficjalną) Gaimana i zilustrowany przez P. Craiga Russella, który dla Gaimana rysował już Koralinę, Morderstwa i tajemnice, a teraz tworzy dwutomową Księgę cmentarną jest perełeczką jeśli chodzi o grafikę (i historię w sumie też, chociaż nie wiem, czy wolno mi oceniać adaptację zamiast oryginału). Historia zaczyna się od zakładu borsuka i lisa, polegającego na wygonieniu młodego, skromnego mnicha ze świątyni, w której mieszka. Ale co będzie, kiedy lisica zakocha się w młodym mnichu, którego życie jest zagrożone przez złego wielmożę i koszmary zsyłane za pomocą czarnej magii? Fabuła jest przewrotna, czerpiąc tyle, ile tylko się da z japońskich baśni i mitologii, podając czytelnikowi na tacy historię znaną, ale nie wyświechtaną i w nowej odsłonie. Bo nawet w baśniach nie należy oczekiwać absolutnego happy-endu… Okej, nie zamierzam więcej spoilerować, bo być może ktoś sięgnie po opowiadanie (warto) albo adaptację graficzną (bardziej warto) i doceni wszystkie smaczki, jakie można tam znaleźć.




 A wracając jeszcze do europejskich rudzielców – pomysł na wpis dzisiejszy przyszedł mi po obejrzeniu filmu Wesa Andersona pod tytułem „Fantastyczny Pan Lis”, opartego na książeczce dla dzieci Roalda Dahla (tak, tego od Charliego i fabryki czekolady, Matyldy, Wiedźm i placu w Cardiff). Prześliczna, oldskulowa animacja poklatkowa (zawsze szanowałam twórców poklatkowej animacji; umieszczanie tej samej figurki w 200 różnych pozycjach żeby uzyskać kilka sekund filmu na pewno doprowadziłoby mnie do skoku z okna) i lisy. Wszędzie lisy (oraz borsuki, oposy, zające i wydry przebrane tak, jak ma to w zwyczaju dziecięca literatura anglosaska, za ludzi), konflikt pomiędzy ojcem a synem, drugie dno i wartka fabuła – też polecam, jeśli ktoś szuka absurdu.

Jutro będzie opowiadanie Angeli Carter „The Werewolf”. Sami zgadnijcie o czym.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Tłumaczenie, Neil Gaiman, "Cynamon"

Cynamon




Cynamon była księżniczką – dawno temu, w małym, gorącym kraju, gdzie wszystko było stare. Miała perły za oczy – dodawały jej urody, ale znaczyły też, że jest ślepa. Cały jej świat był w kolorze pereł – biały i jasnoróżowy, tonący w miękkim poblasku.
Cynamon nie mówiła.
Jej ojciec i matka – Radża i Rani – proponowali komnatę w pałacu, pole karłowatych drzewek mangowych, portret ciotki Rani na lakierowanym drewnie i zieloną papugę jako zapłatę dla tego, kto potrafi zmusić Cynamon do mówienia.
Miasto z jednej strony było otoczone przez góry, a z drugiej przez dżunglę, niewielu zatem przybywało z daleka, by nauczyć Cynamon mowy. Ale przychodzili – zatrzymywali się w pałacowej komnacie, uprawiali mangowce, karmili papugę i podziwiali portret ciotki Rani (która za swoich czasów była uznaną pięknością, choć teraz stała się stara, nieznośna i marudna z powodu wieku i rozczarowań) aż odchodzili, wściekli, przeklinając małą, cichą dziewczynkę.
Któregoś dnia w pałacu zjawił się tygrys. Był olbrzymi i groźny, koszmar oranżu i czerni. Kroczył po ziemi jak bóg, bo tak właśnie poruszają się tygrysy. Na ludzi padł strach.
- Nie ma się czego bać – powiedział Radża. – Tygrysy rzadko są ludożercami.
- Ja jestem – odparł tygrys.
Ludzi zdumiała ta odpowiedź, lecz w żadnym razie nie ukoiła ich strachu.
- Mógłbyś kłamać – powiedział Radża.
- Mógłbym – odpowiedział tygrys. – Ale nie kłamię. A teraz – jestem tu, by nauczyć ludzkie szczenię mowy.
Radża naradził się z Rani i, pomimo nalegań ciotki Rani, która utrzymywała, że tygrysa należy natychmiast wypędzić z miasta przy pomocy mioteł i zaostrzonych kijów, wskazano mu pałacową komnatę, pole drzewek mango i dano portret na lakierowanym drewnie. Dano by mu także papugę, gdyby nie odleciała ze skrzekiem pod sam dach i odmówiła zejścia.
Cynamon zaprowadzono do pokoju tygrysa.
- Młoda kobieta z Rygi – zaskrzeczała papuga z wysokości krokwi – wybrała się na przejażdżkę na tygrysie. Wrócili z przejażdżki z uśmiechem na pysku tygrysa i młodą damą w jego środku. (Gwoli ścisłości historycznej i literackiej, zmuszony jestem przyznać, że papuga cytowała pewien poemat, sporo starszy i dużo dłuższy, zawierający podobny przekaz).
- Widzicie – powiedziała ciotka Rani – Nawet ptak wie, co się święci.
- Zostawcie mnie z dziewczynką – zażądał tygrys.
Radża i Rani, ciotka Rani i pałacowa służba niechętnie zostawili Cynamon sam na sam z bestią. Dziewczynka przesunęła palcami po jego futrze i poczuła na twarzy gorący oddech.
Tygrys położył łapę na rączce Cynamon.
- Ból – rzekł tygrys i wbił jeden z ostrych jak igły pazurów w dłoń Cynamon. Przebił jej miękką, brązową skórę, na której wezbrały koraliki krwi.
Cynamon zdusiła w sobie płacz.
- Strach – rzekł tygrys i zaczął ryczeć, z początku tak cicho, że niemal niesłyszalnie, poprzez pomruk, warkot jak niespokojny wulkan, aż do ryku, od którego zatrzęsły się ściany pałacu.
Cynamon zadrżała.
- Miłość – rzekł tygrys i szorstkim, czerwonym językiem zlizał krew z dłoni Cynamon i polizał jej miękką, brązową twarz.
- Miłość? – wyszeptała Cynamon ochrypłym głosem, nienawykłym do słów.
A tygrys otworzył paszczę i uśmiechnął się jak głodny bóg, bo tak właśnie uśmiechają się tygrysy.
Tej nocy księżyc był w pełni.
Bladym rankiem dziecko i tygrys wyszli razem z komnaty. Zagrzmiały cymbały i zaśpiewały jaskrawe ptaki, kiedy Cynamon z tygrysem szli w kierunku Radży i Rani, siedzących na samym końcu sali tronowej, wachlowanych przez starych służących liśćmi palmy. Ciotka Rani siedziała w kącie sali, nadąsana, i piła herbatę.
- Czy potrafi mówić? – zapytała Rani.
- Czemu to jej nie zapytasz? – zamruczał tygrys.
- Czy umiesz mówić? – zapytał Radża Cynamon.
Dziewczynka skinęła głową.
- Ha! – zaśmiała się ciotka Rani – Potrafi tak samo mówić, jak polizać swoje plecy.
- Cicho – zwrócił się Radża do ciotki Rani.
- Potrafię mówić – powiedziała Cynamon – Myślę, że zawsze potrafiłam.
- Dlaczego więc milczałaś? – spytała jej matka.
- Wcale nie umie mówić – zamruczała ciotka Rani, kiwając jednym, kościstym palcem – To tygrys za nią rozmawia.
- Czy nikt nie umie uciszyć tej kobiety? – zapytał Radża sali tronowej.
- Łatwiej uciszyć, niż zmusić do mówienia – rzekł tygrys i poradził sobie z tą sprawą.
A Cynamon odparła:
- Dlaczego milczałam? Ponieważ nie miałam nic do powiedzenia.
- A teraz? – spytał jej ojciec.
- Teraz tygrys opowiedział mi o dżungli, o paplaninie małpek, zapachu świtu i smaku księżycowego światła. O hałasie, jaki wydaje stado flamingów zrywając się do lotu z tafli jeziora. I oto, co wam powiem: odchodzę z tygrysem.
- Nie wolno ci tego zrobić! – krzyknął Radża – Zabraniam ci!
- Bardzo trudno jest – odpowiedziała Cynamon – zabronić tygrysowi tego, co sam chce.
Radża i Rani, po rozważeniu jej słów, zgodzili się, że istotnie tak jest.
- A poza tym – dodała Rani – tam będzie o wiele szczęśliwsza.
- Ale co z pałacową komnatą? I z polem mangowców? I z papugą? I z portretem świętej pamięci ciotki Rani? – zapytał Radża, który lubił być praktyczny.
- Oddaj je ludziom – powiedział tygrys.
Tak więc ogłoszono, że obywatele miasta odtąd stają się właścicielami sadu mangowców, papugi i portretu i że księżniczka Cynamon potrafi już mówić, jednak opuści ich na jakiś czas w celu dalszych nauk.
Tłum zebrał się na rynku, by zobaczyć, jak otwierają się wrota pałacu i wychodzą z nich tygrys i dziecko. Tygrys kroczył powoli poprzez tłum, z małą dziewczynką na swoim grzbiecie, mocno uczepioną jego futra. Wkrótce oboje połknęła dżungla, bo tak właśnie odchodzą tygrysy.
W końcu nikt nie został zjedzony, wyłączając starą ciotkę Rani, która i tak została zapamiętana przez lud jako na zawsze młoda piękność z portretu wiszącego na miejskim rynku.


PS. Znów wyciągam jakiś staroć, wiem. Niestety, przy ilości pisania, jaka mi się ostatnio przytrafiła i przy wielu innych rzeczach, myślę, że muszę wprowadzić pewne zmiany. Jutro będzie artykulik, pojutrze tłumaczenie (tym razem Carter, nie Gaimana ;) ) i tak na zmianę. Nie chcę wciskać wam byle czego, a brak czasu nie sprzyja jakości. Sorasy.

środa, 16 kwietnia 2014

Stare Baśnie w Nowym Świecie, czyli o zmarnowanym potencjale na komiks



Lubię komiksy. Jako dziecko zaczytywałam się Asteriksem, Kajkiem i Kokoszem, Tytusem oraz Tintinem (chociaż Tintin jest mi bliższy w formie animowanego serialu) i historyjkami wypełnionymi disneyowskimi postaciami, do dziś jeszcze wyciągam reklamówki pełne zeszytów z piwnicy i robię dokładny re-reading raz w roku, w czasie letnich wakacji, bo przecież to takie lekkie i przyjemne i nawet nie można określić tego jako guilty-pleasure (czyli coś, co sprawia przyjemność, bezwstydnie przy tym odmóźdżając) bo przecież zainscenizowane Tratwa Meduza, Wolność wiodąca lud na barykady i Lekcja doktora Tulpa w Asteriksie, przecież przegenialne tłumaczenia Gigantów Kołodziejczaka, przecież całkiem sprawnie poprowadzona narracja kryminalna w Tintinie i gry słowne w Tytusie

Jako dorosła przerzuciłam się raczej na powieść graficzną. To nie tak, że krótkie historie w zeszytach przestały mnie bawić, ale nigdy nie czułam szczególnej mięty do superbohaterów poza X-Menami i w ogóle, wolę ich w ekranizacjach i długo-długo-długo nie umiałam znaleźć nic dla siebie. Na szczęście, zaistniał Egmont, główne źródło komiksu dla przeciętnego Polaka, wydający nie zeszyty klejone w miękkich okładkach, ale prawdziwe graficzne brylanty, takie jak na przykład seria Plansze Europy (polecam Wojnę Sambre’ów, historię starego, arystokratycznego rodu gdzieś w okolicach Rewolucji Francuskiej, więc wiadomo, że będzie gorąco, utrzymaną wyłącznie w odcieniach czerni, bieli i czerwieni – rozlew krwi sprzyja rubinookim wampirom, które też są w tej opowieści obecne) albo usłyszałam o powieściach ilustrujących polityczno-społeczne przemiany na świecie – to było coś: absolutnie rewolucyjne MAUS Arta Spiegelmana, kupione przeze mnie w oryginale, kiedy byłam w Stanach (to takie dziwne, widzieć nieskładny angielski polskiego Żyda zapisany przez jego całkiem już amerykańskiego syna, to takie dziwne, czytać polskie tłumaczenie z angielskimi kalkami, wykonane przez Żyda polskiego), Persepolis Marjane Satrapi, na którym okropnie płakałam, utożsamiając się z bohaterką, fragmenty Marzi rysunku Marzeny Sowy, opowiadające o tym, jak żyło się w komunistycznej Polsce. Poza tym absolutnie wsiąkłam w grafi-powieści fantastyczne – oczywiście w Sandmana, w adaptację Gwiezdnego Pyłu Gaimana utrzymaną w kresce Charlesa Vessa (nikt, nikt, NIKT nie rysuje tak jak Vess!) w steampunkową serię Alana Moore’a – Ligę Niezwykłych Dżentelmenów i jego odważniejsze, bardziej zerotyzowane Lost Girls. I jeszcze jedna pozycja ze stajni Vertigo (czuję się bardzo osierocona w moich sympatiach do DC na tle miłośników Marvela), a mianowicie Baśnie.


 Prawdziwie baśniowa okładka - na pierwszym planie Red Rose, jedna z moich najukochańszych postaci.


Baśnie są wytworem Billa Willinghama, uznanego amerykańskiego rysownika, który spróbował rzeczy najłatwiejszej, a także, w mojej opinii dość trudnej – to znaczy reinterpretacji dobrze znanych postaci. Czy mu wyszło, zaraz ocenię.

Willingham przenosi swych bohaterów, zwanych Baśniowcami do Nowego Jorku, każąc im uciekać z rodzinnych ziem przed okrutnym Adwersarzem, pragnącym zajęcia wszystkich fikcyjnych krain – Camelotu, Narnii, Oz, Krainy Czarów i im podobnych. Baśniowcy, osiedleni w Ameryce na wzór Pielgrzymów, starają się odbudować stary porządek świata, chociaż realia Przyziemnych (inaczej: mugoli, zwykłych ludzi) są im zupełnie obce. Właściwa historia rozpoczyna się, kiedy w czasie złotego jubileuszu przybycia do Nowego Świata ktoś z baśniowców popełnia morderstwo. I okazuje się, że Adwersarz wcale nie został na rodzinnych ziemiach i że ma swoje sposoby, by ścigać tych, którzy zdołali mu uciec.




Śnieżka i Wilk, prawdziwie uroczy, razem i osobno.

Na pewno olbrzymią zaletą komiksu Willinghama jest różnorodność postaci. Mamy Królewnę Śnieżkę, zastępcę burmistrza Fabletown, jej eks-męża, Księcia Uroczego, który zbajerował już nie tylko ją, ale również Kopciuszka i Śpiącą Królewnę, Niebieskiego Chłopca (oryginalnie pochodzącego ze starej rymowanki dla dzieci), który w przyszłości odegra rolę herosa uzbrojonego w Worpalny Miecz (tak, ten z Alicji…), Sinobrodego, który dawne zbrodnie zdołał odkupić całkiem dosłownie, dorzucając się do budżetu miasteczka, Pinokia, który jest wściekły, bo na zawsze pozostał – żywym, bo żywym, ale co z tego?! – chłopcem i cierpi męki dojrzewania, Żabiego Księcia, który jest bardziej tragiczną postacią, niż mogłoby się zdawać, Kaja, który wciąż ma w oku kawałek diabelskiego lustra i dlatego wyłupił sobie oczy, Bufkina – skrzydlatą małpkę z problemami alkoholowymi, Czerwoną Różę, moją niemal ulubioną postać; siostrę Śnieżki i Jacka od Olbrzymów oraz wielu innych. Uff. Dajcie mi złapać oddech.


 Niebieski Chłopiec, który wyrasta na bohatera.


Bufkin, antykwaiusz Fabletown w szponach nałogu.

I jest jeszcze Wielki Zły Wilk, w skrócie Bigby, wokół którego kręci się większość wątków, ze względu na jego charyzmatyczność bad guya. Bigby jest chyba bohaterem, który zmienia się najbardziej, jeśli chodzi o przepisanie jego dawnego życia z bajek ( i pomimo zachowania człowieczej formy – nałożonej za pomocą wiedźmiego uroku – praktycznie pozostaje wilkiem. To pewna świeżość po zastępach transformujących wilkołaków). Mimo, że nikt w baśniowej społeczności nie jest w stanie zaufać mu w pełni – opinia pożeracza małych dziewczynek w czerwonych płaszczykach robi swoje, pewne wątpliwości zgłaszają też trzy świnki – wilk pełni w Baśniogrodzie (a-ha, to tak na polski jest tłumaczone Fabletown!) funkcję szeryfa, i trzeba mu przyznać, jest skuteczny. Na tyle skuteczny, że gigant branży gier komputerowych, TellTale Games (ci od Walking Dead i w przyszłości e-gra-nizacji Gry o Tron) podjął się przełożenia jednej z jego spraw na monitor komputera. Gra nazywa się The Wolf Among Us (po polsku chyba Wilk Pośród Nas) i Wciąga.




Plakat gry od TellTale Games...


...a dla lubiących ruchome obrazki, trailer.

Nie zamierzam tu rozwodzić się nad grą, wydawaną w odcinkach (być może zrobię to w przyszłości, na razie jestem po trzeciej z pięciu części i coraz bardziej chcę wejść w ekran), zamierzam natomiast powiedzieć, co mi w Baśniach zupełnie nie gra. Otóż problemem Willinghama jest brak konsekwencji i ostatecznej decyzji, jakim gatunkiem mają być Baśnie. W pierwszym tomie mamy klasyczną zagadkę kryminalną, w drugim konflikt społeczno-polityczny pomiędzy Baśniogrodem i Farmą (gdzie żyją ci, których nie stać na urok maskujący, albo ci, których zamaskować się nie da.) Gdzieś w tle rozwijany zostaje wątek miłosny pomiędzy Bigbym a Śnieżką, potem przychodzi czas na odsłonienie Adwersarza (poczekajcie, do tego jeszcze wrócimy) i na misję Niebieskiego Chłopca, utrzymaną w konwencji epic fantasy. Po pierwszych kilku wątkach to, co stanie się dalej z postaciami, zbudowanymi naprawdę ciekawie, spływa po nas jak woda po kaczce. Wielka szkoda.

Mam wrażenie, że wiem, co stoi za tą – pardon my French – rozlazłością fabuły. Rzecz jest stara jak świat i mocno upierdliwa, a nazywa się prawa autorskie. Rzecz w tym, że Willingham wykorzystuje w swojej wizji nie tylko bohaterów należących do folkloru i żyjących w świadomości odbiorców od wczesnego dzieciństwa. Willingham wtłacza do fabuły również dobrze znane postaci książkowe, takie jak Alicja, Dzwoneczek czy Aslan. Wtłacza to może nie jest dobre słowo, powinnam powiedzieć raczej: przemyca, oszukując twórców oryginałów lub ich potomków, tak jak w tym panelu, który prezentuję niżej:

Dla nieznających inglisza: "A potem upadło Królestwo Wielkiego Lwa, i ponownie nie zrobiliśmy nic, ponieważ zawsze uważaliśmy starego Lwa za zbyt napuszonego i świętoszkowatego jak na nasze gusta". Ślicznie zakamuflowane odniesienie do chrześcijańskiej Narnii.


Z wywiadu z Willinghamem wiem, że pierwotnie Adwersarzem miał okazać się Piotruś Pan, który miał wykradać ludzkie dzieci z kołysek i werbować je do szeregów Zagubionych Żołnierzy; czy też bardziej: Zagubionych Renegatów. Prawdziwym bohaterem miał okazać się Kapitan Hak, broniący dzieci za cenę własnego życia (scena pojedynku Hak-Pan pojawia się we wspomnieniach Śnieżki w 1001 Nocach Królewny Śnieżki, albumie ze świata Baśni, nie należącym jednak stricte do chronologii fabuły; a do tego jest ukazana jak oryginalna wersja powieści Barriego. Bu.) Popieram ten pomysł wszystkimi kończynami – jak mówię, Willingham ma rękę do retellingu – ale wszystko rozbiło się o prawa autorskie. Obecni posiadacze praw autorskich do Przygód Piotrusia Pana oraz Piotrusia Pana i Wendy nie zgodzili się na wykorzystanie wizerunków postaci. Dlatego właśnie Adwersarzem została postać najmniej do tego zadania odpowiednia, a był to…






…nie powiem. Może sami sięgniecie po Baśnie, żeby sprawdzić. A jeżeli nie, nie zaszkodzi obejrzeć przepięknych stron komiksu, utrzymanych w realistycznej konwencji (to też odrobinę mi przeszkadza, to, że wszyscy w Baśniach wyglądają tak idealnie, wymuskanie i proporcjonalnie. Ale przecież to bajka. I niech tak pozostanie.)

PS. Podczas pisania tego posta do moich drzwi zapukał kurier. Przyniósł mi album ze świata Sandmana, to znaczy Sennych Łowców i trochę się zdziwił, kiedy pogratulowałam mu wyczucia czasu. Idę zatem czytać.