wtorek, 21 czerwca 2016

Tłumaczenie: Daryl Gregory, "Druga osoba, czas teraźniejszy"

Jeszcze żyję. Chociaż co to za życie.

Oryginał tu.







Druga osoba, czas teraźniejszy

Jeżeli myślisz „Ja oddycham”, „ja” jest niepotrzebne. Nie istniejesz żaden „ty”, mogący mówić „ja”. Tym, co nazywamy „ja”, jest jedynie furtka, poruszana między każdym naszym wdechem i wydechem.

-        Shun Ryu Suzuki

Kiedyś myślałem, że mózg jest najważniejszym organem ludzkiego ciała, dopóki nie zorientowałem się, kto podsunął mi tę myśl.

-        Emo Philips



Kiedy wchodzę do biura, doktor S. opiera się o biurko, rozmawiając poważnie z rodzicami zmarłej dziewczynki. Nie jest zadowolony, ale gdy podnosi wzrok, uśmiecha się specjalnie dla mnie.
- A oto i ona – mówi, jak prezenter teleturnieju odsłaniający główną nagrodę. Ludzie siedzący na krzesłach odwracają się, a doktor Subramaniam posyła mi dyskretne, pokrzepiające mrugnięcie.
Pierwszy wstaje ojciec, człowiek o kwadratowej, plamistej twarzy; ma ogromny okrągły brzuch, który nosi przed sobą jak piłkę do koszykówki. Jak przy poprzednich wizytach, cały się marszczy, próbując dopasować minę do swoich uczuć. Za to matka zdążyła już płakać; a w jej twarzy można czytać jak w otwartej księdze: radość, strach, nadzieja, ulga. Za bardzo to wszystko przeżywa.
-        Och Thereso – odzywa się – Jesteś gotowa pojechać do domu?
Ich córka miała na imię Therese. Zmarła z powodu przedawkowania dwa lata temu i od tamtej pory Mitch i Alice Klass szukając jej odwiedzili ten szpital kilkanaście razy. Rozpaczliwie pragną, bym została ich córką i w ich głowach już nią jestem.
Ręką wciąż dotykam klamki. - A mam jakiś wybór? - W papierach mam tylko siedemnaście lat, żadnych kart kredytowych, pracy, samochodu. Wszystko, co posiadam, to kłąb ciuchów. I jest jeszcze Roberto,  najtęższy sanitariusz na oddziale, stojący w korytarzu tuż za mną, skutecznie blokujący moje próby ucieczki.
Matka Theresy wstrzymuje na chwilę oddech. Jest szczupłą, drobnokościstą kobietą, która wydaje się być wysoka, dopóki ktoś przy niej nie stanie. Mitch sięga dłonią do jej ramienia, później opuszcza rękę.
Jak zwykle, kiedy Alice i Mitch przyjeżdżają do szpitala, czuję się jak wrzucona w środek opery mydlanej, gdzie nie znam swoich kwestii. Patrzę wprost na doktora S. a jego twarz zastygła w profesjonalnym uśmiechu. W ciągu ubiegłych lat kilkakrotnie przekonał ich, żeby pozwolili mi zostać dłużej, ale przestali go słuchać. Są moimi prawnymi opiekunami i mają Inne Plany. Doktor S. ucieka wzrokiem i pociera sobie nos.
-        Tak jak myślałam – kwituję.
Ojciec się krzywi. Matka wybucha nową falą płaczu, i płacze przez całą drogę wyjścia z budynku. Doktor Subraminiam obserwuje nas sprzed głównych drzwi, kiedy odjeżdżamy, ręce ma wetknięte w kieszenie. Nigdy w życiu nie byłam tak na niego wściekła – nigdy, w całym moim dwuletnim  życiu.

*

Narkotyk nazywa się Zen, albo Zombie, albo po prostu Z. Dzięki doktorowi S. mam jako-takie pojęcie, jak zabił Therese.
- Spójrz w lewo – polecił mi pewnego popołudnia. - A teraz popatrz w prawo. Czy pokój stał się niewyraźny, kiedy zmieniłaś kierunek patrzenia? - Poczekał, aż powtórzę całą czynność. - Żadnego rozmazania. Nikt tego nie widzi.
To jedna z tych rzeczy, które kręcą lekarzy od mózgów. Nie tylko nikt nie jest w stanie zobaczyć zamazania, mózgi w dodatku kompletnie je wycinają. Prześlizgują się po nim – najpierw lewo, potem prawo i nic pomiędzy, fałszując nasze poczucie czasu, tak, że nawet tego nie zauważamy.
Naukowcy wpadli na to, że mózg wycina różne pierdoły przez cały czas. Podłączali pacjentów pod różne maszyny i kazali im podnosić jeden z palców, poruszać nim w dowolnym momencie. Za każdym razem mózg wysyłał sygnał wędrujący do palca do 300 milisekund przed tym, jak pacjent świadomie zdecydował się nim poruszyć. Doktor S. powiedział, że można było zobaczyć jak mózg rozgrzewa się tuż przed tym, jak pacjent świadomie pomyślał: teraz.
To dziwne, ale staje się dziwniejsze, im dłużej się nad tym myśli. A ja miałam dużo czasu, by o tym myśleć.
Świadomy umysł – to „ja”, które myśli „hej, pić mi się chce, sięgnę po szklankę zimnej wody” - o niczym nie decyduje. Sygnał, żeby wyciągnąć rękę przebył już pół drogi w dół twojego ramienia zanim nawet zorientujesz się, że jesteś spragniony. Myśl podąża za myślą. Tak przy okazji, wtrąca mózg, zdecydowałem, że poruszysz ręką, więc pomyśl o tym, proszę bardzo, dziękuję.
Przerwa między poleceniem trwa przeważnie maksymalnie do 300 milisekund. Zen rozciąga ją do minut. Do godzin.
Jeśli wpadniecie na kogoś, kto naćpał się Zenu, nie zauważycie nic wyjątkowego. Mózg tej osoby ciągle podejmuje decyzje, a ciało wykonuje dane rozkazy. Możecie z nimi rozmawiać, a oni będą rozmawiać z wami. Możecie opowiadać sobie dowcipy, iść na hamburgery, odrobić pracę domową, uprawiać seks.
Ale ta osoba nie będzie świadoma. Jej „ja” nie istnieje. Równie dobrze możecie gadać z komputerem. A już dwoje ludzi na Zen - „ty” i „ja” - to jak pacynka konwersująca z pacynką.


*

To pokój małej dziewczynki zmieniającej się w nastolatkę. Półki i parapety wypełniają zwierzątka-maskotki wraz z płytami chrześcijańskiego rocka, szczotkami do włosów i buteleczkami lakieru do paznokci. Plakaty z Fun Club przyczepiono do ściany, razem z tablicą korkową niewidoczną pod wstążkowymi odznaczeniami piłkarskimi i medalami z gimnastyki sięgającymi drugiej klasy podstawówki. Nad biurkiem wisi plakietka „Obiecuję...” nakłaniająca chrześcijańską młodzież do podjęcia przedmałżeńskiej abstynencji. I wszędzie, przypięte i przyklejone do ścian, widać zdjęcia – Therese na obozie katolickim, Therese na równoważni, Therese obejmująca ramionami swoich młodych przyjaciół. Każdego ranka mogła otwierać oczy i po tysiąckroć przypominać sobie kim jest, kim była i kim ma się stać.
Podnoszę wielką, pluszową pandę zajmującą honorowe miejsce na łóżku. Wygląda na starszą ode mnie, a futerko na pyszczku prawie zupełnie się wytarło. Guzikowe oczy zwisają na białych nitkach – były przyszywane więcej niż raz.
Ojciec Therese przynosi żałośnie małą torbę, zawierającą wszystko, co zabrałam ze szpitala – przybory toaletowe, kilka zmian ubrań, i pięć książek doktora S. - Stary Tuliś trochę się na ciebie wyczekał – mówi.
- Miś Przy-Tuliś.
- Tak, Przy-Tuliś! - cieszy go, że pamiętam. Jakby to cokolwiek znaczyło. - Wiesz, matka odkurzała ten pokój co tydzień. Nigdy nie wątpiła, że wrócisz.
Ja nigdy tu nie byłam, a ona już tu nie wróci, ale zmęczyło mnie ciągłe poprawianie zaimków. - Cóż, to miło z jej strony – odpowiadam.
- Było jej bardzo ciężko. Wiedziała, że ludzie gadali, pewnie uważali, że to jej wina – nasza wspólna. Ale martwiło ją tylko to, co mówili o tobie. Nie mogła znieść, że uważają, że zwariowałaś.
- Oni?
Mruga.
- Kościół.
Ach. Kościół. To pojęcie niosło ze sobą tyle uczuć i skojarzeń dla Therese, że już dawno temu poddałam się, próbując je zrozumieć. Kościołem był budynek z czerwonej cegły w Davenport pod wezwaniem Chrystusa i drobiny kurzu w jasnych prześwitach pomiędzy potężnymi, szklanymi oknami w kształcie nagrobków. Kościołem był Bóg i Duch Święty (ale nie Jezus – on miał inne, bardziej osobiste znaczenie). Przede wszystkim jednak była nim wspólnota, dziesiątki ludzi, którzy znali ją nim przyszła na świat. Kochali ją, czuwali nad nią i obserwowali każdy jej krok. To jak posiadanie setki nadopiekuńczych rodziców.
Niemal wybucham śmiechem.
- Zdaniem Kościoła Therese była wariatką?
Marszczy brwi, nie wiem czy dlatego, że obraziłam Kościół czy dlatego, że wspomniałam imię jego córki. - Oczywiście, że nie. Po prostu bardzo nas zmartwiłaś. - Jego głos zachował trzeźwy ton, którego prawdopodobnie nie mogła znieść jego córka. - Wiesz, że kościół modlił się za ciebie każdego tygodnia?
- Naprawdę? - Znam Therese na tyle, aby wiedzieć, że byłaby okropnie zażenowana. To ona się modliła, a nie o nią.
Ojciec Therese obserwuje moją twarz w poszukiwaniu rumieńca wstydu, a może kilku łez. Żal za grzechy byłby pierwszą oznaką spowiedzi. Ciężko mi traktować to wszystko poważnie.
Siadam na łóżku i zapadam się w materac. To na nic. Podwójne łóżko zajmuje większość miejsca, dookoła zostało zaledwie kilka stóp przestrzeni. Gdzie ja będę medytować?
- No cóż – przerywa ciszę ojciec Therese. Głos mu złagodniał. Może myśli, że wygrał. - Pewnie chcesz się przebrać – mówi.
Kieruje się w stronę drzwi, ale nie wychodzi. Podchodzę do okna, lecz czuję jego obecność. Czeka. Nareszcie dziwaczność całej sytuacji sprawia, że się odwracam.
Gapi się w podłogę, dłonią pociera kark. Być może Therese umiała wyczuć jego nastroje, ale leży to poza moimi możliwościami.
- Chcemy ci pomóc, Thereso. Ale jest zbyt wiele rzeczy, których nie rozumiemy. Kto dał ci narkotyki, dlaczego poszłaś z tym chłopcem, dlaczego miałabyś... - jego dłoń drży w zduszonym geście, który może być złością albo ledwie frustracją. - To po prostu... trudne.
- Wiem – odzywam się. - Dla mnie też.
Zamyka drzwi kiedy wychodzi, a ja zrzucam pandę na podłogę i z ulgą opadam na wznak. Biedny pan Klass. Chciałby tylko wiedzieć, czy jego córka upadła z bożej łaski, czy ktoś ją do tego popchnął.

*

Kiedy chcę trochę poświrować,  moje „ja” myśli o „mnie” posiadającym „ja”. Jedyną rzeczą bardziej kretyńską od konwersacji pacynek, jest pacynka gadająca do siebie.
Doktor S. mówi, że nikt nie wie, czym jest umysł, albo jak działa mózg, albo czym tak naprawdę jest świadomość. Kiedy byłam w szpitalu, rozmawialiśmy prawie codziennie, a kiedy zauważył, że interesuję się tymi sprawami – a jak mogłabym się nie interesować – dał mi parę książek i dyskutowaliśmy o mózgach; jak tworzą myśli i podejmują decyzje.
- Jak ci to wytłumaczyć... - zawsze zaczynał. A potem wypróbowywał na mnie metafory z książki, nad którą właśnie pracował. Moją ulubioną jest ta z Parlamentem, Gońcem i Królową.
- Mózg oczywiście nie jest całością – zaczął. - Składa się z milionów pulsujących komórek, które dzielą się na setki receptorów i tak dalej. Istnieją w nim dziesiątki węzłów, a każdy z nich stara się być głośniejszy od reszty. Przy każdej decyzji umysł wybucha hałasem, a to powoduje... jak ci to wyjaśnić... Widziałaś kiedyś obrady brytyjskiego parlamentu na C-SPAN?
Oczywiście, że widziałam, w szpitalu telewizor stale jest włączony.
- Członkowie Umysłowego Parlamentu ciągle wrzeszczą związkami chemicznymi i ładunkami elektrycznymi, aż wszyscy razem drą się unisono. Bum! Mamy „myśl”, mamy „decyzję”. Parlament śle sygnał do ciała, żeby zatwierdzić decyzję, ale jednocześnie daje znać Gońcowi, żeby zaniósł nowinę...
- Moment, kim jest goniec?
Doktor macha ręką. - Na razie to nie jest ważne (dużo później, w innej dyskusji, doktor S. wytłumaczył mi, że Goniec to nie jednostka, ale kaskada nerwowych reakcji zachodzących w skroniowej części układu limbicznego, która zazębia mapę nerwową najnowszej myśli z już istniejącą – do tego czasu wiedziałam, że „mapa nerwowa” to kolejna przenośnia na kolejny złożony proces i że nigdy nie zbliżę się do sedna tego wszystkiego. Doktor S. kazał mi się nie martwić, bo nikt nie zbliża się do sedna wszystkiego.) - Goniec zanosi wiadomość Królowej.
- No dobrze, więc kim jest Królowa? Świadomością?
- Tak jest! Czystą jaźnią!
Rozpromienił się, że jestem pojętną uczennicą. Gadki na takie tematy zawsze ożywiały doktora S. jak nic innego, ale nie zwracał uwagi na sposób, w jaki, leżąc u niego w gabinecie pozwoliłam mojemu szlafrokowi rozchylić się przy dekolcie. Gdybym tylko umiała wepchnąć obie półkule mojego mózgu w koronkowy biustonosz...
- Goniec – kontynuuje – zanosi wiadomość Jej Wysokości, co też Parlament zadecydował. Królowa nie musi wiedzieć o wszystkich pomniejszych sporach, które miały miejsce po drodze, o odrzuconych możliwościach. Powinna jedynie wiedzieć, jaki rozkaz wydać poddanym. I Królowa każe ciału ustosunkować się do podjętej decyzji.
-        Chwileczkę, myślałam, że Parlament zdążył wysłać sygnał. Powiedział pan, że można zobaczyć mózg rozgrzewający się przed świadomą myślą.
-        W tym cały dowcip. Królowa ogłasza decyzję i myśli, że poddani słuchają jej rozkazu, a tymczasem powiedziano im już, co robić. Sięgają po swoje szklanki z wodą.



*

Schodzę boso do kuchni, ubrana w spodnie od dresu i koszulkę Therese. T-shirt jest trochę za mały, Therese, mistrzyni w odchudzaniu się i umartwiaczka na poziomie olimpijskim była ode mnie nieco drobniejsza. Alice siedzi przy stole, już ubrana, przed nią leży otwarta książka.
- Pospałaś sobie dzisiaj – mówi przyjaźnie. Twarz ma umalowaną, włosy ułożone lakierem; każdy na swoim miejscu. Kubek po kawie stojący obok książki jest pusty. Czekała na mnie od wieków.
Rozglądam się za zegarem i znajduję go nad drzwiami. Jest zaledwie dziewiąta. W szpitalu wstawałam później każdego dnia.
- Umieram z głodu – mówię. Jest tu lodówka, piekarnik, kilkanaście szafek. Nigdy nie robiłam samodzielnie śniadania. Ani obiadu czy kolacji, jeśli już o tym mowa. Przez całe moje życie jedzenie wjeżdżało na stołówkowych tacach. - Mam ochotę na jajecznicę.
Alice mruga. - Jajka? Ty nigdy... - Gwałtownie wstaje. - Oczywiście. Siadaj, Thereso, zaraz ci zrobię.
- Nazywaj mnie „Terry”, dobrze?
Alice zastyga, myśli nad powiedzeniem czegoś – niemal słyszę szczęk trybików i przekładni w jej głowie – i nagle kieruje się w stronę szafki, kuca i wyjmuje z niej patelnię teflonową.
Udaje mi się zgadnąć, w której szafce przechowywane są kubki i częstuję się resztkami kawy z dzbanka. - Nie musisz iść do pracy? - pytam. Alice pracuje w firmie zaopatrzeniowej związanej z restauracjami. Therese nigdy nie wdawała się w szczegóły, jeśli chodziło o ten temat.
- Wzięłam urlop – wyjaśnia mi. Rozbija jajko o krawędź patelni, potem miękko potrząsa skorupkami, wytrząsając z nich żółtko, które plaska o patelnię, by następnie włożyć jedną połówkę skorupki w drugą. A wszystko to jedną ręką.
- Dlaczego?
Uśmiecha się z przymusem. - Nie mogliśmy cię tak po prostu zostawić po powrocie do domu. Pomyślałam, że przyda nam się trochę wspólnego czasu. Podczas okresu oswajania.
- To kiedy mam spotkanie u tego terapeuty? Jakmutam?
Mój kat.
- To kobieta. Doktor Mehldau przyjmuje w Baltimore, więc zawieziemy cię tam jutro. - Oto ich wielki plan. Doktorowi Subraminiamowi nie udało się przywrócić Therese, więc gnają do kogokolwiek, kto twierdzi, że potrafi. - Odnosiła wielkie sukcesy, jeśli chodzi o ludzi w twojej sytuacji. To jej książka. - Kiwa głową w kierunku stołu.
- I co z tego? Doktor Subraminiam pisze następną. - Sięgam po książkę. Droga do domu: Znajdowanie zagubionych w Zen. - Co jeśli się na to nie piszę?
Nie odzywa się, mieszając jajecznicę. Za cztery miesiące skończę osiemnaście lat. Doktor S. powiedział, że trudniej im będzie mnie wtedy kontrolować. Cały czas słyszę tykający zegar w mojej głowie, ale jest wystarczająco głośny, by odliczanie dotarło też do Alice i Mitcha.
- Pozwólmy na początek spróbować doktor Mehldau.
- Na początek? A co potem? - Nie odpowiada. Przed oczami błyska mi scena ze mną przywiązaną do łóżka i księdzem wykonującym znak krzyża nad moim skręcającym się ciałem. To fantazja, nie wspomnienie Therese – potrafię je odróżnić. Poza tym, gdyby to już przytrafiło się Therese, z pewnością nie byłoby tam księdza.
- Okay – próbuję. - A co, jeśli ucieknę?
- Jeśli zmienisz się w rybkę – mówi lekko – ja zostanę rybakiem i znajdę cię w morzu.
- Co? - Zaczynam się śmiać. Nigdy nie słyszałam Alice mówiącej coś poza prostymi, okrągłymi zdaniami.
Uśmiech Alice jest smutny. - Nie pamiętasz?
- Aaa, taaak. - Pamięć zaskakuje. - Uciekający króliczek. Podobało jej się?

*

Książka doktora S. mówi o mnie. No dobra, o wszystkich, którzy przegięli z Zenem, ale jest nas tylko kilka tysięcy. Z. nie jest oszałamiająco popularny, ani w USA, ani gdziekolwiek indziej. To nie halucynogen, nie wywołuje euforii ani depresji. Nie działasz na spidzie, nie odpływasz, właściwie to nawet nie jesteś na haju w normalny sposób. Trudno dostrzec jego atrakcyjność. Szczerze mówiąc, sama mam z tym problem.
Doktor S. mówi, że rolą większości narkotyków nie jest to, żeby lepiej się poczuć, ale to, żeby zupełnie wyłączyć uczucia. Chodzi o odrętwienie, o ucieczkę. A Zen jest jak ozdobna pułapka spod ręki projektanta. Zen obezwładnia Gońca, zamyka go w pokoju, uniemożliwiając dostarczanie wiadomości Królowej. Mapa nerwowa nie jest aktualizowana, więc Królowa nie słyszy, o czym decyduje Parlament. Nie mając dekretów do wywrzaskiwania, pogrąża się w ciszy. To owej ciszy pragną ludzie tacy jak Therese.
Ale prawdziwy szał – jeśli już mówimy o ludziach pokroju Therese – zaczyna się przy przedawkowaniu. Wystarczy połknąć za dużo Zena i Goniec zostanie w swoim pokoju przez długie tygodnie. A kiedy się w końcu wydostanie, nie pamięta drogi do pałacu Królowej. Cały proces uaktualniania jaźni, który trwał od wieków, nagle się wykoleja. Nie można odnaleźć milczącej Królowej.
Goniec, biedny gość, robi jedyną rzecz, do której jest zdolny. Gna przed siebie i przekazuje odezwy pierwszej dziewczynie, jaką napotka na swej drodze.
Królowa jest martwa. Niech żyje Królowa.

*



- Witaj, Terry. Jestem doktor Mehldau. - Okazuje się być przysadzistą kobietą z przyjazną, okrągłą twarzą i krótkimi, ciemnymi włosami przetykanymi siwizną. Wyciąga do mnie dłoń. Palce ma chłodne i szczupłe.
- Nazwała mnie pani Terry.
- Uprzedzono mnie, że wolisz, żeby tak się do ciebie zwracać. A może wolisz jakąś inną formę?
- Nie... po prostu spodziewałam się, że pani też będzie powtarzała w kółko „Therese” i „Therese”.
Śmieje się i siada na krześle obitym czerwoną skórą, które wygląda na miękkie i zarazem solidne. - To nie bardzo by pomogło, prawda? Nie mogę cię do niczego zmusić, Terry.
- A więc mogę sobie iść.
- Nie zatrzymam cię. Ale będę musiała dać znać twoim rodzicom, jak sobie radzimy.
Moim rodzicom.
Wzrusza ramionami. - Taka praca. Więc może usiądziesz i porozmawiamy, dlaczego tu jesteś.
Krzesło naprzeciw niej jest obite materiałem, nie skórą, ale i tak wygląda przytulniej niż cokolwiek w gabinecie doktora Subraminiama. Cały gabinet jest milszy niż biuro doktora S. Ściany w kolorze żonkili z białym wykończeniem, duże okna lśniące zza śnieżnobiałych rolet, obrazy w ciepłych odcieniach.
Nie siadam.
- Pani zadaniem jest zmienić mnie w córkę Mitcha i Alice. Nigdy się na to nie zgodzę. Więc całe to gadanie to bzdura.
- Terry, nikt nie może cię zmienić w kogoś, kim nie jesteś.
- No to skończyłyśmy. - Przechodzę przez pokój, choć tak naprawdę raczej przypomina to spacer i chwytam afrykańską figurkę z regału. Na półkach stoi wystarczająco dużo książek, żeby wyglądało to profesjonalnie, ale zostawiono wiele wolnych miejsc na dekoracje ze świeczek, japońskich wachlarzy i dyplomów upamiętniających nagrody i osiągnięcia. Półki doktora S. były wypełnione książkami, przywalonymi książkami i podpartymi książkami. Regały doktor Mehldau mają sprzedawać ją samą.
- To kim pani jest, psychiatrą, psychologiem czy kim? - W szpitalu miałam do czynienia ze wszystkimi. Psychiatrzy są lekarzami jak doktor S. mogą wypisywać recepty. Jeszcze nie rozpracowałam, w czym pomagają psycholodzy.
- Ani tym, ani tym. - mówi. - Jestem doradcą.
- To skąd ten „doktor”?
- Z wykształcenia. - Jej głos się nie zmienił, ale mam wrażenie, że pytanie ją rozdrażniło. Dziwnie mnie to cieszy.
- Okay, doktor Doradco, w czym będzie mi pani doradzać? Nie oszalałam. Wiem, kim była Therese, wiem, co zrobiła, wiem, że to do niej niegdyś należało to ciało. - Odkładam figurkę na miejsce, obok szklanego sześcianu, którego można używać jako przycisku do papieru. - Ale ja nią nie jestem. To moje ciało i nie zabiję się tylko po to, żeby Alice i Mitch mogli odzyskać ich małą dziewczynkę.
- Terry, nikt nie chce twojej śmierci. Nikt nawet nie chce, żebyś była taka, jak przedtem.
- Tak? To za co pani płacą?
- Pozwól mi wyjaśnić. Proszę, usiądź. Proszę.
Szukam wzrokiem zegara i wreszcie znajduję go na najwyższej półce. W myślach ustawiam czas na pięć minut i siadam naprzeciw niej, kładąc dłonie na kolanach. - Niech pani strzela.
- Twoi rodzice poprosili mnie o rozmowę z tobą, ponieważ pomogłam innym w twojej sytuacji, innym osobom, które przedawkowały Z.
- Pomogła w czym? W udawaniu grania kogoś, kim nie są?
- Pomagam im wrócić do tego, kim . Twoje doświadczenia podpowiadają, że Therese była zupełnie inną osobą. Nikt temu nie przeczy. Ale ty, ujmując rzecz biologicznie i prawnie, wciąż jesteś Therese Klass. Masz jakieś plany, jak sobie z tym poradzić?
Tak właściwie to mam, i zakładają one spieprzenie stąd tak szybko, jak to tylko możliwe. - Poradzę sobie – ucinam.
- A co z Alice i Mitchem?
Wzruszam ramionami. - Co z nimi?
- Ciągle pozostają twoimi rodzicami, a ty ich dzieckiem. Przedawkowanie przekonało cię, że jesteś nową osobą, ale ich nie zmieniło. Nadal są za ciebie odpowiedzialni i troszczą się o ciebie.
- Niewiele mogę na to poradzić.
- Masz rację. Lecz takie są fakty. Masz dwoje ludzi, którzy cię kochają i z którymi będziesz związana przez resztę życia. Będziesz musiała wymyślić, jak odnieść się do tej relacji. Zen mógł wypalić most pomiędzy tobą, a dawnym życiem, ale zawsze możesz ten most odbudować.
- Paniusiu, ja nie chcę niczego budować. Rozumiesz, Alice i Mitch wydają się mili, ale gdybym szukała sobie rodziców, wybrałabym kogoś innego.
Doktor Mehldau się uśmiecha. - Nikt nie wybiera sobie rodziców, Terry.
Nie jestem w nastroju do śmiechu. Wskazuję na zegar. - To strata czasu.
Przechyla się do przodu. Mam wrażenie, że chce mnie dotknąć, ale tego nie robi. - Terry, nie znikniesz, jeżeli będziemy rozmawiać o tym, co ci się przydarzyło. Wciąż tu będziesz. Jedyną różnicą będzie to, że odzyskasz własne wspomnienia jako ty. Możesz mieć swoje stare życie i wybrać sobie nowe.
No jasne, to łatwizna. Tak jakbym mogła sprzedać duszę diabłu i jednocześnie ją zatrzymać.

*

Nie pamiętam pierwszych tygodni w szpitalu, chociaż doktor S. twierdzi, że byłam przytomna. W którymś momencie zdałam sobie sprawę z upływu czasu, albo raczej że sama przepływam przez czas. Wczoraj na kolację zjadłam lasagne, dzisiaj zjem klopsa. To ja leżę w tym łóżku. Myślę, że uświadomiłam to sobie i o tym zapomniałam kilkakrotnie, nim udało mi się to przyswoić.
Każdy dzień był wyczerpujący psychicznie, ponieważ wszystko było nieustająco nowe. Gapiłam się na pilot od telewizora przez pół godziny, żonglując nazwą na końcu języka i nie dotarło to do mnie aż do chwili gdy pielęgniarka chwyciła go, by włączyć mi telewizor. Wtedy mnie oświeciło: pilot. A później zalała mnie fala innych słów: telewizja. Kanał. Teleturniej.
Ludzie byli gorsi. Nazywali mnie obcym imieniem i oczekiwali ode mnie rozmaitych rzeczy. Lecz dla mnie każdy, od pielęgniarki z nocnej zmiany, przez portiera, aż po Alice i Mitcha Klassów, wydawał się być równie ważny – a może raczej równie nieistotny.
Poza doktorem S. Był przy mnie od początku, a zatem znałam go przed naszym pierwszym spotkaniem. Należał do mnie jak moje własne ciało.
Ale cała reszta dotycząca świata – imiona, szczegóły, fakty – jedno po drugim wyparowały w słońcu. Mój mózg przypominał strych, schowek zapchany starymi i interesującymi przedmiotami rozrzuconymi w kompletnym chaosie.
Częściowo rozumiałam, że ktoś musiał tam mieszkać przede mną. A potem zorientowałam się, że ów strych jest nawiedzony.

*

Po niedzielnej mszy porywa mnie strumień ludzi. Wychylają się z ławek kościelnych, żeby uściskać Alice i Mitcha, a później mnie. Klepią mnie po plecach, chwytają za ramiona, całują w policzki. Wiem z przebłysków pamięci Therese, że wielu z tych ludzi było z nią blisko związanych, jak ciotki i wujowie. I każdy z nich, jeżeli Therese wpadłaby w kłopoty, przyjąłby ją pod swój dach, nakarmił i zapewnił nocleg.
To wszystko bardzo miłe, ale ich ciągły dotyk sprawia, że mam ochotę wrzeszczeć.
Jedyne, czego pragnę, to wrócić do domu i zrzucić z siebie tę sukienkę. Nie miałam żadnego wyboru poza super-ultra-dziewczęcą kolekcją sukienuś Therese. Jej szafa jest ich pełna i zdołałam znaleźć taką, która na mnie pasowała, nawet jeśli nie do końca dobrze się w niej czułam. Ona jednak kochała te wszystkie sukienki. Były jej kamizelkami kuloodpornymi wyszywanymi w kwiatki. Kto śmiał wątpić w czystość dziewczyny zapiętej pod szyję w sukienkę od Laury Ashley?
Stopniowo przedostajemy się do przedsionka, w stronę chodnika i parkingu, przez całą drogę otoczeni. Przestaję próbować dopasować twarze do wspomnień Therese.
Przy samochodzie opada nas grupka nastolatków, witających mnie kolejno; dziewczyny mocno mnie przytulają, chłopcy nachylają się w zdystansowanych uściskach: ramiona wyciągnięte ku mnie, odsunięte biodra. Jedna z dziewczyn, pieguska z rudymi lokami miękko opadającymi  na ramiona, trzyma się z daleka, zanim nieoczekiwanie mnie do siebie przyciska, szepcząc do ucha: „Tak się cieszę, że u ciebie w porządku, panno T.”. Szept jest napięty, jakby zdradzała mi właśnie wielką tajemnicę.
Z tłumu wyłania się mężczyzna i rozchyla ramiona, uśmiechając się szeroko. Ma od dwudziestu-paru do trzydziestu-kilku lat, włosy postrzępione i nażelowane; fryzura, na którą przynajmniej o dziesięć lat jest za stary. Nosi wyprasowane spodnie khaki, błękitną podwiniętą koszulę i kraciasty, poluzowany krawat.
Dusi mnie w uścisku, a jego woda kolońska dławi niczym dodatkowa para rąk. Nietrudno go odszukać w pamięci Therese; to Jared, pastor odpowiedzialny za młodzież. Najbardziej uduchowiona osoba jaką znała, i przy okazji obiekt jej zauroczenia.
- Dobrze, że znowu jesteś, Thereso – mówi teraz. Jego policzek ociera się o mój. - Tęskniliśmy za tobą.
Kilka miesięcy przed przedawkowaniem grupa młodzieży wracała z weekendowych rekolekcji kościelnym autobusem. Jared usiadł obok niej i zasnęła, wtulona w niego, wdychając tę samą wodę kolońską.
- Ty z pewnością – ripostuję. - Trzymaj łapy z daleka, Jared.
Jego uśmiech nie blednie, dłonie wciąż trzyma mi na ramionach. - Słucham?
- No błagam, głuchy by usłyszał.
Jego ręce opadają i patrzy nierozumiejąco na mojego ojca. Potrafi udawać niewiniątko. - Nie rozumiem, Thereso, ale jeżeli...
Posyłam mu spojrzenie sprawiające, że cofa się kilka kroków. Jakiś czas później Therese obudziła się z Jaredem u boku, rozwalonym na zapadniętym siedzeniu z zamkniętymi oczami i otwartymi ustami. Jego ręka leżała między jej udami, z kciukiem muskającym kolano. Miała na sobie szorty, a jego dotyk niemal parzył. Jego ramię znajdowało się cale od jej ciepłego krocza.
Therese wierzyła, że zasnął.
Wierzyła również, że to nierówna droga sprawiła iż ramię Jareda przesunęło się w stronę jej krocza, dotykając go przez materiał spodenek. Zamarła wtedy, z podniecenia i wstydu.
- Domyśl się, Jared – wsiadam do samochodu.

*



Wielkie pytanie, na które mogę pomóc odpowiedzieć, jak sądzi doktor S., to dlaczego istnieje świadomość. Albo, wracając do mojej ulubionej metafory, skoro to Parlament podejmuje wszystkie decyzje, po co trzymać Królową?
Ma oczywiście swoje teorie. Myśli, że w Królowej chodzi o opowiadanie historii. Mózg potrzebuje opowieści, aby nadać decyzjom pewien sens i ciągłość, by mógł je zapamiętać i użyć podczas podejmowania kolejnych. Mózg nie może nadążyć za trylionem możliwości innych decyzji, które mógłby podjąć w danej chwili, potrzebuje jednej, wykonawcy i powodu. Umysł składuje wspomnienia, a świadomość odciska na nich tożsamość: ja zrobiłam to czy tamto. Te wspomnienia stają się oficjalnymi archiwami, precedensami, których używa Parlament by działać dalej.
- Królowa to tylko figurantka – tłumaczył mi doktor S. - Reprezentuje królestwo, ale sama do niego nie należy, ani nie ma nad nim żadnej władzy.
- Nie czuję się jak figurantka – stwierdziłam.
Doktor S. roześmiał się. - Ja też nie. Jak wszyscy.

*

Terapia doktor Mehldau zakłada sporadyczne wspólne sesje z Mitchem i Alice, czytanie pamiętnika Therese i oglądanie domowych nagrań. Dzisiejsze przedstawia małą Therese, przebraną w prześcieradła, wśród dzieciaków w szlafrokach, w skupieniu czuwającą nad lalką w żłobie.
Doktor Mehldau pyta, co Therese wtedy myślała. Cieszyła się, że gra Maryję? Lubiła występować?
- A skąd mam wiedzieć?
- Więc wyobraź to sobie. Jak myślisz, co myślała wtedy Therese?
Tego też jest dużo. Wyobraź sobie, co wtedy myślała. Udawaj. Postaw się na jej miejscu. W swojej książce nazywa to „przejmowaniem”. Wymyśla dużo własnych słów, a potem definiuje je jak jej się żywnie podoba, nie przeprowadzając w tym celu żadnych dogłębnych badań. W porównaniu do artykułów neurologicznych, które pożyczył mi doktor S., książeczka doktor Mehldau to komiks z przypisami.
- Cóż, Therese była dobrą małą chrześcijanką, więc pewnie ją to bawiło.
- Jesteś pewna?
Na scenę wchodzą trzej królowie w postaci małych chłopców. Rzucają dary i recytują swoje kwestie, ale Therese ma niespokojną minę. Zbliża się jej dialog.
Therese jest przerażona, że coś spieprzy. Wszyscy będą ją obserwować. Prawie udaje mi się zobaczyć wiernych w ciemności poza sceną. Alice i Mitch też tam są, czekając na każde słowo. Czuję ucisk w klatce piersiowej i zdaję sobie sprawę, że wstrzymuję oddech.
Wzrok doktor Mehldau spoczywa na mnie, wystudiowanie obojętny.
- Wie pani co? - nie mam pojęcia, co teraz powiedzieć, gram na czas. Kręcę się w dużym, beżowym fotelu i poruszam nogą, na której siedzę. - Rzecz, którą lubię w buddyzmie to to, że buddyści rozumieją, że chrzaniłeś rzeczy przez całą serię swoich przeszłych wcieleń. Nie mam nic wspólnego z decyzjami Therese, bez względu na to, czy dopadła ją dobra czy zła karma – to jedna z natrętnych myśli nawiedzających mnie w dziewczęcym pokoiku Therese. - Bo tak: Therese była chrześcijanką, więc pewnie pomyślała, że przez przedawkowanie narodzi się na nowo, wybaczą wszystkie jej grzechy. To idealny narkotyk: samobójstwo bez trupa.
- Tamtej nocy miała myśli samobójcze?
- Nie mam pojęcia. Mogłabym spędzić tygodnie na przekopywanie się przez wspomnienia Therese, ale, szczerze mówiąc, średnio mnie to interesuje. Cokolwiek myślała, nie urodziła się ponownie. Ja tu jestem, w dodatku objuczona bagażem jej doświadczeń. Jestem osłem Therese. Karmicznym osłem.
Doktor Mehldau kiwa głową. - Doktor Subramaniam jest buddystą, prawda?
- Tak, ale co to... - Zaskakuję. Przewracam oczami. Doktor S. i ja rozmawialiśmy o przeniesieniu i wiem, że moje zauroczenie jego osobą było do przewidzenia. I to prawda, że spędziłam mnóstwo czasu – teraz też się zdarza – myśląc o przeleceniu tego faceta. Ale to nie znaczy, że nie mam racji. - Nie o to chodzi – protestuję. - Sama do tego doszłam.
Nie spiera się ze mną. - Czy dla buddystów ty i Therese nie dzieliłybyście tej samej duszy? Jaźń to iluzja. Więc nie ma żadnego jeźdźca i żadnego osła. Jesteś tylko ty.
- Zapomnijmy o tym – mruczę.
- Nie, lećmy dalej, Terry. Nie czujesz, że masz jakieś obowiązki względem dawnej siebie? Jej rodziców, przyjaciół? Może to jest karma, którą jesteś im dłużna.
- A za kogo pani odpowiada, pani doktor? Kto jest pani pacjentką? Therese czy ja?
Przez chwilę milczy, by odpowiedzieć – Dla mnie ważna jesteś ty.

*

Ty.
Przełykasz, zaskoczona, że tabletka smakuje cynamonem. Z początku efekt narkotyku jest ulotny. Zdajesz sobie sprawę, że siedzisz z tyłu samochodu, z komórką w dłoni, twoi przyjaciele trzęsą się od śmiechu. Rozmawiasz z twoją matką. Jeśli skupisz myśli, przypomnisz sobie moment połączenia i poinformowania jej, u której z twoich przyjaciółek zostajesz dziś na noc. Zanim masz czas się pożegnać, wysiadasz z samochodu. Auto stoi na parkingu, komórkę gdzieś posiałaś – pamiętasz tylko jak życzyłaś dobrej nocy matce i jazdę w kółko przez pół godziny, żeby znaleźć miejsce parkingowe. Joelly odrzuca rude kędziory i ciągnie cię w kierunku schodów. Chodź, panno T.!
Podnosisz wzrok i orientujesz się, że stoisz na chodniku, przy wejściu do klubu i trzymasz dziesięć funtów, chcąc przekupić bramkarza. Muzyka dudni przy każdym otwarciu drzwi. Obracasz się w stronę Joelly i -
- znajdujesz się w obcym aucie, na autostradzie międzystanowej. Prowadzi chłopak, którego poznałaś kilka godzin temu, nazywa się Rush, ale nie dopytałaś, czy to imię, czy nazwisko. W klubie przylgnęliście do siebie i rozmawialiście głośno o rodzicach, żarciu i różnicy między smakiem nowego papierosa w ustach, a swądem starego dymu. Uzmysławiasz sobie, że sama masz w ustach papierosa, wyciągnęłaś go z paczki Rusha, a przecież nie lubisz palić. A może polubiłaś? Nie wiesz. Powinnaś się go pozbyć, czy zatrzymać? Przeszukujesz pamięć, ale nie przypominasz sobie podjęcia decyzji o zapaleniu, ani dlaczego wsiadłaś do samochodu z tym chłopakiem. Zaczynasz snuć historię: musisz mu ufać, albo nie postawiłabyś nogi w tym aucie. A papierosa wzięłaś, bo mógłby poczuć się urażony.
Dziś wieczór nie czujesz się jak ty. I to ci się podoba. Znów zaciągasz się papierosem. Zastanawiasz się nad minionymi godzinami i zachwycasz wszystkim, co zrobiłaś; wszystkim bez ciągłego ciężaru autorefleksji: bez zmartwień, niepokoju, natychmiastowego żalu. Bez wewnętrznych głosów krytykujących każdy twój krok.
Teraz chłopak nie ma na sobie nic poza bokserkami i sięga na półkę po opakowanie płatków, ma piękne plecy. Przez małe kuchenne okienko wpada mgliste światło. Nasypuje do twojej miski owocowych kółeczek i śmieje się z cicha, bo jego matka śpi tuż za ścianą.  Patrzy na ciebie i marszczy brwi. Pyta, o co chodzi. Spoglądasz w dół i widzisz, że jesteś w pełni ubrana. Sięgasz wstecz myślami i zdajesz sobie sprawę, że siedzisz już w jego mieszkaniu od wieków. Całowaliście się w jego pokoju, a chłopak zdjął z siebie ubrania, ty całowałaś jego tors, a dłońmi gładziłaś łydki. Pozwoliłaś mu wsadzić ręce pod koszulkę i dotknąć twoich piersi, ale nic ponadto. Dlaczego nie uprawialiście seksu? Nie podobał ci się? Nie, byłaś wilgotna. Byłaś podniecona. Czułaś się winna? Zawstydzona?
O czym myślałaś?
Kiedy wrócisz do domu, zapłacisz za to. Rodzice będą wściekli, jeszcze gorzej, będą się za ciebie modlić. Cały kościół będzie się modlił. Wszyscy się dowiedzą. I nikt już nie spojrzy na ciebie tak, jak przedtem.
Cynamonowy smak w twoich ustach i znowu siedzisz w samochodzie chłopca przed sklepem całodobowym. Jest popołudnie. Dzwoni komórka. Wyłączasz ją i wpychasz do torebki. Przełykasz, a gardło masz suche. Ten chłopak – Rush – kupuje ci kolejną butelkę wody. Co właściwie połknęłaś? A, tak. Zastanawiasz się i pamiętasz wszystkie pastylki, które wzięłaś. Dlaczego wzięłaś aż tyle? Dlaczego w ogóle chciałaś następną? A, tak.



*

Głosy dobiegają z kuchni. Jest przed szóstą, chcę tylko się wysikać i wrócić do łóżka, ale zdaję sobie sprawę, że rozmawiają o mnie.
- Nawet nie chodzi w ten sam sposób. To, jak się porusza, co mówi...
- To od tych wszystkich książek doktora Subramaniama. Kładzie się po pierwszej. Therese nigdy się tym nie interesowała, nie... nauką.
- Tu nie chodzi o słowa, tylko o to, jak brzmi. Ten niski głos... - ona płacze. - Och, skarbie, nie wiedziałam, że to będzie wyglądało w ten sposób. Jakby miała rację, jakby to wcale nie była ona.
On się nie odzywa. Płacz Alice rośnie, aby w końcu przebrzmieć. Brzęk naczyń w zlewie. Cofam się, gdy Mitch zabiera głos:
- Może powinniśmy spróbować obozu – mówi.
- Nie, nie, nie! Jeszcze nie! Doktor Mehldau twierdzi, że robi postępy. Musimy...
- No jasne, że tak twierdzi.
- Obiecałeś, że spróbujesz, że dasz jej szansę – gniew przedziera się przez łkanie, a Mitch mamrocze coś w rodzaju przeprosin. Wkradam się po cichu do swojej sypialni, ale nadal muszę siku, więc wychodząc z niej robię przesadny hałas. Alice podchodzi do stóp schodów. - Wszystko w porządku, słonko?
Mrużę zaspane oczy i wchodzę do łazienki. Zamykam drzwi i nie zapalając światła, siadam na toalecie.
Jaki zasrany obóz?

*



- Spróbujmy jeszcze raz – zachęciła doktor Mehldau. - Niech będzie przyjemne i żywe.
Mam kłopoty z koncentracją. Broszurka w mojej kieszeni jest jak bomba. Łatwo było ją znaleźć, kiedy już zdecydowałam się poszukać. Chcę zapytać doktor Mehldau o obóz, ale wiem, że poruszając ten temat, rozpętam wojnę pomiędzy nią a Klassami, ze mną pośrodku.
- Zamknij oczy – rozkazuje. - Pomyśl o dziesiątych urodzinach Therese. W pamiętniku zapisała, że to były jej najwspanialsze urodziny. Pamiętasz Wodny Świat?
- Ledwo co – mogłam przywołać obraz delfinów, dwóch, trzech, skaczących jednocześnie. Było słonecznie i upalnie. Z każdą sesją łatwiej mi przebijać się do wspomnień Therese. Jakby jej życie nagrano na DVD, a ja dostałam pilota.
- Pamiętasz, jak Namu i Shamu ochlapały cię podczas pokazu?
Śmieję się. - Chyba tak. - Mogłam zobaczyć metalowe barierki, szklaną ścianę tuż przede mną, olbrzymie cielska w zielononiebieskiej wodzie. - Kazali wielorybom machać płetwami. Wszyscy byliśmy przemoczeni.
- Pamiętasz, kto był tam z tobą? Gdzie są twoi rodzice?
Była dziewczynka w moim wieku, nie mogę przypomnieć sobie jej imienia. Strugi wody zalewały nas w całości, a my śmiałyśmy się, piszcząc. Później moi rodzice wysuszyli nas ręcznikami. Musieli siedzieć wyżej, poza strefą wylewu. Alice wyglądała na młodszą, szczęśliwszą i nieco cięższą. Miała szersze biodra. To było nim zaczęła odchudzać się i ćwiczyć, i kiedy była w rozmiarze mamy.
Otwieram szeroko oczy. - O Boże.
- Wszystko dobrze?
- Ze mną tak... to było tylko... jak pani powiedziała. Wyraźne. - Obraz młodej Alice wciąż boli. Po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jaka smutna jest teraz.
- W przyszłym tygodniu umówmy się na grupową sesję – proszę.
- Naprawdę? No dobrze. Porozmawiam z Alice i Mitchem. Chciałabyś porozmawiać o czymś szczególnym?
- Tak. Musimy porozmawiać o Therese.

*

Doktor S. mówi, że wszyscy chcą wiedzieć, czy oryginalna mapa nerwowa, stara Królowa, może powrócić. Jeśli mapa mapy zaginie, czy można ją odnaleźć? A jeśli tak, co stanie się z nową mapą nerwową, młodą Królową?
- Przykładny buddysta powiedziałby, że to nieistotne. Przecież cykl istnienia nie trwa jedynie pomiędzy życiami. Samsara jest każdą chwilą. Jaźń umiera i stale się odradza.
- A pan jest dobrym buddystą? - spytałam.
Uśmiechnął się. - Tylko w niedziele.
- Chodzi pan do kościoła?
- Gram w golfa.

*

Ktoś puka i otwieram oczy. Alice wchodzi do pokoju, niosąc naręcze świeżo złożonego prania. - Och!
Przemeblowałam pokój, przesuwając łóżko pod ścianę, co dało mi dodatkową przestrzeń podłogi. Jej twarz zmienia się jak w kalejdoskopie. - To nie rodzaj modlitwy?
- Nie.
Wzdycha, ale bez przekonania. - Czyli tak, jak mi się wydawało. - Krząta się dookoła i kładzie ubrania na łóżku. Znajduje tam książkę, Wchodząc w strumień. - Doktor Subraminiam ci to dał?
Czyta fragment, który podkreśliłam: Lecz kochająca dobroć – maitri – dotycząca nas samych nie oznacza pozbywania się czegokolwiek. Nie ma sensu w próbach zmieniania nas samych. W medytacji nie chodzi o wyrzucenie starego ja i stanie się kimś lepszym. Chodzi o zaprzyjaźnienie się z samym sobą.
- Cóż – odkłada ostrożnie książkę, na założonej stronie. - To brzmi jak doktor Mehldau.
Wybucham śmiechem. - Rzeczywiście. Mówiła ci, że chciałabym, żebyście z Mitchem byli na kolejnej sesji?
- Będziemy – drepcze po pokoju, zbierając koszulki i bieliznę. Wstaję, żeby ją przepuścić. Jakimś cudem podczas tej krzątaniny ogarnia pokój – układa książki na właściwych półkach, sadza Przy-Tulisia na dawnym miejscu na łóżku, wrzuca pustą torbę po chipsach do kosza – kojarzy mi się w tym wszystkim z maszyną do sprzątania Kota Prota.
- Alice, na ostatniej sesji przypomniałam sobie Wodny Świat, była tam ze mną dziewczynka. Z Therese.
- Wodny Świat? - A, to dziewczynka Hammelów, Marcy. Zabrali cię ze sobą do Ohio w tamte wakacje.
- Kto?
- Hammelowie. Nie było cię cały tydzień. Nie chciałaś na urodziny nic poza kieszonkowym na tę wycieczkę.
- Was tam nie było?
Podnosi dżinsy, które rzuciłam w nogach łóżka. - Zawsze mieliśmy się wybrać do Wodnego Świata, ale ojcu i mnie nie udało się tam dojechać.

*

- To nasza ostatnia sesja – odzywam się.
Alice, Mitch, doktor Mehldau: przykułam uwagę wszystkich.
Pierwsza, oczywiście, reflektuje się pani doktor. - Masz nam pewnie coś do powiedzenia.
- Ooo, tak.
Alice zamiera, z trudem panując nad sobą. Mitch pociera kark, nagle zainteresowany dywanem.
- Nie będę się dłużej w to bawić – robię niejasny gest ręką. - To wszystko: ćwiczenia pamięciowe, wyobrażenia, co Therese czuła, a czego nie. W końcu zrozumiałam. Macie gdzieś, czy jestem Therese czy nie. Chcielibyście, żebym myślała, że nią jestem. Nie zgadzam się dłużej na taką manipulację.
Mitch potrząsa głową. - Kochanie, zażyłaś narkotyk. - Zerka na mnie, nim wbija wzrok w swoje stopy. - Jeśli wzięłabyś LSD i zobaczyła Boga, to nie znaczyłoby, że naprawdę Go ujrzałaś. Nikt nie próbuje tobą manipulować, próbujemy cofnąć manipulację.
- Przestań pieprzyć, Mitch. Zachowujecie się, jakbym była schizofreniczką i nie umiała odróżnić prawdy od fikcji. Cóż, częścią problemu jest, że im dłużej prowadzi mnie doktor Mehldau, tym bardziej pieprznięta jestem.
Alice raptownie chwyta powietrze.
Doktor Mehldau wyciąga rękę, żeby ją uspokoić, ale patrzy na mnie. - Terry, twój ojciec próbuje powiedzieć, że chociaż czujesz się jak nowa osoba, przed narkotykiem byłaś także ty. Która istnieje teraz.
- Ta? Może ci wszyscy zaćpańcy, których pani opisuje, wcale nie są „przywróceni”? Może tylko czują się po staremu.
- To możliwe – dopuszcza ostrożnie. - Ale nie sądzę, by się okłamywali. Zaakceptowali utracone części siebie, rodziny, które porzucili. To ludzie podobni do ciebie. - Obrzuca mnie tym standardowym, zatroskanym spojrzeniem, które lekarze nabywają razem z dyplomem. - Naprawdę chcesz, by przez resztę życia towarzyszyło ci poczucie osierocenia?
- Co? - nagle oczy mam pełne łez. Próbuję odkaszlnąć, ale wciąż napływają, dopóki nie otrę ich rękawem. Czuję, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek. - Hej, Alice, mam to po tobie – próbuję żartować.
- To normalne – pociesza doktor Mehldau. - Gdy obudziłaś się w szpitalu, czułaś się zupełnie samotna. Jak nowa osoba, bez przyjaciół, bez rodziny. I ciągle stoisz na początku tej drogi. W pewnym sensie nie jesteś starsza od dwulatka.
- Cholera, dobra pani jest – pociągam nosem. - Nie spodziewałam się.
- Proszę, nie wychodź. Po prostu...
- Spokojnie, nigdzie się jeszcze nie wybieram. - Jestem przy drzwiach, ściągając plecak z wieszaka.  Grzebię w kieszeni i wyciągam broszurę. - Wie pani o tym?
Alice odzyskuje głos pierwsza. - Och, kochanie, nie...
Doktor Mehldau bierze ode mnie folder, a czoło ma zmarszczone. Na okładce widać upozowane zdjęcie nastolatków przytulających uradowanych rodziców. Zerka na Alice i Mitcha.
- Myśleliście o tym?
- To ich bat, doktor Mehldau. Jeśli pani sobie nie poradzi, albo ja nawalę, bam! Wie pani coś o tym?
Przerzuca strony, ogląda zdjęcia domków, program kursu, wielki hotel, gdzie dzieciaki takie jak ja angażują się w „intensywne sesje grupowe z wykwalifikowanymi doradcami”, gdzie mogą „odkryć swoje prawdziwe ja”. Kręci głową. - Ich podejście jest inne niż moje...
- No nie wiem, paniusiu. Ich podejście brzmi cholernie podobnie do „przejmowania”. Muszę pani przyznać, że prawie mnie pani nabrała. Ćwiczenia z wizualizacji? Wyćwiczyłam się tak dobrze, że mogłam sobie nawet wyobrazić coś, czego nie było. Założę się, że umiałaby pani przenieść mnie w całości do głowy Therese.
Odwracam się do Alice i Mitcha. - Nadszedł czas na decyzję. Program doktor Mehldau to ściema. To wysyłacie mnie na kolonijne pranie mózgu, czy nie?
Mitch obejmuje żonę. Oczy Alice są zdumiewająco suche. Patrzy na mnie tak, jakbym była kimś obcym.

*



Leje przez całą drogę powrotną z Baltimore i nie przestaje, kiedy docieramy do domu. Alice i ja biegniemy na ganek, oświetlony snopem światła reflektorów. Mitch czeka, aż Alice otworzy drzwi  i wejdziemy, a potem odjeżdża.
- Często tak robi? - pytam.
- Lubi sobie pojeździć, kiedy ma zły humor.
- Och. - Alice wchodzi do domu, zapalając światła. Idę za nią do kuchni.
- Nie martw się, przejdzie mu – otwiera lodówkę i kuca. - Nie ma pojęcia, co z tobą zrobić.
- Czyli wyśle mnie na obóz.
- Nie, to nie tak. Nigdy nie trafiła mu się pyskata córka. - Wyjmuje klosz i stawia go na stole. - Zrobiłam ciasto marchewkowe. Możesz przynieść talerzyki?
Jest taka drobna. Kiedy tak stoimy, sięga mi ledwie do podbródka. Włosy na czubku głowy przerzedzają się, dodatkowo zmoczone deszczem, a jej skóra jest różowa.
- Nie jestem Therese. Nigdy nie będę Therese.
- Och, wiem – zdusza w sobie westchnienie. I naprawdę wie; mogę to zobaczyć w jej twarzy. - Po prostu tak bardzo ją przypominasz.
Śmieję się. - Mogę ufarbować włosy. I poprawić sobie nos.
- To na nic. I tak bym cię rozpoznała. - zdejmuje pokrywę i odkłada ją na bok. Ciasto jest okrągłe, pokryte półcalową warstwą polewy. Maleńkie marcepanowe marchewki zdobią brzeg.
- Łał, zrobiłaś je przed wyjściem? Dlaczego?
Alice wzrusza ramionami i odkrawa kawałek. Manewruje ostrzem noża, żeby położyć ogromny trójkąt na moim talerzu. - Pomyślałam sobie, że będzie nam potrzebne, niezależnie jak to się wszystko skończy.
Kładzie przede mną talerzyk i gładzi mnie po ramieniu. - Wiem, że chcesz się wyprowadzić. Wiem, że może już nigdy nie wrócisz.
- To nie tak, że...
- Nie zatrzymamy cię. Ale gdziekolwiek pójdziesz, zawsze będziesz moją córką, czy ci się to podoba, czy nie. Nie możesz decydować, kto cię kocha.
- Alice...
- Ciiiiii. Jedz swoje ciasto.







niedziela, 19 kwietnia 2015

Tłumaczenie: Neil Gaiman, "Opowieść marcowa"

W głowie mam tylko Daredevila Netflixa (swoją drogą, polecam, oglądajcie!), ale obiecałam sobie, że przynajmniej raz w tygodniu będę wrzucać tu tłumaczenie jakiegoś opowiadania, żeby blog nie porósł kurzem. W tym tygodniu miałam problem - owszem tekst mam wybrany - niedługo spodziewajcie się Catherynne M. Valenthe i Wilków Brooklynu, ale nie bardzo mam czas, żeby wyrobić się jeszcze w tym tygodniu. Na szczęście już jakiś czas temu zauważyłam, że Kalendarz Opowieści jest niepełny - zapomniałam o marcu, zupełnie nie wiem dlaczego, bo leży mi na dysku, już hen, wieki temu przetłumaczony na polski - i Gaiman ratuje mi tyłek, niezawodnie w każdej sytuacji. Tak więc przed wami Anne Bonny i tekst trochę awanturniczy a trochę tęskny.





Opowieść marcowa

NEIL PYTA:
„Jaką postać historyczną przypomina Ci marzec?”
@MorgueHumor ODPOWIADA:
„Anne Bonny o sercu włóczęgi, marzącą o statku na własność”.
#KeepMoving #MarTale

„…wiemy tylko tyle, że nie została stracona.”
Daniel Defoe, „Historia powszechna rabunków i morderstw najznamienitszych piratów”

W wielkim domu było zbyt gorąco, więc obydwie wyszły na ganek. Z zachodu nadciągała wiosenna burza. Oświetlił je nadchodzący poblask błyskawic i ochłodził nieprzewidywalny, lodowaty wiatr. Matka i córka siedziały niewzruszenie na huśtawce na ganku, rozmawiając o powrocie ojca dziewczynki, teraz przebywającego na pokładzie statku wiozącego ładunek tytoniu do odległej Anglii. 
Mary, trzynastolatka, taka śliczna, taka egzaltowana, wykrzyknęła:
- Przyrzekam, jestem rada, że wszyscy piraci skończyli na stryczku i ojciec wróci do nas bezpiecznie.
Łagodny uśmiech jej matki nie zniknął z jej ust, kiedy odpowiedziała:
-  Nie będziemy rozmawiać o piratach, Mary.



Gdy była dziewczynką, przebrała się za chłopca, żeby ukryć ojcowski skandal. Nie założyła sukienki, dopóki nie znalazła się na pokładzie wraz z ojcem i matką; jego służącą i kochanką, którą w Nowym Świecie zaczął nazywać żoną i płynęli z Corku do Karoliny.
Podczas tej podróży zakochała się po raz pierwszy, przebrana za kogoś sobie obcego, zaplątana w warstwy spódnic. Miała jedenaście lat i serca nie skradł jej żaden z żeglarzy, ale sam statek. Anne siadywała w szalupach, patrząc jak szary Atlantyk przelewa się pod nimi, słuchając krzyku mew i czując, jak Irlandia oddala się coraz bardziej i bardziej, zabierając ze sobą stare kłamstwa.
Z żalem opuściła swą miłość gdy wylądowali, i chociaż jej ojciec dobrze sobie radził w nowym kraju, nocami śniła o skrzypieniu drewna i łopocie żagli.
Jej ojciec był dobrym człowiekiem. Ucieszył się, kiedy wróciła i nie rozmawiali o czasie, który spędziła daleko, o młodzieńcu, którego poślubiła i który zabrał ją do Providence. Powróciła na łono rodziny trzy lata później, z dzieckiem przy piersi. Jej mąż zginął, powiedziała, i choć obrosły ją plotki i pogłoski, nawet najostrzejsze języki nie ośmieliły się zasugerować, że Annie Riley to kobieta-pirat, Anne Bonny, pierwszy mat Rudego Rackhama.
- Gdybyś walczył jak mężczyzna, nie zdechłbyś jak pies. – Tak brzmiały ostatnie słowa Anne Bonny do człowieka, który wypełnił jej brzuch dzieckiem, a przynajmniej tak powiadali.


Pani  Riley obserwowała grę piorunów i słuchała pierwszego pomruku odległego grzmotu. Jej włosy zaczęły siwieć, a cera była tak samo blada, jak każdej kobiety zamieszkującej tę ulicę.
- Huczy jak wystrzał z armaty – rzekła Mary (Anne nazwała ją na pamiątkę swej matki i swojej najlepszej przyjaciółki, spotkanej w latach, które spędziła z dala od wielkiego domu).
- Dlaczego wymyślasz takie rzeczy? – skarciła ją surowo matka. – W tym domu nie rozmawiamy o kanonadach.
Spadł pierwszy marcowy deszcz i wówczas pani Riley zaskoczyła córkę, wstając z gankowej huśtawki i wychylając się za balustradę, tak, aby deszcz opryskał jej twarz jak morski wiatr. Było to dość niezwykłe zachowanie jak na powszechnie szanowaną kobietę.
Kiedy deszcz obryzgał jej twarz, wyobraziła sobie to jeszcze raz: siebie, kapitan własnego statku, otaczający ich ogień armat, swąd dymu i prochu mieszający się ze słoną bryzą. Pokład statku pomalowałaby na czerwono, aby zamaskować bitewną krew. Wicher wypełniłby sflaczałe żagle furkotem głośnym niby odgłos działa, kiedy podbijałaby kolejny kupiecki statek, zabierając ze sobą wszystko, czego zapragnęła: klejnoty lub monety i palące pocałunki jej pierwszego mata po całym tym obłędzie.
- Mamo? – spytała Mary – Chyba musisz myśleć o wielkim sekrecie. Masz taki osobliwy uśmiech.
- Głuptas, acushla – odburknęła jej matka. A zaraz potem dodała: - Myślałam o twoim ojcu.
Mówiła prawdę, a marcowe wichury rozwiewały wokół nich szaleństwo.

piątek, 10 kwietnia 2015

Tłumaczenie: Sofia Samatar, "Historie o selkie są dla frajerów"

Czasami zastanawiam się, kto pisze moje życie – bo że ktoś je pisze, to pewne. Nie mam więcej wątpliwości, biorąc pod uwagę, że pendrive z tym tekstem zagubił mi się dobrych kilka miesięcy temu, a znalazł wczoraj, niedługo po premierze „Song of the Sea”, najbardziej selkie-owatego filmu, jaki kiedykolwiek widziałam. :) Oryginał tekstu możecie znaleźć tu. W wasze ręce!

Historie o selkie są dla frajerów



Nienawidzę opowieści o selkie. Zawsze mówią o tym, jak polazłaś na strych po książkę, znalazłaś ohydny stary płaszcz, zniosłaś go na dół, trzymając między palcem wskazującym i kciukiem i zapytałaś „co to jest?” a potem już nigdy nie zobaczyłaś swojej mamy.
*
Pracuję w restauracji La Pacha. Dostałam tę pracę po tym, jak odeszła mama, żeby pomóc w płaceniu rachunków. Pierwszego wieczoru w pracy dwa razy nawrzeszczał na mnie główny kelner, sparzyłam palce o gorący talerz, wylałam na swój fartuch zupę soczewicową z pietruszką i zostawiłam klucze w kuchni.
Wróciłam pędem do restauracji i zaczęłam dobijać się do drzwi. Oczywiście nikt nie wyszedł. Poczułam zapach papierosów w tej samej chwili, w której usłyszałam głos.
- Hej.
Odwróciłam się i stała tam Mona, biały dym snuł się pomiędzy jej palcami.
- Zostawiłam w środku klucze – powiedziałam.
*
Mona to jedyna dziewczyna poza mną w La Pacha, która jest kelnerką. Jest spokrewniona ze wszystkimi w restauracji poza mną. Właściciel, który każe nazywać się Wujek Tad, jest naprawdę jej wujem, bratem jej mamy.
- Nie rozmawiaj z nim, jeśli nie musisz – ostrzegła mnie Mona – Jest straszny.
To było po tym, jak westchnęła, upuszczając papierosa i miażdżąc go butem, po tym, jak podsadziłam ją na splecionych dłoniach, żeby mogła wejść przez okno, po tym, jak wślizgnęła się do kuchni i otworzyła mi drzwi. Powiedziała „madame” oschłym tonem i ukłoniła się. Przynajmniej wydaje mi się, że powiedziała „madame”. Równie dobrze mogła powiedzieć „wasza wysokość”. Nie pamiętam za dobrze tej nocy, bo wypiłyśmy dużo wina. Mona stwierdziła, że skoro już się włamałyśmy i weszłyśmy, to możemy też coś ukraść i ustawiła w rządku wszystkie otwarte butelki czerwonego wina. Poświeciłam jej komórką, kiedy wyjmowała specjalne gumowe korki i nalewała po trochu z każdej butelki do plastikowej miarki. Nazwała to Winiarnią. Byłam zaskoczona, że jest dla mnie tak miła, bo w pracy prawie się do mnie nie odzywała. Później zdradziła mi, że nienawidzi każdego przy pierwszym spotkaniu. Zadzwoniłam do domu, ale tata nie odbierał, pewnie był w piwnicy. Zostawiłam wiadomość i wyłączyłam telefon.
- Wiesz, o co poprosił mnie dzisiaj ten gość? – zapytała Mona. – Zamawiał kaszę z wołowiną, a powiedział: poproszę Kasię z wołowiną.
*
Mama Mony nie pracuje w La Pacha, ale czasami wpada około trzeciej, siada w sekcji Mony i płacze. Wtedy Mona wciska na głowę pomarańczową kaszkietówkę, wypada tylnym wyjściem i zapala papierosa, a ja przejmuję jej sekcję. Mama Mony nie składa u mnie zamówień. Ma oczy Mony, albo Mona ma jej oczy: olbrzymie rozzłoszczone oczy z rzęsami tak długimi, że podwijają się na końcach. Potrząsa tylko głową i powtarza: nic! nic! aż w końcu Wujek Tad podchodzi do niej, a mama Mony przytula go i całuje, zawodząc po arabsku.
*
- Masz klucze? – pyta mnie Mona po pracy.
Wsiadamy do mojego samochodu i wiozę nas przez miasto do Włości Kości, olbrzymiego cmentarza na wzgórzu. Parkuję na pustym miejscu, a Mona zwija papierosa. Jest tylko jedna lampa, paląca się odległym, zimnym blaskiem w środku parkingu. Mona zrzuca buty, kładzie stopy na desce rozdzielczej i płacze. Uprzedziła mnie o tym w noc kiedy się poznałyśmy, powiedziałam coś głupiego, w stylu:
- Jesteś taka zabawna.
A ona odpowiedziała: - Właściwie dużo płaczę. Powinnaś o tym wiedzieć.
Byłam taka szczęśliwa, że uważała, iż powinnam wiedzieć o jej nawykach, same nawyki mnie nie obchodziły. Ciągle mnie nie obchodzą, ale to prawda, że Mona dużo płacze. Płacze, bo boi się, że jej mama wywiezie ją do Egiptu, gdzie kiedyś mieszkała jej rodzina. Mona nigdy tam nie była.
- Co miałabym tam robić? Nawet nie mówię po arabsku.
Wyciera tusz do rzęs w rękaw i każę jej popatrzeć na lampę na zewnątrz i udawać, że lśniące światło pochodzi z ogniska i że razem z nią wrzucam w ogień wszystkie kiedykolwiek spisane opowieści o selkie i patrzę, jak płoną.
- Ty i te twoje opowieści o selkie – mówi Mona. Protestuję, że nie są moje i nigdy nie będą i nigdy-przenigdy nie opowiem jej tej jednej historii, która jest prawdą; nie mówię jej, jak wspięłam się tamtego dnia na strych, bo szukałam książki, którą czytałam, kiedy byłam mała, Pięknej i Bestii, przyzwoitej baśni o zwierzęciu, które na zawsze zostało człowiekiem, tak jak powinno być. Nie mówię Monie, że czarne włosy Pięknej wiły się na każdej stronie albo że Bestia miał żółte rogi i przepyszny frak i o tym, że zamiast książki znalazłam płaszcz, moja mama narzuciła go na siebie, wyszła przez kuchenne drzwi i przekręciła kluczyk w stacyjce.
*
Jedna z opowieści o selkie mówi o mężczyźnie z Mýrdalur. Któregoś dnia, będąc na klifach, usłyszał tańczących i śpiewających w jaskini ludzi i zauważył kilka skór rozwieszonych na skałach. Zabrał jedną ze skór i zamknął w kufrze, a kiedy wrócił, na brzegu morza siedziała samotna dziewczyna i rozpaczała. Była naga, więc przyniósł jej nieco ubrań i zabrał do domu. Pobrali się i mieli dzieci. Wiecie, jak to jest. Pewnego razu zmienił ubranie i zapomniał wyjąć z kieszonki koszuli klucz do skrzyni. Odnalazła go jego żona, piorąc ubrania.
*
- Nie jedziesz do Egiptu – pocieszam Monę. – Wybieramy się do Kolorado. Pamiętasz?
To nasze wielkie marzenie – pojechać do Kolorado. Tam urodziła się Mona. Mieszkała tam do czwartego roku życia. Wciąż pamięta skały, świerki i mroźne, mroźne powietrze. Mówi, że chmury w Kolorado są jasne, niczym kawałki lustra. To w Kolorado rodzice Mony wzięli rozwód, a jej mama próbowała się zabić po raz pierwszy. Tutaj też tego próbowała. Włożyła głowę do piekarnika, opierając się na poduszkach. Mona była wtedy w siódmej klasie.
*
Selkie wracają do morza w mgnieniu oka, jakby nigdy z niego nie wychodziły. To jedna z rzeczy, która różni je od ludzi. Jednego razu mój tata próbował gdzieś wrócić; był wtedy w armii, stacjonowali w Niemczech, i tata pojechał do Norwegii żeby odszukać miasteczko z którego pochodziła moja prababcia. Nawet znalazł to miejsce, starą farmę z naszym nazwiskiem. W miasteczku wszedł do restauracji i zamówił lutefisk, obrzydliwą potrawę z ryb, którą przyrządza babcia. Kucharka wyszła z kuchni i popatrzyła na niego jak na świra. Oznajmiła, że lutefisk je się tylko na Boże Narodzenie.
I tak plan taty, żeby poznać prawdziwy smak lutefisk legł w gruzach. Wszystko, co zdołał przywieźć z Norwegii to Biblia mojej prababci. Jest jeszcze dziennik, który prowadziła na północnej farmie, ale nie umiemy go odczytać. Zapisała w nim tylko cztery angielskie słowa: Mój Boże koszmarny dzień.
*
Możecie podejrzewać, że tata poderwał mamę w Norwegii, gdzie roi się od fok. Ale to nieprawda. Poznał ją na basenie.
*
Jeśli chodzi o mamę, nigdy nie mówiła o swoich krewnych. Zapytałam ją raz, czy ma rodzinę i odpowiedziała: „nie takich jak my”. Wówczas myślałam, że ma na myśli ćpunów albo morderców, może gdzieś na odsiadce. Chciałabym, żeby to była prawda.
*
Jedna z historii, jakich nie opowiedziałam Monie pochodzi z Leksykonu Brytyjskiego Folkloru. W tej opowieści to córeczka selkie odnajduje ukrytą skórę. Oczywiście nie ma pojęcia, co się wydarzy, po prostu wie, że jej matka szuka foczej skóry i przypomina sobie tatusia wyciągającego taką skórę spod łóżka i głaszczącego ją. Matka dziewczynki wydobywa swój płaszcz z kryjówki i mówi: „Żegnaj, moje maleństwo!” Nie myśli o tym, że skoro tyle czasu oddychała powietrzem, to z pewnością jeszcze trochę wytrzyma. Po prostu zarzuca na siebie skórę i wskakuje do morza.
*
Po tym, jak odeszła mama, czekałam, aż tata wróci do domu z pracy. Milczał, kiedy opowiedziałam mu o płaszczu. Stał w świetle elektronicznego zegara w piekarniku i delikatnie pocierał palcami, zupełnie jakby bezgłośnie nimi pstrykał. Później usiadł przy kuchennym stole i zapalił papierosa. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby palił w domu. Mama dostanie szału, pomyślałam, ale szybko zdałam sobie sprawę, że to nieprawda. W tym domu była tylko dwójka szaleńców. Ja i tata.
*
Ojciec wciąż na mnie czeka, więc tuż przed północą wyjeżdżam z parkingu. Mam nadzieję dotrzeć do domu na tyle wcześnie, żeby nie zrzędził, ale dostatecznie późno, żeby nie chciało mu się wychodzić z piwnicy gdzie rozbiera na części stare telewizory i gadać o colledge’u. Mówiłam mu, że nie idę na studia. Wybieram się do Kolorado, stanu zamkniętego. Tylko dwadzieścia na pięćdziesiąt stanów jest zupełnie zamkniętych – to znaczy, że nie mają dostępu do Wielkich Jezior ani do morza. Mona zapala światło i próbuje nałożyć eyeliner w lusterku, a ja skręcam, żeby obsunęła jej się ręka. Gasi światło i mnie uderza. Wszystkie szyby w aucie są opuszczone i wiatr omiata dzikie włosy Mony wokół jej twarzy. Moje maleństwo, wyjaśnia książka, to „wyraz czułości”.
- Moje maleństwo – grucham do Mony. Dostaje czkawki. Nie może przestać się śmiać.
*
 Nigdy nie pocałowałam Mony. Dużo o tym myślałam, ale zdecydowałam, że jeszcze na to nie pora. To nie tak, że myślałam, że się wystraszy czy coś. Chyba nawet się nie boję, że nie oddałaby mi pocałunku. Jest gorzej: boję się, że pocałowałaby mnie nic przy tym nie czując.
*
Prawdopodobnie jednym z największych frajerów, którzy zakochali się w selkie był mężczyzna, który nosił jej skórę ze sobą w plecaku. Był tak zestrachany, że ją znajdzie, że zabierał skórę ze sobą wszędzie – kiedy szedł na połów albo napić się w mieście. Aż któregoś dnia złapał mnóstwo ryb. Było ich tak wiele, że nie mógł ich wszystkich zaciągnąć do domu w swojej sieci. Opróżnił plecak i napełnił go rybami, a skórę przewiesił przez ramię, ale w drodze powrotnej do domu ją upuścił.
- Szara z przodu, z tyłu szara, skończyła się ziemska kara – oto, co powiedziała żona rybaka, kiedy odnalazła swoją skórę. Mężczyzna rzucił się ją łapać, nawet ją pocałował, chociaż już była foką, ale ona sturlała się ze ścieżki i rzuciła w toń. Mężczyzna stał po kolana w chłodnych falach, śmierdząc rybą i płacząc. W historiach o selkie pocałunki niczego nie rozwiązują. Pocałunek niczego nie zmienia. Nikt nie kocha cię tylko dlatego, że ty kochasz go lub ją. Co to w ogóle za baśń?
*
- Nie obudziła się – opowiada Mona. – Wyciągnęłam ją z piekarnika na podłogę i wyłączyłam gaz i otworzyłam okna. Nie byłam taka znów mądra, wcale nie myślałam. Zadzwoniłam po Wujka Tada i policję i dalej nie myślałam.
Nie wierzę, że nie była mądra. Próbowała nawet ratować mamę sztucznym oddychaniem, ale ona nie obudziła się zanim nie znalazła się w szpitalu. Musieli po nią sięgnąć i wyszarpać ją śmierci, bo było blisko. Śmierć czai się tuż pod skórą, jak mówi Mona. Szara z przodu, z tyłu szara.
*
Kochana Mono: Kiedy na ciebie patrzę, parzy mnie skóra.
*
Podjeżdżam pod jej pojazd, żeby ją wysadzić. Dom jest ciemny, najmroczniejszy na całej ulicy, bo mama Mony nie lubi zapalać światła na ganku. Mówi, że wdziera się pod żaluzje i nie może przez to zasnąć. Mama Mony ma śliczną sypialnię na piętrze, z mnóstwem starych fotografii w złoconych ramkach, ale śpi na kanapie w salonie obok akwarium. Obserwowanie rybek pomaga jej na sen, chociaż mówi, że w tym kraju nie ma prawdziwych ryb. Mona nazywa to jedną ze „starych śpiewek” swojej mamy.
Mona wysiada, szarpiąc ten kawałeczek mojego serca, który zostaje z nią, gdziekolwiek się wybiera. Stoi na zewnątrz i zagląda do środka samochodu przez otwarte drzwi. Ledwo ją widzę, ale czuję cytrynowy zapach odżywki na jej włosach, zmieszany z wonią potu i trawki. Mona pachnie jak las, nie jak morze.
- O Boże – wykrzykuje – zapomniałam ci powiedzieć, dzisiaj, no wiesz, stolik szósty? Ta wielka banda znajomków Wuja Tada?
- Taaa.
- No więc chcieli zupę przed normalnym jedzeniem, a ja zapomniałam i wiesz, co ten stary dziad do mnie powiedział? Ten niski na końcu stołu?
- Co?
- Mówi: Vous êtes bête, mademoiselle!
Mówi to chrypliwym, niskim głosem i się śmieje. Rozpoznaję francuski, ale to wszystko.
- A co to znaczy?
- Idiotka z ciebie, panienko!
Przechyla głowę, tłumiąc chichot.
- Nazwał cię idiotką?
- Tak, bête, jak bestia.
Podrywa głowę, po czym nią potrząsa. Światło z czyjegoś podwórka odbija się od jej nosa. Markuje norweski akcent i mówi:
- Mój Boże, koszmarny dzień.
Potakuję.
- Koszmarny dzień.
I ponieważ powtarzamy to cały czas, ponieważ to głupia, zwykła rzecz, którą można uznać za naszą „starą śpiewkę”, albo może dlatego, że wypaliłam za dużo trawki, cała kupa dni miesza się w ten jeden szczególny moment. Jest ich więcej niż można policzyć. Tamten Sylwester, który spędziliśmy wszyscy razem, kiedy przyjechał po mnie Wujek Tad, kiedy zatrzymał się i otworzyłam drzwi, a on kazał mi je zamknąć, i mruknął „Ja to zrobię, tylko trochę się przekręcę” a gdy opowiedziałam wszystko Monie, śmiałyśmy się tak bardzo, że musiałyśmy uciec i schować się w łazience. Ten dzień, kiedy goście ze szkoły wpadli do restauracji i podałyśmy im wino, chociaż byli niepełnoletni, a Mona się spietrała i wylała wszystko na obrus, tamten, gdy przyjechała jej sympatyczna kuzynka i zrobiła nam w mikrofali kanapki z serem i miętą i dostała ochrzan za marnowanie jedzenia. I wieczór urodzinowy dla mamy Mony, kiedy Wujek Tad włączył muzykę i zmusił nas wszystkich do tańca, a oczy mamy Mony stały się szklane od łez. Niedługo potem Mona powiedziała mi:
- Powinnam uciec. Jestem jedyną rzeczą, która ją tu trzyma.
Mój Boże, koszmarne dni. Najlepsze dni mojego życia.
*
- Pa – szepcze Mona. Obserwuję ją, zanim zniknie we wnętrzu domu.
*
Moja mama miała zwyczaj pływać każdego ranka na YWCA. Kiedy byłam mała, zabierała mnie ze sobą. Nie lubiłam pływania. Wolałam siedzieć na leżaku z książką, podczas kiedy ona wypływała i znów się zanurzała, wypływała i się zanurzała, niewyraźna plama pod powierzchnią wody. Podczas gdy ja czytałam Panią Frisby i szczury z NIMH, wydawało się, że mama sama była szczurem laboratoryjnym wykonującym zadania, dotykając tego i tamtego brzegu basenu. Wreszcie wychodziła z powrotem i ściągała czepek z głowy. W szatni zdejmowała swój kostium, cienką, szarą szmatkę ociekającą na podłogę. Większość ludzi przeciągało ramiączka kostiumu przez kłódkę od szafki, tak, by mógł wisieć swobodnie bez groźby kradzieży, ale nie moja mama. Ona po prostu zawieszała kostium na haczyku.
- Nikt nie połasi się na taki stary rozciągnięty łach – mówiła.
I tak było.
*

Tu historia powinna się skończyć, ale tak nie jest. Mój tata twierdzi, że mama była żywiołem, swego rodzaju obcym, nigdy do nas nie należała. To nie moja wina, że odeszła, porzuciła nas dlatego, że nigdy nie nauczyła się oddychać na lądzie. To najgorsza opowieść, jaką słyszałam. Nigdy nie opowiem jej Monie, przenigdy, nawet wtedy gdy będziemy wyruszać do Kolorado z wszystkimi potrzebnymi rzeczami w bagażniku mojego samochodu, a ja spotkam się z nią po drodze, w warzywniaku, tak jak planowałyśmy, a ona wybiegnie roześmiana, z pomarańczową czapką wciśniętą na głowę. Nie opowiem jej, jak niebezpieczne są strychy, jak niektórzy ludzie nie mogą zacząć od nowa, albo jak wciąż widzę moją mamę w sklepowych witrynach, z długimi włosami w tym samym szarosrebrzystym odcieniu co jej płaszcz, albo jak kiedyś przyjechali moi mali kuzyni i poszliśmy do zoo, a foki mnie rozpoznały, stanęły słupka w wodzie i zaszczekały w swoim własnym języku. Nie powiem. Boję się. Nie powiem jej nawet tego, co należy wiedzieć: że powinnyśmy być silniejsze niż nasze matki, że mamy inne historie do opowiedzenia, i niech lepiej nie zmieni zdania i nie porzuci mnie w Kolorado, bo tego nie zrozumiem, znienawidzę ją na zawsze, spalę jej graty i spędzę całą noc wrzeszcząc w lesie, bo to głupie nie móc oddychać, kto w ogóle słyszał o oddychaniu w jednym miejscu, a nieoddychaniu w innym, nie jesteśmy takie, Mona i ja, a historie o selkie są tylko dla frajerów, którzy utknęli po złej stronie magii – ludzi upuszczających rzeczy, ludzi gubiących klucze, ludzi, którzy odpuszczają.